koziolekmatolek pisze: ↑4 lutego 2025, o 18:01
Hej, postanowiłem opisać swoją historię i liczyć na jakieś rady, jak się "odburzyć".
To tak tytułem wstępu - mam 24 lata, z nerwicą prawdopodobnie zmagam się od 9-tego roku życia (później chronologicznie opowiem).
Nasilenie nerwicy doszło do takiego stopnia miesiąc temu, że postanowiłem zapisać się do psychoterapeuty (jutro 3-cia wizyta) - tak naprawdę powinienem był to zrobić już w 2018.
Ok, to żeby było prościej opiszę chronologicznie swoje objawy:
- tak jak wspominałem, pierwsze objawy zaobserwowałem, gdy miałem 9 lat - wtedy przez jakiś okres czasu miałem bardzo silną potrzebę mycia co chwilę dłoni w obawie, że czymś się otruje (że przeniosę jakieś zarazki na jedzenie)
- w sumie potem kolejne objawy i ataki paniki pojawiły się w wieku 14 lat w ferie zimowe - przez jakiś czas czułem wieczorem silny ścisk w klatce, jakbym nie mógł oddychać, bałem się zasnąć, czułem, jakbym umierał.
- przez dłuższy czas było w porządku albo nie zwracałem na to uwagi/nie wiedziałem, że to nerwica, ale potężny objaw pojawił się w 2018 - mianowicie HOCD - pewnego dnia zapytałem się siebie samego "A co jeśli jestem gejem?" - wzbudziło to we mnie niesamowity niepokój, lęk, zaczęła się analiza wszystkich swoich zachowań, uważałem za niemoralne to, że mogę uznać, że jakiś facet jest przystojny i że to na pewno świadczy o tym, że jestem gejem. HOCD dalej się pojawia cyklicznie, mniej lub bardziej - szczególnie na siłowni, gdzie widzę kogoś lepiej zbudowanego niż ja sam - potrafię sobie nawet wyobrażać sceny seksu z takimi osobami - czasami wzbudza to we mnie lęk, a czasami nie wywołuje to u mnie żadnej reakcji i wtedy siebie pytam "o nie, nie miałeś lęku, to może jednak ci się to podoba?".
Wiem, że odnośnie HOCD to brzmi jakbym się "tłumaczył" i chciał to odrzucić, ale zapewne tak działa nerwica. Ogólnie rok wcześniej byłem w nieudanym związku z dziewczyną (z jej powodu), a w rok, w którym pojawiło się HOCD, też poznałem swoją obecną narzeczoną (o tym zaraz).
- odnośnie swojej obecnej narzeczonej - była to pierwsza osoba, która aż tak okazywała mi uczucia, czułem się komuś potrzebny, czułem się kochany itp, jednak nie wiadomo z jakich powodów ja ją ciągle dystansowałem, odsuwałem się - bałem się związku, ale z drugiej strony nie wyobrażałem sobie, żeby ona była z kimś innym. Takie "przekomarzanie się" trwało z rok - ogólnie tuż przed HOCD powiedziałem jej, że chyba sie w niej zakochałem (choć sam nie wiedziałem co czuję), a na drugi dzień z nią zerwałem, bo czułem ogromny lęk, że coś w moim życiu uległo zmianie... wybaczyła mi po raz kolejny i kolejne pół roku byliśmy przyjaciółmi, aż w końcu poczułem, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli, gdy jakiś chłopak z pracy zaczął do niej startować - wtedy postanowiłem się ogarnąć i przestać ją dystansować.
Nasz związek był raczej budowany "powoli", tj. nie mamy jakiejś dokładnej rocznicy itp, ja po prostu do niej przyjeżdżałem i był to swego rodzaju "romans", w trakcie którego każdy dookoła już wiedział, że jesteśmy razem - było to w sumie dla mnie komfortowe, jako że boje się ogromnych zmian w życiu, pokazywania tego itp.
No i tak trwamy prawie 6 lat - mamy zaplanowany ślub w maju, mieszkamy razem na swoim od ponad roku i teraz kolejne objawy:
- po przeprowadzce (listopad) przez 2 tygodnie czułem się okropnie (mieszkamy 200km/2 godziny od domu rodzinnego) - czułem, jakbym już miał nigdy nie zobaczyć swojej rodziny itp, byłem bardzo przytłoczony tą zmianą (mimo że wykańczanie mieszkania i cały "proces" w kupowaniu mieszkania itp nie wzbudzał we mnie lęku, tylko po prostu "działałem").
- potem znalazłem sobie zajęcie - przyjaciel wciągnął mnie w siłownie (od grudnia) i lęki po przeprowadzce się skończyły - do domu rodzinnego i tak jeździmy w zasadzie średnio co 2 tygodnie, a czasami i co tydzień.
- po zaręczynach w maju ubiegłego roku poczułem się dziwnie - zamiast się cieszyć i skakać z radości byłem jakiś taki obojętny - stresowałem się jak wiadomo przed samymi zaręczynami, ale później mialem wyrzuty sumienia, że nie wzbudziło to we mnie jakichś większych emocji i żyjemy jak dawniej (narzeczonej od razu o tym powiedziałem - ogólnie wie o wszystkich moich lękach, mam w niej wsparcie, nie wstydzę się jej niczego powiedzieć)
- mieliśmy ogromny kryzys w sierpniu - narzeczona z dnia na dzień się wyprowadziła, bo nie pasowało jej we mnie wiele rzeczy głównie "charakterowych"/"światopoglądowych", po prostu nie wyciągałem wniosków z tego, co mi mówiła i nie traktowałem tego poważnie, przykłady: mało rzeczy robiliśmy razem, za dużo grałem w gry, mój stosunek do ludzi był okropny (potrafiłem wyzywać cały świat za to, że są korki na drodze, taki głupi przykład) - poruszyło to mną bardzo mocno tym bardziej, że miałem inny stres na głowie (zaplanowana operacja serca taty - wyjazd do szpitala następnego dnia po wyprowadzce narzeczonej). Narzeczona chciała tydzień spokoju, ja przez ten tydzień byłem wrakiem człowieka i byłem gotowy zrobić wszystko, żeby do mnie wróciła (nerwica wmawiała mi coś w stylu - a może ty jej nie kochasz, tylko boisz się, że już w twoim wieku nikogo nie znajdziesz i nie będziesz poznawał tyle lat??) - po tygodniu, powoli zaczęło wszystko wracać do normy, krok po kroku, aż po miesiącu i po udanej operacji taty wróciliśmy do swojego mieszkania. Dlaczego o tym opowiadam? Przejdźmy do następnego punktu
- a no dlatego, że od mniej więcej świąt dopadł mnie straszny lęk przed ślubem - dopadły mnie refleksje czy to na pewno ta osoba, czy dobrze robię, że to już nie ma odwrotu, czy na pewno nam się uda - i mam te wątpliwości mimo że to ja byłem tą osobą, która po kryzysie się uparła (wbrew opinii rodziny i narzeczonej, aby ślub przełożyć), że ten ślub będzie w tym maju i koniec.
- te wątpliwości pojawiają się mimo tego, że narzeczonej naprawdę nie mam nic do zarzucenia, jest dobrze (wiadomo jak w każdym związku, są lepsze i gorsze dni, ale od kryzysu w sierpniu nie mieliśmy żadnej poważnej kłótni - narzeczona od tamtego momentu nie pracuje, szuka pracy, więc jesteśmy ze sobą 24/7)
- czuję coś na zasadzie, że potrzebuję tego utwierdzenia, że dobrze robię i żeby ktoś mi powiedział, że chcę tego ślubu - posługując się znaną metodą na rzut monetą - chcesz/nie chcesz ślubu - drżałbym, gdyby wypadło "nie chcesz"
- mam wrażenie, że strach przed posiadaniem dziecka też ma na to wpływ - czuję presję ze strony narzeczonej, bo ona bardzo pragnie dziecka, a ja mimo że może i bym chciał (bardzo uwielbiam/y spędzać czas z dziećmi z jej rodziny (6 lat/2 lata)), to bardzo się tego boje, tej odpowiedzialności i tego, że może stracę swoje obecne życie, pasje?
- jeśli chodzi o pasje - tutaj to głównie tenis, siłownia, gry komputerowe - z czego jeśli chodzi o gry - właśnie tu też wydaje mi się, że coś jest na rzeczy, że może czuje jakbym po ślubie/posiadając dzieci już nie mógł tego robić - mało tego, nawet obecnie jak wieczorem sobie gram z kolegą po parę godzin, to zaraz mnie chwytają wyrzuty sumienia, czy nie powinienem tego czasu spędzać z narzeczoną (oczywiście to tylko lęki, bo wszystko jest w zgodzie z narzeczoną, nie ma nic przeciwko - wtedy to chodziło o to, że pracowała do 21, była o 22 w domu, a ja nie usiadłem z nią i nie zjadłem kolacji ani nie porozmawiałem, tylko grałem). I to jest w tym wszystkim najgorsze - narzeczona świadomie nie ma nic przeciwko mojemu graniu czy czemukolwiek, a ja mam na przykład sztuczne wyrzuty i lęki
- pojawiły się też epizody strasznej tęsknoty za domem rodzinnym, rodzicami, rodziną narzeczonej (wszyscy są tam, mogą się widzieć codziennie, a my jesteśmy daleko) - nie byliśmy tam (rekord) miesiąc, i zaczynam na przykład mieć wyrzuty sumienia, że odczuwam taką tęsknotę, że może ja jestem niedojrzały do małżeństwa i własnej rodziny, skoro ciągle mnie ciągnie tam i mógłbym tam jeździć w każdy weekend? Oczywiście to nie tak, że chcę tam uciec od narzeczonej, tylko właśnie jak jadę tam z nią, to czuję się super - fakt, że czasami jak siedzieliśmy tam długo na jakieś święta czy coś, to czasami to ja bylem tym, który już chciał wracać na swoje (no ale z tyłu głowy była świadomość, że pewnie za 2 tygodnie przyjedziemy i może teraz czuję to, że po ślubie (i po ewentualnym posiadaniu dziecka) to sie zmieni?)
Prawdopodobne przyczyny mojego stanu (?):
- psychoterapeutka poprosiła mnie, abym na jutro przygotował zestawienie swojego dzieciństwa, bo często o nim wspominam - mam takie poczucie jakbym czegoś tam "nie osiągnął" - od małego byłem w zasadzie bardzo dojrzały jak na swój wiek, wiele osób mówiło mi, że jestem "5 lat do przodu" względem innych - zawsze się dobrze uczyłem, byłem najlepszy - od pierwszej klasy podstawówki w zasadzie rodzice nie musieli myśleć za mnie, co na przykład mam na jutro przynieść do szkoły, czy co mam zadane.
- wydaje mi się, że to, że całe życie bylem nastawiony na osiąganie sukcesu, zadowalanie rodziców (na przykład jak trafiła się gorsza ocena to była od razu kara na komputer, a dobrych ocen nikt nie zauważał), nieustanna presja przed sukcesem tez ma wpływ na moje "niezdecydowanie" co do ślubu, bo traktuję to też jako kolejny "cel" i sukces do osiągnięcia.
- brakowało może mi zawsze takiego "docenienia", a teraz może czuje, że znowu jestem "5 lat do przodu", bo mam 24 lata (25 rocznikowo), a tu już zaraz ślub itp - oczywiście z jednej strony nie żałuję, bo może dzięki temu, że byłem tak "ciśnięty", to nie skończyłbym dobrych studiów i nie miałbym teraz dobrej pracy, jaką mam, ale tak czy siak czuję, jakby moja psychika teraz musiała swoje "odpracować" za to.
- to potencjalne planowanie dziecka też raczej ma silny wpływ na mój stan, bo znowu traktuję to jako presję i coś, co odmieni bardzo moje życie, strach przed nieznanym itp.
- pogoda - zauważyłem, że te lęki (co roku pojawiają się) najczęściej atakują mocno w okresie jesienno-zimowym - tak też było i tym razem
Przebłysk:
- przez cały ten tydzień lęki trochę osłabły, pierwszy raz od miesiąca poczułem coś w stylu, że wizytę (jutrzejszą) u psychoterapeutki mógłbym odwołać, bo "daję radę", ale dzisiaj znowu mam jakiś atak - szkoda, bo przez ten tydzień już świeciło słońce (myślałem, że to dzięki temu jest lepiej), a dzisiaj znowu atak - najbardziej nie potrafię zrozumieć tego, że jednego dnia myśląc dokładnie o tych samych rzeczach i schematach, np. myśląc o ślubie, czuję podekscytowanie, lub po prostu czuję się OK, a drugiego dnia wzbudza to we mnie lęk.
Przepraszam, że trochę chaotycznie, ale starałem się w miarę zwięźle to wylistować, mam nadzieję, że w miarę mi się udało i ktoś będzie w stanie mi podpowiedzieć, jak te lęki trochę stępić oraz zrozumieć/przemówić sobie do rozsądku.