Moje pierwsze wyjaśnienia nerwicy, agresywna postawa.3części

Materiały Victora
Regulamin forum
Uwaga! Attention! Achtung! 注意广告!
Ten dział poświęcony jest materiałom forumowym, służą one "do odczytu" czyli nabywania informacji i ewentualnie komentarza. Nie opisuj tu swojej historii, objawów i nie zadawaj pytań o zaburzenia.
Jeśli masz taką potrzebę przejdź na stronę główną forum - Kliknij - do sekcji FORUM DYSKUSYJNE, tam masz dostępnych wiele działów do rozmów, pytań itp.
Zablokowany
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6222
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

17 lutego 2016, o 16:22

W tym wątku znajdziecie moje pierwsze próby wyjaśnienia zaburzeń nerwicowych i całej ich otoczki. Mówię w tych wątkach o takiej można powiedzieć agresywnej postawie wobec nerwicy.
Zachęcam do zapoznania się, myślę, że można znaleźć w tym coś dla siebie mając nerwicę.
Wątek składa się z trzech części/postów, które można znaleźć poniżej.

W tym temacie chciałbym podjąć sprawę nerwicy i ataków paniki oraz tego w jaki sposób można z nimi poradzić sobie samemu, czyli jak przełamać strach przed atakami paniki i objawami lęku.

Dla wszystkich, którzy jeszcze nie czytali polecam najpierw temat ten reakcja-walcz-badz-uciekaj-czym-jest-ne ... i-t46.html
Temat ten wyjaśnia czym jest w ogóle atak paniki i sama nerwica i jak powstaje oraz w tym temacie jest odnośnik do strony internetowej szaffer.pl, polecam zapoznać się z jej zawartością.
A nawet uważam, że na początek jest konieczne zapoznanie się z tymi informacjami.

Atak paniki jest naturalny (przez słowo naturalne rozumiem zdolność każdego organizmu człowieka do przeżywania ataku paniki w obliczu stresu, traumy, niebezpieczeństwa, każdy organizm jest w to wyposażony od narodzin, tak stworzyła ten system ewolucja)

W którymś momencie po przekroczeniu granicy odporności na stres, (jaką posiada każdy człowiek a "siła" tej granicy i odporność zależy zawsze od danej osoby), dostajemy albo nasilonych kilku bądź nawet jednego objawu stresu albo "pełnoprawnego" silnego ataku paniki z wieloma objawami.
Tu trzeba podkreslić pewną rzecz, bowiem często ludzie pytają się czy jeśli nie mają ataków paniki to mogą mieć nerwicę?
Jasne, że tak, nie trzeba doświadczać ogromnych ataków paniki z setką objawów aby mówić o nerwicy, można mieć jeden objaw dotyczący np. potykania się serca, albo parcia na pęcherz czy jelita, można mieć zawroty głowy, nudności, duszności, problemy z połykaniem, i wiele innych jakie w nerwicy i lęku są możliwe.


A więc pojawia się (z jakiś powodów) objaw/objawy, atak paniki, i zaczyna się poprzez złe podejście do tego cykl lęku, nerwicowe błędne koło, rozpoczyna się nerwica.
W temacie reakcja walcz bądź uciekaj starałem się dość jasno opisać jak powstaje i jak utrzymuje się nerwica.
Ale tu i tak należy to powtórzyć.
Z chwilą pierwszego ataku paniki czy objawu zaczyna się piekiełko, bowiem osoba taka nie uświadamia sobie wówczas, ze stan ten jest dość naturalny, że od przekroczenia granicy odporności na stres możemy doświadczyć takich objawów i lęku i to minie po kilkudziesięciu minutach jak trochę ochłoniemy.
"Nowi" nerwicowcy zawsze tak bardzo przeżywają ten pierwszy atak paniki czy objaw, że utrwala się w nich od tamtej pory utwierdzenie, że muszą być na coś bardzo chorzy skoro coś takiego u nich się pojawiło i tak straszne objawy miały miejsce.
Do tego, stany ataku paniki czy nawet jednego objawu lęku są tak zwykle przerażające, że każdy zaczyna nie dość, że obawiać się o własne zdrowie to do tego, zaczyna bać się na samą myśl, że takie objawy mogą ponownie się pojawić.
Dlatego właśnie zawsze po pierwszym ataku paniki czy choćby pojedynczym objawie człowiek zaczyna czuć się niespokojny, zaczyna czuć niepokój, lęk, strach.
Pojawia się ciągłe poczucie zagrożenia życia i uczucie, że za chwilę atak wróci ponownie, wróci ten straszny stan i zabije do końca albo spowoduje zwariowanie.
To wszystko właźnie jest wynikiem tego pierwszego ataku bądź objawu, chwilę po nim, zaczyna się zaburzenie zwane nerwicą, każdy chwilę po tym staje się niespokojną zwierzyną w stanie poczucia totalnego niebezpieczeństwa.
Każdy bez wyjątku zaczyna poważnie martwić się o swoje zdrowie, wszelkie troski świata rzeczywistego idą na drugie miejsce, od tej pory na pierwszym planie jest to jak się czujemy, na co chorujemy i czy wkrótce umrzemy bądź zwariujemy.

Zaczynamy czytać strony, szukać tego co nam jest, chodzić po lekarzach, szpitalach, badaniach, i w zasadzie to jest początek męki ale zarazem może być to początek końca męki.

Trudno nam na początku przejść do porządku dziennego nad tym co nas spotkało (atak paniki, objaw) bo gdybyśmy wtedy uwierzyli, ze to wszystko było atakiem paniki i tylko tym i że atak paniki ani żaden inny objaw nie jest niebezpieczny to nerwica nie miałaby miejsca.
Zaburzenie by nie powstało i każdy kolejny atak z powodu stresu minąłby szybko.

Często się tak nie dzieje, dlatego też aby skontrolować i trzymać rękę na pulsie, zaczynamy dociekać co to było i co nam jest, bo przecież "nerwica takich objawów dać nie może..."(według nas)
I w tym miejscu każdy z nas tak naprawdę musi zrobić jedną ważną rzecz, pójść zrobić badania, które mają podwójną wartość, po pierwsze zbadać się trzeba, bo ataki paniki mogą być efektem kilku różnych choróbek, które wymagają sprawdzenia.
I dlatego badaniami jakie ja polecam zrobić to jest to oczywiście morfologia i cukier, pełne badanie tarczycy, usg serca, ekg, usg jamy brzusznej (bowiem pewne choroby nadnerczy moga wywoływać ataki paniki), jeśli objawy dotyczą głowy to tomografię i w ostateczności rezonans magnetyczny.
Są jeszcze inne badania i w razie wątpliwości należy je porobić i najlepiej konsultować to z lekarzem, choć wiem, że niechętnie większość z nich jakiekolwiek badania robi.

I to jest jedna z wartości badań lekarskich, aby sprawdzić czy to co nam dolega na pewno można jasno określić nerwicą.
Druga sprawa to taka, że wszelkie te badania a dokładnie ich dobre wyniki mają moc terapeutyczną, mają za zadanie ukazać nam jasno, że diagnoza nerwicy jest słuszna.
Co zwykle i tak nie likwiduje wątpliwości i "ALE", jednakże jest podstawą do tego aby zacząć się leczyć.

To w naszym etapie rozpoczynania chorowania na nerwicę jest moment kiedy znowu dostajemy szansę na to aby dalej nie utrwalać w sobie lęku, i nie dolewać oliwy do ognia.
Mówię tu o tym, iż w momencie biegania po lekarzach, robienia badań, ciągle przecież tkwimy w tym okropnym stanie.
Po pierwszym ataku czy objawie lęku, zaczęliśmy trwać w ciągłym poczuciu zagrożenia, i strachu przed tym co nam właściwie jest.
Po ataku codziennie żyjemy tym jak bardzo źle się poczuliśmy wtedy, codziennie lęk jest utrzymywany.
Początkowy objaw lęku czy napad paniki powoduje prawie zawsze ciągłe poczucie lęku, niepokoju ogólnego.
Po prostu mówimy zwykle wtedy, że czujemy lęk dokładnie niesprecyzowany.
To jest efekt tego ciągłego poczucia zagrożenia i strachu przed tym co nam jest i przed tym czy ten atak nie wróci i czy nasze koszmarne wizje się wtedy nie spełnią. A tymi koszmarnymi wizjami są śmierć, zwariowania, utrata świadomości, uduszenie i wszystko to czego się wówczas tak bardzo obawiamy)
Zwykle też wtedy, dostajemy ciągłych objawów, nie są to już ataki paniki ale całodniowe objawy lęku, (później napiszę jakie mogą występować) a czasem (bo nie zawsze), pojawia się ponowny atak paniki.
Kolejne ataki są wynikiem tego, że ciągle będąc w poczuciu zagrożenia, w koło myślimy o tym co nas spotkało, co nas czeka, mamy objawy, czujemy teraz ciągły lęk, przez to wszystko słowo nerwica wydaje nam się tak błahe, że odrzucamy w zasadzie możliwość, iż to co nam dolega jest od stresu.
Dlatego trwając codziennie w takim stanie, nakręcamy się często przez nasze wyobrażenia, przez zaczytywanie się o chorobach, i nakręcamy poziomy lęku, przecież lęk też ma swoje poziomy, jest słabszy, większy, bardzo duży, jak dojdzie do eskalacji lęku zbyt dużego, znowu dostaniemy ataku paniki.
Co tylko oczywiście zwiększa nasze poczucie zagubienia i daje pewność, że przecież ja się nie stresowałem niczym (częste zdanie) a dostałem znowu tego stanu, czyli logicznie rzecz biorąc muszę być ciężko chory.
Takie myśli zwykle kiełkują w umyśle nowo-poczętego nerwicowca :)

Dlatego też ten okres kiedy jesteśmy po badaniach jest okazją dla nowego początku podejścia do nerwicy i objawów.
Jeśli na początku nie byliśmy w stanie przemówić sobie do rozsądku, że te wszystkie objawy to wynik reakcji stresowej i nie umieramy ani nie umrzemy, musimy jedynie trochę uspokoić ciało i umysł oraz ułożyź te wszystkie stresy powoli, nie martwiąc się, że kolejny atak przyjdzie jutro, bo jak nawet przyjdzie to i tak minie jak się nie bedę bał.
Nie byliśmy w stanie uświadomić sobie, że to wszystko nie jest żadną ciężką chorobą, że nie zaczynamy wariować i przede wszystkim nie musimy zaczynać się tego bać ani ciągle potem analizować.

To właśnie po badaniach, po diagnozie jest kolejny moment aby sobie to uświadomić i nie brnąć dalej w zaburzenie nerwicowe, nie nakręcać się dalej i nie utrwalać lęku ani tych wszystkich analiz lękowych.
Po prostu życ życiem rzeczywistym a umysłowi pozwolić się uspokoić samemu, mimo objawów żyć!

Ale zwykle tak się nie dzieje :) i od tego w zasadzie zaczyna się dalsze trwanie nerwicy lękowej, która zmienia swoje kształty, dodając co rusz nowe objawy, zaskakując pojawianiem się ataków paniki w różnych miejscach i w różnym czasie.
Stosuje chwyty poniżej pasa dodając do zbioru objawów natręctwa myślowe, derealizację, dając poczucie braku jakichkolwiek opcji.
Właśnie tak nerwice trwają wiele miesięcy a nawet nie rzadko lat.

Osoby, które dalej pielęgnują swoją nerwice, zataczają coraz szersze nerwicowe błędne koło.
Jeśli po badaniach zwykle następuje chwilowa ulga a my po krótkim czasie nagle poczujemy się znowu gorzej, odrzucimy wiarę, że badania są prawidłowe i zaczniemy poszukiwać dalszych przyczyn naszych stanów i w zasadzie znajdujemy się znowu na początku drogi.

Nerwica natomiast żyje własnym życiem, my nadal nie zajmujemy się do końca życiowymi sprawami, własnymi realnymi problemami, tylko szukamy powodów dlaczego mamy ataki paniki (w które nie wierzymy) i dlaczego wiecznie się źle czujemy i mamy objawy.
W tym okresie w zasadzie rozwijamy swoje zaburzenie, każdy kto dostał na poczatku napad lęku albo jakiś objaw lęku, teraz zaczyna się czuć zwykle coraz gorzej, nadchodzą nowe objawy, zaczynamy czuć się przygnębieni, smutni, zaczyna nam brakować chęci do życia, pojawia się anhedonia, apatia, czyli pojawiają się stany depresyjne pojawiające się zawsze u każdego u kogo lęk trwa troszkę dłużej niż powinien.
To wszystko daje poczucie beznadziei, nie wiemy gdzie się udać, lekarze są bezradni, powtarzane badania nic nie wykazują, my czujemy, że robimy wszystko bo przecież staramy się nie myśleć o nerwicy, staramy się nie bać, ale w głębi ducha czujemy, ze jednak na coś chorujemy gorszego, no bo tyle objawów i to takich objawów, to może powodować stres? Przecież te objawy są takie realne....

Dalej szukając pomocy udajemy się do psychiatry i psychologa, psychiatra zwykle od ręki wystawia receptę, bowiem nie jest on wprawiony w terapeutyzowanie pacjentów, tylko nie liczni potrafią i mają chęć dłuższego wyjaśnienia problemu nerwicy.
Leki od psychiatrów przerażają prawie każdego nerwicowca, lista objawów ubocznych jest zwykle bardzo długa, co powoduje jeszcze przed połknięciem tabletki u osoby z nerwicą nakręcanie się i to daje efekt taki, iż chwilę po połknięciu, dostaje takiego ataku paniki, że lek odstawia mówiąc, ze było po nim strasznie.
Dodatkowo leki stosowane na nerwicę nie zawsze działają, na lek dany trzeba trafić, nie wiadomo od czego zależne jest to, że jeden lek działa na kogoś a na kogoś innego działa inny.
Leki to indywidualna decyzja każdego z nas, nie namawiam nie krytykuję.
Ale pamiętajmy jeśli już mamy leki i mamy postanowienie brać, nie nakręcajmy się od razu przed połknięciem, i bądźmy cierpliwi, leki takie działają zwykle po 3 - 4 tygodniach, mówię tu o lekach antydepresyjnych, którymi zwykle leczy się nerwice.
Jeśli dostałeś inny lek, nie panikuj jeśli ten lek używany jest do leczenia np. schizofrenii, takie leki też są stosowane u osób z nerwicami, tyle, że w mniejszych dawkach.

Więc z lekami rożnie bywa, czasem pomagają czasem nie, czasem za mało. A czasem lęk przed samymi lekami tylko pogarsza sprawę.

Natomiast u psychologa znajdujemy zwykle więcej oparcia niż u psychiatry słownego, ale niestety zazwyczaj trwając w stanie nerwicowym jesteśmy tak nakręceni, że zwykle pierwsze wizyty nie dają efektów co zniechęca "nowych".
A trzeba też zrozumieć fakt, że terapia nastawia się na efekty długofalowe i poprawy natychmiastowej nie będzie, może być jedynie ulga w objawach jak psycholog słuchając naszych opowieści o objawach da nam poczucie chwilowej wiary, że to tylko nerwica, która to wiara zwykle po wizycie mija po jakimś silniejszym objawie.
Nawet terapia poznawczo – behawioralna, którą zawsze polecam, bo nastawia sie w pierwszym rzędzie na oswojenie lęku, wymaga czasu i przede wszystkim własnego wkładu.
A ten wkład czasem mimo starań jest nie do końca odpowiedni, bo ciągle utrwalamy lęki i nakręcamy się.
Ale terapię polecam zawsze, tylko zalecam trochę cierpliwości i dużo dużo własnego zaangażowania.

Dlatego często można przeczytać na forach internetowych, że "mam nerwice 6 lat, chodze na terapie ale na razie krótko albo długo tylko, ze nie czuję poprawy bo my tam tylko rozmawiamy i ja się lepiej nie czuję przez to , brałem leki ale musiałem odstawić bo źle się po nich czułem, sam nie wiem już co mi jest, objawy są silne, straszne, lekarze sa bezradni...rodzina ma mnie dość"
i lekarze będą bezradni jak każdy w około.
Bo to my sami możemy sprawić, że wydobrzejemy.
Proszę zapamiętajcie jedną rzecz "żaden człowiek żadnymi słowami, nie sprawi, ze problemy i lęki drugiego znikną, to może sie stać tylko przez własną pracę i własny wkład w terapie i przełamywanie lęku"

Jeszcze chwilę poświęcę na to czemu w ogóle ta nerwica tyle lat może trwać.
Otóż pisałem już od początku jak się ma sprawa, po pierwszym ataku paniki czy objawie lęku, nerwica zaczyna egzystować, bo my zaczynamy żyć w poczuciu niebezpieczeństwa, budzi się w nas poczucie zagrożenia, reakcja walcz badź uciekaj aktywowana jest non stop, otrzymujemy lęk przed lękiem, lęk przed kolejnym atakiem, który dokona w naszym mniemaniu zabicia nas, bądź wpędzenia w szaleństwo czy dokona czegoś innego czego bać się zaczęliśmy, jak choćby np. zsikanie w matki w miejscu publicznym czy omdlenie albo zabicie rodziny ( w wypadku natręctw myślowych)
Przez to zaczynamy odczuwać ciągły lęk, niepokój, ciągle obawiamy się, że atak, objaw nadejdzie. Sytuację pogarsza fakt, iż objawy nerwicowe zaczynają trwać cały czas bez ataków paniki, to totalnie nas gubi, i stawia w całkowitej rozpaczy.
Bowiem nie dosyć, że czujemy lęk przed kolejnym atakiem czy objawem, to zaczynamy się martwić o te stale trwające objawy, zaczynamy czuć coraz dosadniej, że chyba jednak chorujemy na coś gorszego niż nerwica.
Do tego objawy lubią się zmieniać, codziennie może być inny albo codziennie wiele naraz a do tego co rusz może odwiedzać nas atak paniki.
Choć bardzo często jest tak, że napad lęku pojawia sie tylko raz na początku a całą rolę zaczyna później odgrywać lęk ciągły, który pojawia się w wyniku strachu przed kolejnym atakiem i strachu o to co nam właściwie jest.
Główną rolę zaczynają też odgrywać objawy, które trwają całymi dniami przez całe tygodnie bądź miesiące.
To taki ogólny zarys faktyczny początku, rozwijania się i trwania nerwicy, my odgrywamy sami tutaj kluczową rolę, poprzez niewłaściwe podejście do objawów i lęku, poprzez brak wiary w to, iż diagnoza nerwicy jest dobra, przez wieczne analizowanie objawów ze strony ciała i skanowanie swoich ciał oraz trzymanie ciągłej kontroli nad tym jakie objawy są i czy czasem nie nadchodzi coś większego.

Wyleczeniem się z nerwicy lękowej jest pozbycie sie tych powyższych kluczowych elementów, oraz przełamywanie lęku i poszerzanie swojego poczucia bezpieczeństwa, które na skutek pierwszych objawów czy ataków paniki zostało dokumentnie zniszczone.

Zanim napiszę o leczeniu wymienię jakie objawy może powodować atak paniki, nerwica i jakie objawy mogą występować ciągle przez 24 godziny na dobę.
W zasadzie nie ma rozróżnienia na objawy ataków paniki czy lęku ciągłego, atak paniki ma po prostu to do siebie, że jest całkowitą jazdą bez trzymanki, objawy podczas ataku paniki kumulują się wszystkie naraz, i trudno opisać słowami co się czuje przy ataku, bo na pewno co, to całkowite przerażenie i pewność śmierci, zwariowania bądź omdlenia. Nazywałem to zawsze piekielnym odlotem.

Natomiast objawy jakie mogą występować przy lęku tudzież w ataku paniki, to wszelkie objawy ze strony serca, jak kołatania serca, przeskakiwania, uczucia prądu w sercu, bóle klatki piersiowej, nerwobóle, kłucia w sercu albo okolicy, drętwienie lewej ręki i w ogóle kończyn, drętwienie brody bądź twarzy. Uczucie drętwienia skóry na głowie, wrażenie podnoszenia się włosów, drętwienie poszczególnych palców u rąk, odczuwanie duszności, wrażenie braku powietrza, wrażenie niemożności pełnego nabierania powietrza, odczuwanie pieczenia w różnych miejscach na skórze, uderzenia gorąca w kark i głowę, wrażenie ucisku w głowie, obręczy na głowie, uczucie przedmiotu w gardle, guli w gardle, uczucie połykania własnego języka, bóle stawów, stan podgorączkowy, bóle żołądka, nudności, zgaga, refluks żołądkowy, nawet wymioty.
Drganie mięśni, wrażenie trzęsawek od środka organizmu, trzęsące się ręce, głowa, całe ciało, uczucie zimna w kończynach, uczucie umierania, przerażenie tym, ze za chwilę umrzemy, pewność, że umieramy, strach, że wariujemy, uczucie omdlewania, poczucie słabości całkowitej jakby odchodziły nam zupełnie siły, wrażenie nierealności czyli derealizacja i depersonalizacja, uczucie pustki w głowie, uczucie chaosu myślowego, niesamowita potrzeba ucieczki, poczucie bycia na krawędzi, pojawia się wrażliwość na światło, na każdy większy dźwięk reagujemy przesadnie.
Do tego zwykle po krótkim czasie od pierwszego objawu bądź ataku pojawiają się natrętne myśli, natrętne myśli mogą dotyczyć, liczenia czegoś, czytania po kilka razy i ogólnie różnych natręctw myślowych i ruchowych, nie chce się teraz w to zagłębiać, jedynie jeszcze dodać, że natręctwa mogą dotyczyć robienia krzywdy, sobie, bądź innym osobą, mogą być bardzo brutalne, jednakże zawsze zachowujemy świadomość, że to są natrętne myśli i nie dokonujemy takich okropnych czynności, mimo, ze te natręctwa sa bardzo silne, nigdy nie prowadzą do tego, że spełnimy to co nam mówią, one mają za zadanie straszyć.

Czemu natrętne myśli występują w ogóle w nerwicy, tłumaczy się tym, że nerwica to ciągły stan uruchamiania reakcji walcz bądź uciekaj, ciągły stan zagrożenia, taki pewien rodzaj awaryjnego stanu umysłu, i tu podam już to co pisałem w innym temacie:

Co do samych myśli natrętnych i katastroficznych to akurat jest proste wyjaśnienie, będąc w stanie lęku, ciągłego poczucia zagrożenia a mając nerwice ciągle w takim stanie się znajdujemy, umysł sam tworzy myśli natrętne, a to z tego powodu, że uruchomił reakcję walcz bądź uciekaj na skutek ciągłych stresów.
Umysł nie rozumie czemu człowiek się ciągle martwi jak nie ma realnego zagrożenia, ale uruchomienie reakcji nie powoduje, że to zagrożenie nagle się przecież pojawi, na ratunek idą wtedy te myśli.
Mózg tworzy sobie niebezpieczeństwo wysyłając człowiekowi myśli o chorobach, śmierci, zabijaniu czy robieniu komuś krzywdy. Wówczas nerwica staje się niby realnym zagrożeniem, bo człowiek realnie zaczyna się obawiać o swoje zdrowie.
Dlatego myśli też należy ignorować i nie martwić się nimi nawet jeśli są straszne. Umysł w poczuciu zagrożenia, zawsze będzie podawał straszne myśli.

Dodam jeszcze tylko, ze te objawy mogą występować pojedynczo, po kilka naraz albo wszystkie naraz, czego sam doświadczałem naprzemiennie i żaden z wymienionych objawów nie jest mi obcy.

Niżej znajduje się kolejna część.
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6222
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

17 lutego 2016, o 16:23

Leczenie nerwicy i ataków paniki polega na wierze w diagnozę, na przełamywaniu lęku, porzuceniu analizy i cholernej kontroli zaburzenia.
Choć prosto to brzmi wiemy, że proste to nie jest ale to jest droga do trwałego wyleczenia z nerwicy i własnego ciągłego strachu o wszystko, to jest zmiana podejścia do samego życia.

Leczenie chciałbym opisać na własnym przykładzie, ja z nerwicą natręctw, fobiami borykałem się od dziecka, natomiast nie chcę tutaj wdawać się w opisy tego bo to nieistotne jest dla tematu.
W wieku 21-22 lat otrzymałem silniejsze stany lękowe, a dokładnie dostałem bardzo dziwnego samopoczucia, nie był to nawet atak paniki, tylko pamiętam, ze poczułem się bardzo słabo, oblewały mnie poty i poszedłem do domu się położyć.
W domu jednak leżanka nic mi nie dała bo czułem się dziwnie, inaczej i w głowie miałem ogromną pustke, tego wieczora, co pamiętam do dziś dostałem mega ataku paniki, to jak się czułem nie sposób opisac ale wiem, że to był meksyk.
Objawy w sumie wszystkie jakie wypisałem wyżej, oczywiście pogotowie, badania, wyniki dobre, znudzone miny lekarskiej burżuazji, poczucie upokorzenia, słowa szanownego lekarza, że jak dla mnie to nie ten szpital i zajmuje im tylko czas oraz powrót do domu.
W domu zaczęło się to co zwykle się zaczyna, ciągły niepokój i poczucie lęku, jeden dzień przeczekałem ale tylko mi się pogorszyło, doszły objawy jakie były przy pierwszym ataku, tyle, że trwały cały dzień, pustka w głowie, duszności, serce i rózne jego skoczki i wiele innych z dnia na dzień pojawiających się objawów, jednymi z najgorszych była depersonalizacja i derealizacja ale o tym w tym temacie nie bede pisał, derealizacje opisuję bowiem w odpowiednim do tego dziale i w zasadzie, ja u siebie leczenie zacząłem od ataków paniki i problemami z wychodzeniem, derealizację wyleczyłem dopiero jakieś 10 miesięcy później.
A w tym temacie chce skupić się tylko na atakach paniki, nerwicy i różnych jej objawach.

Zaczęły się badania, kursowanie po lekarzach, jednakże niewiele mi to dawało oprócz chwilowych zniesień poczucia lęku kiedy dowiadywałem się, że nic mi nie jest, potem jednak lęk wracał i wątpliwości również.
Ogółem całej swojej historii z nerwicą nie opisze, bowiem taki ostry stan trwał u mnie pełne 4 lata a nawet grubo ponad dlatego też trudno by mi było to wszystko ustawić chronologicznie i wymagałoby oddzielnego tematu a to jest nie aż tak istotne dla całej sprawy.
W sumie stany trwały 7 lat ale piszę tutaj o takich ostrych akcjach a na myśli mam głownie 4 lata z derealizacją.
Najlepiej zarysować to w taki sposób, ze poprzez złe podejście do tego co mnie spotkało, poprzez nakręcanie się, analizowanie, moja sytuacja nie uległa poprawie a jedynie pogorszeniu. Najwiekszym (między innymi) problemem były ataki paniki, które po pewnym czasie zdarzały mi się prawie codziennie. W domu nawet do 3 ataków potrafiłem przeżywać, głównie ze wzgledu na derealizację bo jej objawy przerażały mnie.
Potem doszły ataki paniki w autobusach, tramwajach, po jakimkolwiek wyjściu.
Nie mogłem dojśc ze sobą do ładu, nerwice miałem bardzo rozwiniętą, choć czytałem bardzo dużo nadal nie rozumiałem tego o czym oni wszyscy mówią, wydawało mi się, że ja staram się, że przełamuję lęk, a po prostu jestem chory na coś innego powazniejszego i dlatego mi nic nie pomaga. (analizowanie i nakręcanie leku)
A prawda jest taka, ze choć starałem się to nie tak jak trzeba, bowiem ciągle się nakręcałem a ta rzecz wyklucza wszelkie starania.
Pierwszy rok straciłem nie pracując i dając upust całkowitemu nakręcaniu.
To był okres badań, psychiatrów, for, poszukiwania co mi jest chociaż wiedziałem, że to lęk ciągle watpiłem maksymalnie.
Powtarzałem badania, szukałem odpowiedzi i choć znajdywałem po chwili lęk porywał mnie znowu.
Kolejne dwa lata pracowałem w tym stanie, choć to był chyba najgorszy okres w moim życiu, bowiem praca i życie w stanie derealizacji i lęku i ciąglych ataków paniki było jak walka o każdą minutę zycia.

I tu własnie lezał pies pogrzebany...ja całe te 4 lata czułem się jakbym był na wojnie, innymi słowy nie dałem swojemu umysłowi powodów aby wyłaczył w końcu reakcję walcz bądź uciekaj, oj nie dałem.
Wiecznie szukałem guza(heh dobre to, szukac guza w nerwicy:)) i czegoś co mi może być, choć udzielałem się na róznych forach, radziłem innym jak prawdziwy filozof i uczony to samemu nie robiłem nic aby przerwać lęki.
Mimo, iż pracowałem, wychodziłem z domu to nadal chorowałem, co często podkreślałem na forach - że pracuję, staram się, robie wszystko, wiem jak działa nerwica i nadal jestem chory...w gruncie rzeczy starałem się ale nadal robiłem to co można robić najgorszego, Nakręcałem się i analizowałem i nie myślałem żeby przestać.
Najlepiej opisać kilka przykładowych sytuacji aby dać do zrozumienia co znaczy nakręcanie się i analizowanie.
Każdego dnia kiedy otwierałem oko, pierwszą rzeczą po paru sekundach jaką robiłem był skan ciała, czy nadal mam lęk, oczywiście lęk i objawy są tak straszne, że umysł doskonale je zapamiętuje i kiedy tylko my w obawie myślimy czy to jest, on od razu się załącza w poczuciu zagrożenia.
Więc lęk był, od razu stawałem się załamany i wkurwiony, ze wszyscy dookoła radzą mi a ja jestem chory i nie mam siły, do tego to na pewno nie nerwica.
Szedłem do łazienki, tam twarz obca bo miałem depersonalizację, dobija mnie to tylko, jadąc do pracy musiałem wysiąść z tramwaju bo oczywiście miałem atak paniki, ledwo do tej pracy codziennie docierałem.
W pracy trzesąc się ze strachu czy dam radę i czy inni nie zobaczą jakim jestem świrem, męczyłem się 8 godzin. Często uciekałem do ubikacji, próbując się opanować, próbując odepchnąć na siłę myśli natrętne i katastroficzne, starałem się trzymać kolegów blisko, że jak coś mi się stanie to szybko wezwą pomoc, po pracy szybka ucieczka do domu kończona zwykle atakiem paniki w trakcie powrotu.
W domu wieczór zawsze był zły, derealizacja się pogarszała a ja miałem znowu zawsze jakiś atak bądź pojawiały sie inne objawy, jedyne co robiłem to wracałem do domu i grałem w gry komputerowe aby tylko nie myślec i nie czuć tego wszystkiego.
To taki skrót dnia, bo podczas tych wszystkich godzin, dokonywałem wiecznych skanów, czu aby na pewno rozumiem to co do mnie mówią, czy aby na pewno puls nie jest za wysoki i jak bede wchodził po schodach nie zemdleję, czemu czuję ucisk w głowie, czy to guz i umre tu w pracy itp.

Dla mnie każdy dzień był walką o to żeby przeżyć, każdy dzień był dla mnie końcem, każdy dzień to była nieustanna walka, czy w domu czy poza nim. (jak to zawsze bywa przy wiecznie aktywowanej reakcji walcz badź uciekaj)
Każdy mój dzień wyglądał tak samo i choć mi się wydawało, że się w tym wszystkim staram, nie dochodziło do mnie, że ja żyje niczym innym jak tylko objawami i chorobami, to własnie jest główny problem, nerwicowiec odrzuca rzeczywistość na rzecz wyimaginowanej choroby, wpada w egocentryzm nerwicowy.
Zajmuje się tylko objawami, zaburzeniami, chorobami, ciągle się bada, sprawdza swoje ciało i doszukuje się czy nie następuje nic gorszego.
Każdy nerwicowiec robi to codziennie, sprawdza czy nadal nie zwariował, czy zaraz nie umrze, kontroluje swoje gesty, słowa, kontroluje ciało i sprawdza.
Każdy podejrzany sygnał, kazdy ból, ukłucie rośnie do rangi raka, każdy ból głowy, zawrót do rangi guza mózgu, każde przejęzyczenie czy "esy floresy" przy zasypianiu (omamy hipnagogiczne) do rangi zwariowania, a przy tym warto dodać, ze ciągle ma przecież reakcję walcz bądź uciekaj aktywną więc tych objawów może mieć dużo, a to oznacza analizowanie i skanowanie objawów lęku, czyli nakręcanie się własnym lękiem...

Każdy dzień dla mnie był tematem do rozmyslań co mi jest, do szukania powodów dla których tak cierpię, nie uznawałem, zadnych reakcji walcz bądź uciekaj, wydawało mi się, że te moje objawy są zbyt drastyczne i mocne.
Nie wierzyłem, że inni tak nie mają, skoro im tak łatwo to wszystko przechodzi.
Dla mnie niemożliwym było przełamanie lęku, no bo jak skoro te objawy sa tak realne.
Zbyt się bałem, że umrę, że zwariuję.
Jak mogłem wyzdrowieć nie wierząc, że to nerwica i nie próbując się o tym przekonać.

Ciągłe skanowanie, ciała i otoczenia najlepiej widać na przykładach np.
wyszedłem kiedyś w zimę na dwór, był bardzo duży mróz, w jedną chwilę od mrozu zdrętwiały mi policzki, skończyło się to tak wielkim atakiem, ze ledwo żywy znalazłem się na izbie przyjęć, bo tak bardzo skanuje się swoje ciało, że tak mocno zdrętwiałe policzki w tym stanie awaryjnym zwanym nerwicą, interpretuje się jako coś niesamowicie zagrażającego..

Kiedy np. świeciło słońce i nagle zachodziło za chmurę jak dostawałem ataku paniki...tak bardzo skanowałem ciągle, ze każda nagła zmiana otoczenia, dla mnie oznaczała coś zagrażającego memu życiu i zdrowiu. ( w stanie nerwicy każdy umys pracuje na obrotach awaryjnych, stale wyłapując i oczekując zagrożenia, umysł straszy sam siebie))

Kazda próba relaksu kończyła się nasileniem objawów, to chyba zna wielu z was z lękiem, iż nie macie możliwości np. położenia sie takiego luzackiego z książką albo przed telewizorem bo ciągle czujecie napięcie, jak próbujecie się zrelaksowac na siłe to odczuwacie nasilenie objawów i wstajecie.
To jest własnie skanowanie i kontrolowanie objawów oraz tego czy nie zmieniają się w coś gorszego.
Tak bardzo boicie się, że jak przestaniecie sprawdzać i kontrolować to spotka was to coś najgorszego, że próby zrelaksowania się i odpuszczenia analizy i kontroli kończą się zwiększeniem lęku a nawet wielkim atakiem paniki.
Tą sytuację bardzo dobrze też widać, kiedy nerwicowiec zasypia i nagle po sekundzie wybudza się z wielkim poczuciem lęku i dezorientacji.
Bierze się to stąd, że zasypiając organizm sam się relaksuje, jak to przed każdym snem,.
My natomiast nastawieni podczas nerwicy na ciągłe zagrożenie i skanowanie, podczas zasypiania nadal skanujemy i kontrolujemy, już bez mała automatycznie, dlatego gdy podczas zasypiania na sekundę chociaż wróci świadomośc, wywalamy jak poparzeni, bo obawiamy się tak pełnego relaksu.

Dlatego też wielu nerwicowców podczas nerwicy ma częściej paraliże senne niż bez nerwic.
Są tak nastawieni na wyczuwanie zagrożenia, ze podczas snu jak świadomość na chwilę się wybudzi, my natychmiastowo chcemy się wybudzić aby sprawowa kontrolę i sprawdzać, chociaż nadal działa paraliż stosowany przez umysł na ciało.podczas snu.
(Kto nie wie co to paraliż senny niech sobie czytnie na necie.)

Kiedyś pod moim oknem skoszono krzaki, jak wyjrzałem za okno to poczułem, że coś się zmieniło, i nagle dostałem zawrotów głowy i prawie napadu.

Jak ni stąd ni zowąd zatkały mi się uszy potrafiłem zerwać się cały zlany potem i objawy od razu były zwiekszone, bo mój skaner działał i nawet zatkane uszy traktowałem jako coś bardzo zagrazającego.

Każdy ból ciała interpretowałem jako możliwy rak a potem czytanie o tym na internecie powodowało, że lęk narastał, przez co zwykle dochodziło do napadu lęku a ja w tym momencie myslałem, że to oznaka, że naprawde coś nie tak i rak jest bardzo możliwy.
Podobnie myśli kazdy w stanie nerwicy.

Takie przykłady to tylko ogół, takie skanowanie działa u każdego nerwicowca jak sonar na łodzi podwodnej, po paru tygodniach działa automatycznie a my tylko dostrajamy się do tego co nam niesie i zbytnio reagujemy na każdy sygnał lękiem i strachem oraz bujną wyobraźnią.

Często osoby, które z uwagi na objawy psychiczne bardzo boją się zwariowania, po pierwszym lęku czy objawie, nastawiają swój sonar i skaner na wyłapywanie objawów, które mogłyby poświadczyć, ze wariują.
Taka postawa powoduje, ze umysł nie wyłączy reakcji walcz bądź uciekaj, taka postawa powoduje, ze lęk będziesz czuł cały czas a lęk sam z siebie daje różne objawy.
Do tego taka osoba zaczyna być tak wyczulona, że jakikolwiek szmer wieczorem w pokoju, który normalnie też by się pojawiał z jakiś zupełnie realnych powodów, bądź jakiś dźwięk, który usłyszą za oknem, od razu interpretują jako omamy.
Zrywają się momentalnie i sprawdzają czy dżwięk miał prawo skądś się dobywać, czy też błysk w oku to mógłbyć omam.
Takie osoby poprzez takie rzeczy nakręcają lęk, w takich chwilach lęk jest bardzo wysoko i nie należy oczekiwać, ze sam z siebie minie jak my sami dolewamy oliwy do ognia, lęk podsycając.

Ta sytuacja doskonale obrazuje każdy objaw i strach, nie tylko, lęk przed zwariowaniem, ale i lęk przed smiercią, chorobą, omdleniem, zsikaniem się w tłumie, uduszeniem.
Np. osoby z lękiem przed chorobą, każdy objaw z ciała nawet błachy, na który do tej pory nie zwracali by uwagi, wyolbrzmymiają w stanie nerwicy, skanując go do rozmiarów raka, padaczki, stwardnienia rozsianego i innych wielu chorób.
Osoby z lękiem przed zawałem, każdą słabość, chwilowy brak oddechu rozumieją od razu jako zapowiedź zawału serca, każde potknięcie serca powoduje, że lęk w nich narasta.

Sytuacją dobrą do opisania są wyjścia osób z nerwicą.
Nerwicowcy czują się ciągle źle, ciągle umierają, ciągle zajmują się tym co im jest i jak się w danej chwili czują.
Sprawują kontrolowanie czy w ciele nic się nie zmieniło co by mogło dać podstawy do tego aby w końcu pokazać, że ich obawy lękowe są słuszne.
Nerwicowiec zwykle gorzej się czuje poza domem, choć nie jest to reguła, to jednak często z powodu ataku paniki bądź objawu lęku poza murami mieszkań, już na samą myśl o wyjściu czuje niepokój.
Często też dłuższe siedzenie w domu, powoduje zasiedzenie się i sam fakt wyjścia z objawami i wizja tego, że z nimi będzie trzeba gdzieś iść powoduje, że lęk narasta i obawy co to będzie.

Już jakiś czas przed wyjściem nerwicowiec o tym mysli, czy nie dostanie tam objawów, czy objawy nie zwiekszą mu się, jak będzie szedł z derealizacją czy potykaniem serca, to jak to będzie.
Takim sposobem, już w tej chwili taka osoba skazuje się na to, że chwile po wyjściu odczuje lęki silniejsze i objawy. Bowiem ona nastawia się i nakręca na to.

Po wyjściu na zewnątrz od razu poczuje się gorzej, skaner swój nastawia na czestotliwość bardzo czułą, bo przecież musi kontrolować czy nie wariuje, nie umiera i czy objawy nie będą zbyt silne.
Musi ciągle sprawdzać czy nie zwariował, czy nie słabnie ani nie umiera, czy serce nie bije zbyt szybko (wielu nerwicowców, dotyka ręką szyi aby sprawdzić puls, sam tak robiłem), sprawdza czy idzie równo, czy czuje nogi.
To wszystko sprowadza się do jednego, że nie może luzacko sobie iść bo musi sprawować kontrolę nad objawami i skanować ciało aby sprawdzić czy te najgorsze wizje się nie spełniają.
To jest punkt zaczepienia każdej nerwicy.

Zwykle w dalszej części wędrówki dzieje się tak, ze objawy nasilają się, osoba czuje się bardzo źle, ludzie dookoła i hałas nie działają w kierunku polepszenia stanu.
Osoba skanuje i widzi, że nie czuje nóg, albo serce bije za mocno, zaczyna lęk narastać, a narastający lęk daje nowe objawy.
Nerwicowcowi zaczyna się kręcić w głowie, w jego myślach kiełkuje jedno, "zaczyna się", próbuje odsunąć te myśli skupić się na zakupach ale to niemozliwe.

I nigdy nie będzie możliwe do końca!

Jeśli doświadczasz lęku albo napadu paniki, myśli natrętne będą waliły z dużą siłą i czestotliwością, taka ich rola, nie da się tego ogarnąć i nie mylśeć o nerwicy w takiej chwili.

Chwilę później nasz nerwicowiec, ma już ze 20 objawów, czuje, że oddech jest nierównomierny, czuje, że nie może go nabrać do pełna, mierzy puls reką ale go nie wyczuwa!
Odczucia nierealności sa tak mocne, ze nie poznaje gdzie jest, - koniec umiera - myśli kotłują się w głowie różne, o umieraniu, zawale, próby na tym etapie zatrzymania ich są nierealne.
Dostaje ataku paniki i tu już róznie bywa, wraca do domu, bierze taryfe, dzwoni na pogotowie.
W domu potem jest zły na siebie, że nie wytrwa ale zarazem czuje lęk, czy aby na pewno to była nerwica a może coś innego.
I tak dzieje się za każdym razem i nie ma to już wiele wspólnego ze stresami życiowymi, to ma związek z trwająca nerwicą i nakręcaniem się już przed wyjściem.

Wyleczeniem z tego jest brak strachu przed atakiem paniki, kiedy atak paniki nie wiąże się dla nas ze strachem o swoje życie, nie będziemy się tego bali przed wyjściem.
To w jaki sposób przestać bać się ataku paniki, jest proste a zarazem nie, bo zależy od nas samych i od tego co zrobimy jak atak przychodzi.
Osoba nerwicowa w trakcie takiego wyjścia jakie opisałem stosuje nakręcanie się, skanowanie wszystkiego w tym objawów, sprawdzanie czy jest dobrze, sprawuje kontrole tej granicy, której nie wolno według niej przekroczyć, bo po przekroczeniu, umrze bądź zwariuje, albo zemdleje w tłumie itp.
To ważne jest przy wszelkich objawach, nie tylko ataku paniki, przy każdym lęku działa ta sama zasada.
Np. osoba ma derealizację, boi się, ze zwariuje, włącza sprawdzanie czy to co mówi jest poprawne, bo jesli nie to oznacza potwierdzenie, ze wariuje.
Wychodzi gdzieś do kolegów, tam od razu skanuje czy to co powiedziała, jest dobre, czy to jak się zachowuje nie jest dziwne.
W takich chwilach lęk jest duży, a nie daj boże jak coś źle taka osoba wtedy usłyszy, to od razu panika, derealizacja się zwiększa, po powrocie do domu od razu fora o schizofrenii ida w ruch.
I tak własnie działa nakręcanie się, dlatego nerwica trwa.
Taka osoba na forum napisze, że ma objawy a przecież już stresów nie ma. Ale stresem jest to nakręcanie i analizowanie wszystkiego.

Osoby, które boją się w trakcie trwania nerwicy chorób, wpadają w hipochondrię, swój lęk opierają na tym, że ciągle są chorzy i ciągle doszukują się co im jest. A że lęk, który mają ciągły powoduje sporo objawów, to tych chorób do wkręcania robi się dość dużo.
Taka osoba wyjdzie gdzieś i strzyknie ją głowa, od razu myśl oho guz, nagle usłyszy jak koleżanka opowiada, ze jej matka ma chemioterapię, od razu w głowie takiej osoby zachodza wyobrażenia, przychodzi lęk i różne objawy, cały dzień z głowy.
Wieczorem przez to nakręcanie się w ciągu dnia, lęk nie maleje, wrecz przeciwnie zwiększa się, pojawiają się duszności, osoba wchodzi na strony o raku płuc, bo takich duszności to ona wczesniej nie miała.
Na drugi dzień biegnie zapisac się na rtg klatki piersiowej...

To są takie przykładowe opisy, każdy może tutaj wstawić swój objaw i strach, jak pisałem zasada jest ta sama.

Aby z tego wyzdrowieć należy to wszystko zacząć mieć totalnie w dupie. Zapewne odkryłem Amerykę :)

Ale tak poważniej to jest niestety prawda i nie ma, że się nie da, bo da się.
Wyleczenie łączy elementy o których pisałem wczesniej, jakich nalezy się pozbyć ale też wymaga pewnej zmiany podejścia do samegu życia.

Biorąc za przykład pierwszy opis osoby, która wychodziła z atakiem paniki, można leczenie z tego strachu opisac następująco.
Jeśli taki ktoś z tymi atakami paniki jest po badaniach lekarskich, na wstępie musi zaakceptować te wyniki badań.
To nie jest proste i nie chodzi o to nawet aby uwierzyć, niech taka osoba po prostu pamięta, że badania ma dobre, niech pamieta czym jest atak paniki i nie zapomina jak działa i powstaje nerwica.
To ważne aby w umyśle sobie to powtarzać codziennie po kilkanaście razy!
Bo pamietajmy, że nerwica jest reakcją walcz bądź uciekaj, a non stop aktywowana jest między innymi przez to, że umysł ciągle czuje się zagrożony.
Musimy dać mu jakiekolwiek podpory, że strach jaki odczuwamy nie jest realny i zagrożenie nie jest prawdziwe.
Zdrowie nasze jest w porządku a ataki wystepują bo nadal trwamy w stanie awaryjnym umysłu, nadal się nakręcamy i czujemy zagrożeni.

Druga sprawa to na początek można wychodzić z choćby tabletką uspokajająca typu xanax, a to po to aby mieć poczucie, że w razie jak nie da się rady i lęk będzie bardzo silny, jest coś czym można się uspokoić. Nie jest to konieczne ale jak ktoś ma xanax czy inną benzodiazepiną, dobrze to mieć przy sobie.

Ogólnie na początku i tak przed wyjściem będzie czuć się niepokój, myśli będą natrętne katastroficzne i podłe, tu trzeba zdać sobie sprawę co z takimi myślami robić.
Ano każda myśl w lęku, ataku paniki jest silna i jest ich dużo, to wynik reakcji walcz bądź uciekaj. Tego nie zmienimy, próby na siłę zmiany myśli raczej nie skutkują, próby myślenia o czymś innym też zwykle nie, a to dlatego, że jest wtedy lęk a lęk to bardzo silna emocja i od niej idą wszelkie takie myśli.
To co my z myślami możemy zrobić to przyjąć je świadomie do siebie, szarpanie się z tym nic nie da, jedynie da odwrotne skutki, każdą myśl trzeba przyjąc do siebie, i poznać emocję jaką niesie.
Przed wyjściem nerwicowiec zwykle ma obawy o rożne rzeczy, jak np. takie, że dostanie palpitacji serca i umrze na środku ulicy i nikt mu nie pomoże.
Albo ma obawy, ze zemdleje gdzies na chodniku i wszyscy przechodnie będa go widzieć jak tak leży nieświadomy.
Albo zwariuje od tych objawów i nie będzie świadomy jak wrócić, zapomni jak się nazywa.

Myśli dotyczące tych wyobrażeń bomabradują nieznośnie, próby odwrócenia uwagi nie pomagają, bowiem za chwile myśli przychodzą z powrotem, każda taka myśl, której się boimy, powoduje narastanie strachu.
Dlatego też walka z myslami jest nieopłacalna, naleźy z myślami takimi oswoić się. Każda myśl taka, która do nas przychodzi jest tak naprawdę dość nautralna, to my idąc za informacją jaką niesie tworzymy wyobrażenia i od nas zależy czy lęk będzie narastał.
Jeśli bomy się zawału serca bo mamy objawy potykania, skoki pulsu czy innych objawów, i nasze myśli dotyczą tej sfery.
Wówczas musimy przyjąć każdą myśl, która przychodzi aby nas straszyć, myśl ta może brzmieć "chore masz bardzo serce, jest ci słabo, nie wychodź bo jest goraco i umrzesz", taka myśl niesie za sobą wyobrażenia tej sytuacji, my odczuwamy od razu strach i niepokój, bo przecież mamy tyle objawów sercowych, ze wydaje nam się to dość możliwe.
Problem w tym, ze myśli takie są tylko efektem rakcji walcz bądź uciekaj, nie są zgodne z rzeczywistością.
Myśl taką i każda inna należy przyjąć z pełną świadomością, że miałeś robione szczegółowe badania lekarskie, nie ma możliwości żeby coś tobie się stało od reakcji walcz bądź uciekaj, bo to jest reakcja, która wystepuje przy każdym zdenerwowaniu.

W tym momencie ważne jest wspomnieć o jednej bardzo istotnej sprawie w procesie zdrowienia, bowiem nie tylko przełamywanie lęku jest ważne ale również zmiana nastawienia do swojego życia.
Lęki zwykle atakują drogie nam sfery, nie byłoby nerwicy gdyby lęk opierał się na tym, że przy ataku paniki nie umrzesz ale zgubisz kolczyk, gdyby taki lęk dotyczył ataku paniki, to nie bałabyś się go i minąłby bardzo szybko.
Jednakże lęki nerwicowe i w ogóle lęk dotyczy zawsze pierwszorzędnych wartości, a to dlatego tak jest, że reakcja walcz bądź uciekaj w naturze miała takie wartości chronić.

Lęk dotyczy zawsze strachu przed śmiercią, zwariowaniem, utratą świadomości, pamięci, utratą kontroli nad pęcherzem czy jelitami, smierci bliskich osób (w wypadku choćby natręctw), wszelkim ciężkimi chorobami i związanym z tym cierpieniem i tym podobnymi strachami.
Dlatego też z takimi tematami trzeba się lekko oswoić, nigdy nie przełamie się strachu przed takimi zjawiskami, bo to jest nierealne. Czegoś takiego to mogą się nie bać ludzie z wyciętym ciałem migdałowatym bądź bez nadnerczy, bo mieli by wtedy zblokowane poczucie lęku.
Ale też trzeba jasno sobie uświadomić, że życie zostało nam dane, jednak istnieją choroby i te wszystkie zjawiska i w żaden sposób nie da się tego uniknąć.
Wieczny strach przed nimi nie ma sensu, naprawdę lepiej teraz paść w tym momencie, umrzeć albo zwariować niż resztę życia spędzić w lęku przed tym wszystkim.

Do tego reakcja walcz bądź uciekaj, czyli wasza nerwica, pamiętajcie jest naturalnym systemem pochodzącym od organizmu kazdego z was, to nie zrobi wam krzywdy.
Dowodem jest chóćby to, że na starość człowiek przestaje mieć zdolność do tej reakcji czyli do przeżywania ataków paniki, a to dlatego, ze ma już słabszy organizm i hormony stresu mogłyby być szkodliwe.
Organizm ludzki to wielka samoregulująca się maszyna, atak paniki i lęk nigdy nie sprawią żadnych z tych rzeczy, których się boicie.
Serce potrafi bić i 200 na minutę u każdej osoby, która biegnie, ono jest przyzwyczajone do skoków, atak paniki i lęk nie zmieni tego ani nic nie zepsuje. Jeśli myslicie, że się dusicie, to bardzo duży błąd popełniacie, nie da się udusić od takich objawów, choćbyście nawet chcieli, organizm was przed tym uchroni.
Uczucie duszenia w sytuacji lęku wynika z innych przyczyn, i tu wkleję fragment z innego tematu:

U większości pacjentów, mechanizmy oddychania są zaburzone w charakterystyczny sposób. Kiedy dochodzi do stresujących sytuacji, ci pacjenci wolą polegać na oddychaniu piersiowym niż przeponowym, co skutkuje poszerzoną klatką piersiową i wysokim pozostałym poziomem objętości płuc. Z powodu tego wysokiego zalegającego poziomu są oni niezdolni do zaczerpnięcia następnego oddechu z normalna objętością oddechową i w konsekwencji maja duszności.
Proprioceptory w płucach i klatce piersiowej informują mózg „alarmem duszenia”, który inicjuje uwolnienie pobudzających neuroprzekaźników odpowiedzialnych za wiele symptomów takich jak palpitacje, drżenie, nerwowość i obfite pocenie się.

Organizm by was posadził na ziemi i sam uregulował oddychanie jeśli byłaby taka potrzeba.

Bardzo ważnym jest zmniejszenie poziomu strachu o te wartości nadrzedne, na pewne sprawy nigdy nie będziemy mieli wpływu ani ODPOWIEDZI, i dlatego nie warto się o to wszystko tak panicznie bać, bo tylko marnujemy sobie życie i szczęście, lepiej zaryzykować niż tak się głupio męczyć.
Dobrze o tym pisze facet na tej stronie http://szaffer.pl/wyzdrowiec/poddaj-swoj-skarb/

Strachu przed utratą tych wartości nie wyzbędziesz się nigdy ale nie warto tak kurczowo trzymać się tego, i warto zaryzykowaź i porzucić kontrolę.

Ale wracając do osoby z atakami paniki i lękiem i myślami natrętnymi.
Jak pisałem nie należy odwracać myśli, nie odganiać ich bo to działa źle.
Należy przyjąć myśli, zracjonalizować je, powiedzieć sobie i powtarzać w koło, nerwica, reakcja walcz bądź uciekaj nie może mi zrobić krzywdy, objawy są od tej reakcji, nie umrę, nie zwariuję, niech to sobie trwa, chwile musi.
Jeśli będą pojawiać się wyobrażenia, jak umieramy na np serce, mówimy, tak tak będę pierwszym przypadkiem, któremu od lęku tak się stanie, to będzie ciekawe. Zbywamy emocje jakie niosą te myśli i wyobrażenia.
Jak pojawiają się wyobrażenia np. o umieraniu po chemii na raka, i myśli bombardują nas w ciągu dnia, i mówią że nasz stan za to odpowiada.
Nie odrzucamy tych mysli, dajmy im zaistnieć w świadomości, poczuć te emocje, które za sobą ciągną, nie ważne czy to strach czy lęk czy przerażenie.
Żadnych emocji, takich również, nie należy się bać. Taki trening da wam dobre rezultaty na przyszłość w odczuwaniu złych emocji w ogóle w życiu.
Bo od żadnych emocji nie wolno uciekać.
A więc pojawiają się te mysli o raku, czujecie nawet ból w którymś miejscu ciała, jest wam słabo, czujecie, ze umrzecie być może za chwilę, bo bolą was stawy, macie gorączke, dusi was trochę, mięśnie drgają, czujecie derealizację, nie możecie sobie przypomnieć wczorajszego dnia, a tu myśli przychodzą zmasowane, o raku, śmierci, płaczu rodziny przy waszym pogrzebie, o tym co będzie po śmierci... a jak pustka i nie będzie nic?
Nie odrzucajcie tych myśli poczujcie je, zróbcie tak jakby to wyglądało jakbyście z tymi myślami dyskutowali, jakbyście dyskutowali z własnym przestraszonym umysłem.
Byle tylko nie szarpać się z tymi myślami!
Nigdy nie uda się lękowych myśli całkiem zignorować, odwracanie uwagi jest możliwe tylko poprzez spontaniczne zajmowanie się czymś, jeśli natomiast leżysz wieczorem w łóżku a natrętne lękowe myśli przychodzą, nie bój się ich, nie walcz z nimi, z reakcją walcz bądź uciekaj nie wygrasz, bo jest to stan pochodzący z organizmu, nie da rady tego świadomie kontrolować, tak samo jak pracy serca czy układu trawienia.
Zrozum w końcu czym jest nerwica, nerwica jest ta naturalną reakcją walcz bądź uciekaj a tylko strach powoduje to, iż jest to zaburzenie!

Myśli w leczeniu nerwicy są niezwykle istotne a przede wszystkim to jak do nich podchodzimy i co z nimi robimy.
Jeśli nachodzi cię myśl "masz raka", widzisz oczyma wyobraźni jak leżysz w szpitalu, pobierasz chemię, umierasz, od razu ogarnia cie rozpacz, latasz po stronach i ksiązkach medycznych, sprawdzając czy możesz mieć raka.
Jeśli chcesz poradzić sobie z myślami, pozwól im zaistnieć nie przerażaj się ich, wiesz skąd one pochodzą - od zagrożonego umysłu.
Rozmawiaj z tymi myślami, racjonalizuj je, "wiem, ze rak jest straszny nerwico, wiem czemu to robisz, ale ja jestem zdrowa, rozumiesz? Zdrowa."
Myśl: "a jeśli naprawde to rak a ty nie sprawdzisz tego to kto ci potem pomoże?"
"nie dam się tak podejść nerwiczko, nie tym razem, wiem co mi jest, wszelkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują, tylko ty mnie wiecznie straszysz"
Zamiast wtedy czytać o raku, czytaj książki o radzeniu sobie z lękiem, choćbyś miała je czytać po raz setny.
Mysl: a co jeśli umrzesz a tam nic nie ma? Znikniesz ty i twoja świadomość, Boże jakie to przerażające"
Pewnie obleje cie pot ale "jeśli umre a wiem ze to teraz od reakcji się nie stanie, to przynajmniej będę miała spokój od ciebie nerwiczko, nic mi nie możesz zrobić poza tymi objawami"

Być może wydaje się wam to głupie, ale mnie też się tak wydawało, jednakże po czasie praktykowania tego oraz posiadania zajęcia w ciągu dnia a nie 24 na dobę przez tv albo kompem, zobaczycie efekty.
Siłą rzeczy mózg czuje się coraz bezpieczniejszy, nie nakręcacie się myślami, lęk w wielu przypadkach już nie będzie tak narastał.
Czujcie te myśli i dyskutujcie z nim a dokładnie z zlęknionym mózgiem!

Z myślami lękowymi rozmawiajcie zawsze kiedy przychodzą, nie ważne czy to jest wyjście gdzieś i się boicie, czy wieczorem łóżku, czy w pracy.

Ale oczywiście to nie koniec, to początek jest, i to jest pierwsza faza lekkiego uspokajania umysłu, nie nakręcamy dzięki temu się już tak bardzo.
Teraz pora na najważniejszy etap, na przełamywanie lęku i oswajanie się z nim.


Jeśli mamy gdzieś wyjść a czujemy się źle, lęk jest duży, myśli przychodzi tysiące i chcemy zrezygnować,- nie róbmy tego-, tylko właśnie wyjdźmy, pogadajmy sobie trochę z tymi straszącymi myślami i wyjdźmy.
Nieistotne jakie masz wtedy objawy. Tak, dokładnie, NIEISTOTNE
Lęk i objawy to tylko pionki, zawsze są straszne więc przywyknij do tego, nie ma co oczekiwać, że objawy strachu będą miłe.
Każdą emocję i objaw też trzeba świadomie przyjąć, nie szarpmy się z objawami, bo wtedy próbujemy za wszelką cenę dobrze się poczuć a wiadomo, że tak się nie stanie. Bo jak mamy lęki, chcemy wyjść na dwór, lęki narastają i objawy też, to nie ma takiej metody, która sprawi, że nagle objawy odejdą.
Takich sposobów nigdy oprócz leków nie znajdziecie.

Nie ma się co łudzić.
Dlatego jak czujecie te straszne objawy i wychodzicie z domu, zaczynacie proces leczenia w dalszej części.
Myśli wszelkie nadal racjonalizujecie, i zaczynacie iść tam gdzie iść mieliście, czy choćby na spacer, objawy się trzymają na dobre albo rozkręcają, zaczynacie czuć lęki coraz mocniejsze, zastanawiacie się czy nie wrócić.
Otóż nigdy tego nie róbcie, od tego momentu przełamujecie lęk, w tym momencie myśli będą bardziej agresywne, beda mówić, umierasz!, zaraz będziesz zbyt daleko od domu i nie zdąrzysz wrócić! Serce ci bije tak że dostaniesz wylewu! Dusisz się ! O boże co robisz! Uciekaj!
Wówczas racjonalizowanie należy odstawić bo to zbyt spokojna forma rozmowy z lekowymi myslami w takich momentach.
Trzeba wyjść na przekór strachowi i tym myślą, i powtarzam nieistotne są objawy jakie w danej chwili czujesz, objawy lęku są zawsze kosmiczne i nie do wytrzymania a w momencie przełamywania leku są po prostu trochę większe.
Mówienie na przekór tym myślą oznacza mówienie, :"to dawaj zabij mnie" "chodź nerwico pokaż na co cię stać" "jesteś zwykła reakcja nic mi nie zrobisz" "choć suko postaw się""chce zwariować bede miała spokój"
Zwykle wtedy dochodzi do eskalacji lęku, objawy są bardzo silne i następuje punkt krytyczny. Kiedy czujemy, że już dłużej nie da rady, to jest to bardzo ważny moment.
Tym momentem jest sprawowanie kontroli o której tak często piszę, to właśnie ta kontrola i obawa, że za ta granica spełnią się nasze najgorsze obawy, sprawia, że jesteśmy chorzy.

W tym krytycznym momencie najczęściej pojawia się niesamowite przerażenie i czujemy, że musimy uciekać, mamy ochot wyskoczyć przez okno, biec do domu, krzyczeć o pomoc.
Ten punkt należy jeszcze przetrzymać, nie ważne gdzie jesteśmy, jak w domu zwińmy się w kłębek i krzyczmy "dawaj pokaż na co cię stać" jeśli w tramwaju, zamknijmy oczy i siedźmy czy stójmy i powtarzajmy to samo w głowie, jeśli na dworze, to możesz nawet zacząć biec jeśli czujesz taką potrzebę ale nie do domu, tylko w przeciwnym kierunku, cała rzecz aby przetrzymać ten punkt krytyczny i nie wracać biegiem do domu ani nie dzwonić na pogotowie.
Bo to utwierdza nadal nas umysł, że jest w niebezpieczeństwie, to nie pozwoli nam wyzbyć się strachu przed atakami i objawami.

Jeśli stresujesz się, że widzą to inni ludzie, odpuść, choć wiem, że to trudne i dodatkowo nakręca.
Ci wszyscy ludzie są tak nieistotni w tym momencie dla ciebie i twojego zdrowia jak cała planeta ziemia dla kosmosu.
To dokładne porównanie, to twoje życie i masz okazję w końcu być szczęśliwym, bo nerwica nigdy nie zabierze ci w życiu umysłu czy życia ale zabierze szczęście i możliwość realizacji siebie samego i swojego życia.
Więc ci ludzie są naprawdę nieistotni.

A gwarantuje każdemu z was, że za tym punktem krytycznym żadne objawy się nie spełniają, za tym punktem, jeśli go przetrzymamy, dzieje się to, że czujemy się pijani od tych lęków ale zarazem atak zaczyna słabnąć a my jeśli przetrwaliśmy wykonaliśmy milowy krok w stronę zdrowienia.

Najczęściej jeden atak paniki przetrwany w sposób oswajania lęku, nie pokonuje zaburzenia, bowiem nie od razu umysł się uspokaja, do tego nerwicowiec, zaraz ma myśli lękowe "dziś się udało ale czy jutro dam radę to wytrzymać?" Albo ma myśli, "nie ciesz się jutro umrzesz."

Ale mimo wszystko tak przetrwany atak paniki daje pewne poczucie bezpieczeństwa. Kiedy przekraczamy tą granicę, którą tak pieczołowicie próbowaliśmy kontrolować, dzieje się coś fantastycznego.
Czujemy wówczas na poziomie emocjonalnym, że to wszystko jest prawdą, a nerwica i lęki nie aż tak straszne.
I chociaz możemy jeszcze czuć się bardzo źle o wiele chętniej podejmiemy kolejne próby przełamywania się.
Ciągle racjonalizując myśli, robiąc im na przekór oraz pamiętając, że reakcja i lęk nie są niebezpieczne.
Każdy kolejny przetrwany w taki sposób atak paniki sprawi, że po kilku razach wyzdrowiejesz z nerwicy, zaburzenie nie będzie miało miejsca.
Czemu tak jest, to akurat jest proste i logiczne.
Jak pisałem na samym początku, nerwica opiera się na pierwszym lęku, ataku paniki a potem na ciągłym niepokoju, iż kolejny atak paniki, lęk czy objaw przyjdzie i dokona ostatecznego.
Nerwicowiec przez to ciągle załączaną ma reakcję walcz bądź uciekaj, umysł nastawiony jest na poczucie wiecznego wyczekiwania zagrożenia i wypatrywania.
Dlatego nerwicowiec przesadnie reaguje na każdy dźwięk, a nawet może widzieć twarze układające się z wzorów np. płytek podłogowych, dlatego ciągle skanuje i wypatruje.
Dlatego tak bardzo boi się objawów, ma lęk przed nimi.

Z chwilą pojawienia się lęku, stwarza się bariera, po przekroczeniu, której rzekomo (wedle strachu nerwicowca) stanie się to najgorsze, dlatego każdy sprawuję kontrolę, w każdym momencie i w razie pogorszenia lęku i objawów ucieka. A nawet jeszcze wcześniej.
Dlatego próby i pierwsze przełamanie ataku paniki, lęku, objawu powodują, ze sam atak paniki i objaw, przestaje być dla umysłu zagrożeniem.
Bariera, której według naszego strachu nie wolno przekroczyć została ominięta i nic złego się nie wydarzyło.
To daje poczucie bezpieczeństwa, daje pierwsze prawdziwe namiastki wiary w diagnoze nerwicy, (a pamiętajmy o tym, że po wizytach czy wynikach badań czujemy się lepiej, to z tych samych powodów), reakcja walcz bądź uciekaj już nie jest załączana non stop.
Po kilku razach oswojenia się z lękiem, proponuję samemu spróbować przywołać atak paniki, to już jest całkowite odegnanie nerwicy.

Teraz jak przekroczycie granice odporności na stres z powodu problemów, to nawet przyjdzie atak paniki, bo nadal może od stresu się pojawić, nie stanie się nerwicą, zaburzeniem, tylko będzie dla was reakcją stresową.
Nie będziecie musieli uciekać w chorobę, tylko mimo pojedynczego ataku czy lęku, który po czasie krótkim minie, będziecie nadal żyli swoim życiem.


Na ten moment chcę zakończyć na razie pisanie.
Przepraszam, że tekst ten jest długi, i tak bardzo starałem się żeby był w miarę streszczony i zawierał to co najważniejsze. Jednakże temat zaburzeń lękowych jest dla mnie zawsze tematem ciekawym, mógłbym pisać o tym ze sto razy więcej, podając inne przykłady, opisy ale myślę, że nie warte to aż takiego zachodu i potem czytania.
Bowiem jaki by objaw nie był czy lęk i jego nasilenie, oswoić myśli, strach, poczuć go na sobie i przełamać lęk można w każdym momencie i w każdym etapie nerwicy.


To co jeszcze chce dodać to pewna kwestia, mijania nerwicy samej z siebie.
Czasem jak rozmawiam z ludźmi o nerwicach, wielu z nich mówi, iż przełamywanie lęku jest dobre ale oni słyszeli jak komuś z forum czy w rodzinie nerwica sama minęła.
Owszem to jest jak najbardziej możliwe, choć "sama" to nie do końca dobre słowo.

Trzeba też pamiętać, ze nerwica ma różne "wymiary", spowodowane to jest czynnikiem wyzwalającym nerwicę.
Jedni mogą mieć silniejszą bo związaną z ich konfliktami wewnętrznymi, ciągłą złą sytuacją rodzinną, czy problemami "bez wyjścia".
Dla wielu nerwica może się zrodzić po śmierci bliskich.
I czasem bywa, że dana osoba zacznie zażywasz leki, chemia w mózgu się unormuje, (co ciekawe przełamywanie lęku też normuje chemie mózgu), i po prostu nerwica mija, a dana osoba nie ma aż tak wielkich problemów.
A jej granica odporności na stres na razie nie jest ponownie przekraczana i być może nigdy już nie będzie, bo trauma np po śmierci raz ją przekroczyła i więcej może traumy takiej nie być.
I po prostu nerwica w taki sposób mija, bez większych ceregieli. A człowiek, kóremu po lekach minęło, zyskuje wewnętrzną pewność, ze to jednak nerwica.
Dzięki czemu strach przed nią samą mija i umysł też nie ma powodu się bać i załączać ciągle i ponownie reakcji walcz bądź uciekaj.

Zdarza się też, że osoby z nerwicą, nagle znajdują sobie miłość, nową świetną pracę, przeprowadzają się gdzieś, zaczynają żyć i nagle orientują się, że nerwicy nie ma.
To jest wynik tego, że po pierwsze zajmują bardzo myśli a każdy chyba z nas nerwicowców wie, że jak zajmie się solidnie myśli to o nerwicy się zapomina i zdrowieje na ten moment.
Dzieje się tak dlatego, że umysł zajęty czymś innym nie skanuje, nie wystawia sonaru, nie wyłapuje zagrożeń, dzięki czemu strach przed kolejnym objawem i zabójczym atakiem znika.
Kontrola nie musi być utrzymywana.
Często jeśli na chwilę czymś się zajmiemy, to po czasie nam się przypomina i wszystko wraca.

Ale jeśli ktoś poznał miłość, zajął się praca, nowym miejscem zamieszkania, nowymi znajomymi, nową szkołą i nie mają miejsca w tym wszystkim silne stresy, to taka osoba, na dłużej zapomina o nerwicy i dzieje się wówczas rzecz taka sama jak w przypadku przełamania lęku.
Umysł się po czasie uspokaja, człowiek zaczyna widzieć, że ta nerwica to pryszcz i jej się nie boi.
Nawet po czasie jak sobie o tym przypomni to uśmiechnie się na ten temat, i tyle.
W tym wypadku po prostu samoistnie na skutek zajęcia myśli i braku analizowania, skanowania, obawiania się, umysł się uspokaja, człowiek zdrowieje.

Jednym słowem możesz poznać jakąś pasję, zająć się tym, zacząć żyć nie objawami i umieraniem i ...wyzdrowieć.

Jedynym plusem przełamania lęku, czemu w sumie poświęcony jest głównie ten temat, jest to, że przełamujesz lęki na stałe.

Kończąc chcę napisać jeszcze, że każde przełamywanie leku i rozmowy z myślami dobrze połączyć jest z terapią poznawczo – behawioralną, ona na to w sumie się nastawia, tak ogólnie mówiąc.
Oraz dobrze jest czytać wszelkie książki o przełamywaniu lęku jak "Opanować Lęk", "Oswoić lęk" "Strach i lęk paniczny" "Pokonać lęki i fobie"

W książkach takich często są dobre rady jak najlepiej rozmawiać z lękowymi myślami, bo moje przykłady to są moje wypracowane metody, mnie najlepiej się z nimi "rozmawiało" poprzez racjonalizowanie i ośmieszanie a nastepnie robienie im na przekór.

Niżej znajduje się kolejna część
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6222
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

17 lutego 2016, o 16:37

Zawsze powtarzam, że wiara w diagnozę jest kluczem do wyzdrowienia, powtarzam, choć mnie samemu nigdy nie udało się zdobyć samemu z siebie wiary, wiarę zdobyłem poprzez przełamywanie lęku.
Ale o tym, że wiara w prawdziwość diagnozy nerwicy powoduje wyzdrowienie, świadczy fakt, iż wiele osób z lękiem, nerwicą, po badaniach i zapewnieniu przez lekarza, że z nimi jest dobrze, wracają na jakiś czas do pełni formy :)
Wielu z nich czuje się świetnie po wizycie, co było też moim udziałem, po pierwszej wizycie u psychiatry, na cały jeden dzień znikneły mi wszelkie objawy.
Jednakże wieczorem poczułem się gorzej i od razu naszła mnie myśl, że chyba doktor się mylił i spokój ducha szlag trafił. Lęk wrócił.

Do prawdziwego zdrowienia doszedłem dopiero gdy byłem na psychologicznym dnie, ostatnie miesiące z nerwicą były już totalnym koszmarem, z pracy zrezygnowałem, bo nie dawałem rady do niej chodzić, ataki paniki były po kazdym wyjściu, nawet wyjściu z łóżka do ubikacji.
Ciągłe męki, miałem wtedy nawet myśli samobójcze żeby dac swojej partnerce tym spokój i samemu sobie.
Oprócz ciągłych ataków paniki, miałem też oczywiście lęk ciągły, czyli lęk występujący codziennie przez 24 godziny na dobę oraz rzecz jasna wiele, naprawdę wiele objawów też trwających 24 godziny na dobę.
Podkreślam to bowiem często osoby z którymi rozmawiam o nerwicy nagle wyskakują, że to co innego bo oni nie mają ataków paniki ale ciągle się źle czują i według nich to oznacza, że oczywiście są bardzo chorzy na coś innego.
To oczywiście nieprawda, co już wyjaśniałem powyżej ale jeszcze raz dodam, że nerwica lękowa może przejawiać się jednym atakiem paniki a potem codziennym lękiem i objawami, albo codziennym lękiem i powtarzającymi się atakami.
Może przejawiać się, że lęk pojawia się tylko po wyjściu z domu i powoduje atak paniki, może przejawiać się, że w ogólnie nie będzie ataku paniki tylko na początku pojawi się jeden objaw lęku i potem cała nerwica kręci się wokół obawy o ten objaw.
To naprawdę nie ma reguły, nerwica jest wtedy kiedy czujemy lęk i niepokój, nastawiamy skaner na poszukiwanie zagrożenia, zaczynamy żyć objawami i obawami ciągłymi co nam jest.
Jest wtedy gdy z obawy o atak paniki czy inny objaw albo z obawy o jakieś zdarzenie (np. zsikanie się w tłumie) boimy się wychodzić z domu oraz zaczynamy czuć się jak zmęczeni staruszkowie wiecznie poszukujący chorób, tyle, że u nas wyniki badań są dobre.

No dobra więc kiedy byłem już na tym totalnym dnie, interesowałem się wówczas wszelkimi lekturami z zakresu wychodzenia naprzeciw lękowi, mówię tu np. O książkach "Opanować Lęk", "Pokonać lęki i fobie" "Oswoić lęk" "Lęk i strach paniczny", wszelkie tytuły tego rodzaju oraz wszelkie info na necie o terapiach, przede wszystkim terapii poznawczej.
Najbardziej utkwiła mi i przypasowała książka Brownyn Fox "Opanować Lęk"
Autorka książki sama chorowała na silną nerwicę lekową, miała ataki paniki, lęki i ogólnie te nasze nerwicowe odchyły, nic jej nie pomagało.
Któregoś razu zajęła się medytacją ale każda próba relaksu przy medytacji i zamkniętych oczach kończyła się nasileniem objawów i atakiem paniki, czyli tym co zdarza się każdemu w stanie nerwicy.
Autorka jednak za którymś razem miała tak już dość, że postanowiła mimo wszystko wysiedzieć podczas medytacji, co skończyło się tym, że po początkowym bardzo mocnym nasileniu lęków i objawów, wszystko zaczeło się zmniejszać i mijać.
Od tego momentu autorka zaczęła zdrowieć, a to dlatego, że dzięki temu zabiegowi zrozumiała i w pełni uwierzyła w diagnoze nerwicy, porzuciła tą cholerną kontrolę i zobaczyła, że poza nią nie ma chorób ani smierci czy zwariowania, tylko jest uspokojenie się umysłu.

Choć czytałem tą książkę wiele razy, (była ona bardziej wymiętoszona niż pierwszy numer erotycznego magazynu każdego nastolatka) początkowo mało do mnie docierało, choć kumałem skąd się bierze nerwica, i co trzeba robić, nie robiłem nadal najważniejszego, nie przestawałem analizować i nie rzucalem kontroli, nie wychodziłem lękom naprzeciw tylko cofałem się nadal nakręcając i wyszukując sobie czegoś innego niż nerwica.
Nie chciałem a raczej panicznie bałem się przekroczyć tą ganicę, za którą miał być koniec i nieszczęście.

Po kilku zmianach psychologów, udałem się jeszcze na terapię poznawczo – behawioralną, choć sama w sobie terapia nie pomogła mi nagle przestać się bać, tylko dała mi fundamenty pod przełamywanie lęków.
Polecam kazdemu z nerwica tą terapię, tylko należy pamiętać, ze terapia to tylko wskazówka, wy sami musicie, sie przełamywać.

To był okres kiedy po prostu miałem dosyć, zacząłem widzieć jak na dłoni, że w taki sposób nie wyjde z tego, że kolejne 5 albo 10 lat będzie takie samo, terapia poznawcza miała na mnie wpływ, w połączeniu z książkami o przełamywaniu lęku, postanowiłem wyjść lękowi naprzeciw.

Wiele razy o tym czytałem ale wszelkie próby wychodzenia naprzeciw objawom ataków paniki i lękom, zawsze wydawały mi się zbyt przerażające. W końcu od 4 lat nie byłem w stanie obejrzeć programu w telewizji ani skupić się na czymkolwiek, ba.. nawet nie byłem w stanie umyć spokojnie zębów.

Jednak wiedziałem, że wyjścia nie mam i szczerze przez te lata męki z ciągłym lękiem chyba przestało mi zależeć na tym co się stanie, poczułem chęć aby ta kobieta lekkich obyczajów nerwica mnie zabiła jeśli ma taką ochotę.
Tu muszę dodać, że oczywiście moja sytuacja rodzinna była w opłakanym stanie, dziewczyna z którą miałem mieszkać a która przed moimi ciężkim stanami przeprowadziła się do mnie, razem ze mną mieszkała w moim domu rodzinnym, bo ja nie byłem w stanie doprowadzić do porządku naszego małego mieszkanka.
Rodzine zawsze miałem problemową, więc mieszkanie na kupie i wieczny brak forsy bardzo potegował mój stres, choć wówczas żyłem tylko chorobami.
Ale jednak od tego wszystkiego i w ogóle od próby wejścia w dorosłe życie moja przygoda z nerwicą sie zaczęła.
Nie byłem gotowy na dorosłe życie, byłem źle wychowany, miałem złe wzorce i złe doświadczenia z okresu dorastania, ogólnie nie byłem nauczony odpowiedzialności.
Długo by tu opowiadać o mnie w tej kwestii.

W każdym razie w życiu problemów narastało a ja żyłem sobie 4 lata nerwiczką i cierpiałem jak głupi.

Zawsze piszę, że przełamywanie lęku jeśli chodzi o ataki paniki i lek ten codzienny trwało rok ale przyznaję, że to nie jest prawdą, prawdziwe przełamywanie miało miejsce w okresie paru tygodni. Bo fakt, że wiele miesięcy próbowałem ale te próby to było bardziej nakrecanie się a nie takie prawdziwe oswajanie z lękiem.
Chodzi mi w tym wypadku, że np starałem się wychodzić gdzie się da i mimo lęku i objawów nie rezygnować, to był plus ale siedząc w domu i nagle czując, że coś mnie gdzieś kłuje, np przy serce pozwalałem nakręcać się. Przez to lęki nadal trwały.

Dokładnie pamiętam te dni przełamywania się, chyba każdy pamieta bo wiąże się to z traumą strachu, ze jeśli porzucimy kontrolę to coś nam się stanie, ja tą kontrolę miałem na wysokim poziomie, bardzo byłem zaszczuty przez lęk oraz analizowanie i obawy co ze mną będzie.

Pierwsze przełamywania miały miejsce w domu, jako, że często dostawałem ataki w domciu, zacząłem iść za głosem osób, które mówiły aby nie bać się ataków bo nic nie zrobią oraz za głosem Bronwym Fox, która w książce mówiła aby atak przeżyć i odczuć go w pełni na sobie.

Początki były koszmarne, ja bez ataku mialem problem ze spokojnym siedzeniem a co dopiero podczas napadu lęku.
Na początku próbowałem siadać nawet jeśli nie było ataku paniki, bo oprócz ataków miałem ten lęk ciągły i nie mogłem nic spokojnie robić dlatego też z tym właśnie lękiem starałem mimo wszystko relaksować się, medytować, co kończyło się nagłymi zrywami z łózka bo od razu lęk stawał się silniejszy i miałem np uczucie, ze łózko kręci się razem ze mną albo zapadam się w nie, tracę świadomość.
Próbowałem też podczas napadu ale to była już totalna klapa.

Wtedy zrozumiałem na czym polega błąd mojego przełamywania, a mianowicie ja nie próbowałem sie oswajać z tym lękiem, tylko go odepchnąć. A odepchnąc lęku ani myśli natretnych przy napadzie się nie da.
I to trzeba zrozumieć, że jak pojawia się atak paniki, lęk, natrętne myśli, to nie ma możliwości odepchnięcia tego, nie ma możliwości skupienia się na czymś innym, ani na odpychaniu mysli lękowych na siłę, bądź myśleniu o miłym miejscu, kto miał kiedykolwiek atak paniki wie, że to nierealne.

Z atakiem paniki, lękiem, myślami natrętnymi trzeba się oswoić, ja odwróciłem bieguny, zacząłem brać na klatę wszelkie objawy ataku paniki, chciałem zacząć być ich świadomym, nie chciałem już od nich uciekać jakby w napięciu.
Kładłem się jak czułem silniejszy już lęk i mówiłem "chodź, zabij mnie" "zabij" "dawaj te objawy" powtarzałem to tak długo i głośno jak było trzeba.
Z myślami się już nie szarpałem, racjonalizowałem tylko, mówiąc "to nerwica, nic mi nie zrobi a nawet gdyby to dawaj zabij mnie"
Przestałem uciekać od tych myśli podczas napadu lęku, myśli zwykle dotyczyły "o boże umieram" :"zwariuję" przez co wyobrażałem sobie śmierć, szpital psychiatryczny a napad lęku tylko sie wzmagał.
Dlatego na takie myśli nie szukałem zaprzeczeń, mówiłem "to tylko nerwica" "jak zwariuje przynajmniej nie będę już tego wszystkiego świadomy" albo "zabij mnie".
To samo stosowałem nie tylko przy atakach paniki, wiele osób niepotrzebnie neguje teks, który piszę mówiąc, że u nich to jest lęk stały a nie atak paniki, że oni objawy mają codziennie, lęki też.
A ja usilnie powtarzam, że to nie ma znaczenia, żadnego znaczenia, przełamywanie ataków, czy oswajanie się z atakami paniki czy lękiem codziennym wygląda tak samo.
To zawsze jest utrzymywane na podstawie lęku przed atakiem ale też i lęku przed lękiem i danymi objawami, lękiem przed tym jak żyć z tym wszystkim..
Tak jak należy być świadomym tego co się dzieje podczas ataku paniki, tak JAK trzeba racjonalizować myśli lękowe i robić im na przekór, tak samo JAK trzeba mimo obawy wychodzić z domu, pracować, żyć, tak samo trzeba to robić w wypadku codziennych objawów i lęku.

Nie było mi łatwo oswajać lęk, wszyscy, którzy chcą położyć kres lękowi w sposób trwały muszą liczyć się z tym, że podczas tego można mieć nasilenie lęków i objawów a jest to wynik tego, że podczas tego dochodzi do porzucania kontroli zaburzenia i objawów.
A dokładnie jak pisałem na początku nerwica to jest nic innego jak lęk przed lękiem, lęk przed tym, że kolejny atak i objaw zrobi nam coś bardzo złego, że nie damy rady z lękiem a nasze życie ulegnie destrukcji.
Dlatego podczas oswajania z lękiem kiedy puszczamy tą kontrolę, od razu zapala się czerwona lampka pytająca czy za ta granica kontroli nie stanie się to najgorsze co nam katastroficzne wyobrażenia mówią.
Zanim nastapi oswojenie i to, że zobaczymy, iż naprawdę nic nam nie grozi, lęk wzrośnie, to dość logiczne.

Jednakże trudno było logicznie myśleć podczas tego ale że postanowienie moje było twarde, albo wóz albo przewóz, wtedy uczepiłem się powiedzonka "lepiej umrzeć tu i teraz niż następne 5 lat żyć jak żyłem" a zyłem jak antylopa w dziczy. Ciągle czujna i nastawiona.
Tym właśnie jest nerwica.

Powtarzając się przełamywanie lęku nie przychodziło łatwo, dziś jak to sobie przypominam to tamte dni zlewają mi się w jedną całość, opiszę tylko te momenty, które zmieniały moje nastawienie, prób było o wiele więcej.
Ale nie sposób opisac o tych 2-3 miesięcy całych i każdego dnia i każdej godziny.

Któregoś razu po wielu próbach dostałem napadu paniki i położyłem się na łóżku, czułem się bardzo źle ale w koło powtarzałem, że "możesz mnie zabić" "dawaj zabij mnie" "wiem ze to tylko nerwica" tym głośnym gadaniem zagłuszałem myśli i tak leżałem, leżałem dość długo i napad nie mijał.
W którymś momencie miałem uczucie, że znikam, i spanikowałem, pamiętam, że upadłem na kolana i popłakałem się prosząc moją laskę żeby wezwała pogotowie bo chyba jednak umieram. Zapadło mi to w pamięć, bo czułem mega wtedy porażkę i niesamowite upokorzenie, dlatego do dziś jak ktoś z lekceważniem wypowiada się o nerwicy ogarnia mnie agresja, i choć wiem dobrze, że nerwica to naprawde pestka, to jednak wiem ile to kosztuje cierpienia, ile pracy nad sobą oraz upokorzenia.
Jednak tamtego wieczoru zarazem po wypłakaniu się na tej podłodze, poczułem malutką pewność siebie, że przeleżałem tyle tych ataków i zauważyłem, że sukcesem było to, że odkąd zacząłem stosować te szokowe praktyki, nie brałem xanaxu i przede wszystkim byłem nastawiony bardziej już nie na panikę a na to żeby te wszelkie objawy świadomie przeżywać.

Bo mimo tego, że się męczyłem, atak paniki i tak mijał, mnie nic nie było, tyle, że nadal czułem się źle.
Jednak przełom nastąpił trochę później.
Pomijam wszystkie próby oswojenia się z lękiem, bo trochę tego było.
Porzucenie kontroli po tylu latach wypełnionych ciągłymi obawami, nie było łatwe. Ale też nie niemożliwe.
Zobaczyłem, że dobre efekty daje przywoływanie podczas ataków wyrażen typu "chodź zabij mnie", więc poszedłem dalej, postanowiłem przywoływać samemu ataki paniki i co ciekawe nie udawało mi się, przez parę dni nie miałem żadnego napadu lęku.
Był lęk ten ciągły i mimo niego lężałem jak gdyby nigdy nic i czytałem książki, co było zawsze trudne. Ale nie chciałem się poddawać i próbowałem każdych sposobów prób relaksacji.

Tu znowu pragnę na chwilę wrócić do kwestii lęku 24 na dobę i takich objawów.
Bo wiem, że wiele osób, które wcześniej czytało ten tekst mówiło, że to ich nie dotyczy bo oni nie mają ataków paniki.
Wiem, że powtarzam to jak katarynka ale to jest dość ważny element, bowiem takie podejście do sprawy szkodzi.
Dlatego, że nie ma znaczenia jaki lęk odczuwasz czy powtarzający się nagły czy tylko lęk 24 h na dobę, lęk jest zawsze lękiem a do tego jest wynikiem obawy przed tym co nam jest, analizowania i kontrolowania, skanowania i sprawdzania tego jak się czujemy.

Pozbycie się obojętnie jakiego lęku zawsze składa się na te same elementy, czyli:

realna świadomość co nam jest i świadome dopuszczanie do siebie objawów lęku oraz myśli natrętnych i lękowych, przy racjonalizowaniu tych myśli i sprowadzaniu do tego czym są naprawdę, a są tylko lękowymi myślami a nie wyznacznikami za jakimi muszą podążać nasze emocje.
Składa się na świadomości skanowania naszych ciał, otoczenia, składa się na zaprzestanie uciekania od realnych stresów i problemów w objawy lęku, należy przestać codziennie żyć z tymi objawami,. Składa się na pogodzenie się, że życie nie polega tylko na szczęściu i konsumpcji, oraz pogodzenie się z rzeczami i zjawiskami na jakie wpływu nie mamy.
Składa się na wychodzenie naprzeciw lękowi, wszystko z lękiem można robić, może tylko na gorszym poziomie ale tylko na początku.
A wychodzenie naprzeciw lękowi i pozwalanie na pojawienie się objawów lęku jeśli mamy stresy czy inne wyzwalacze, powoduje, że cholerna potrzeba kontroli zaburzenia i objawów znika.

Przez jakiś czas tak oswajałem te lęki i ataki paniki, każdy atak paniki starałem się przetrzymywać leżąc na łóżku, myśli lękowe przyjmowałem do siebie jakby to była normalna sprawa, szarpanie się z nimi sensu nie ma, jednakże ciągłe siedzenie w domu w takim okresie jest złym pomysłem.
Lęki opierają się głównie na myślach, bowiem od nich i wyobraźni w ciągu jednej sekundy lęk potrafi narosnąć do olbrzymich rozmarów.
Okres ten wiele mnie nauczył, choć nie dał mi wolności nauczył mnie, że można odczuć lęk i objawy i nie wpadać w przerażenie, można dopuścić do siebie wszelkie złe i natrętne myśli ale zarazem, nie traktować ich za pewniki, nauczył mnie, że wszelkie takie myśli są tylko myślami, niczym więcej.
My decydujemy co z nimi zrobimy i czy emocje lęku od tych myśli wyjdą.
Dał mi podstawę do tego aby poczuć choć odrobinę nadziei.
W tym okresie też wiele wyprowadziłem na prostą jeśli chodzi o strach przed nieznanym, o pewną formą pogodzenia się z tym co nieuniknione. Ale to opiszę w innym poście w tym temacie.
Bo to niewątpliwie była też ważna kwestia.

Potem przyszedł czas na wyjście z domu, co było wyzwaniem ogromnym po roku leżenia w łożku.
Pierwsze wyjścia z domu kończyły się klapą, wiadomo lęk nasilony, wszystko na granicy napadu lęku, myśli o tym co będzie, jak dam radę kiedy tak się kręci w głowie, kiedy nie czuję nóg, czuję jakbym frunął, wiele razy wróciłem do domu ale po tygodniu codziennych wyjść zaczeło mi się udawać przechodzić te najgorsze poczucie nasilonego lęku i nie traktować poważnie bardzo wielu myśli lękowych.
Zacząłem mieć możliwość chodzenia sobie po dworze bez konieczności powrotu, choć czułem lęk to jednak ataki paniki podczas tego się już nie pojawiały a objawy nie były tak wielkie.
W tym okresie chodzenia po dworze odczułem pierwszą wyraźną poprawę i nie to, że już przestałem się bać i matwić ale zrozumiałem, że to naprawdę ma sens.

Zacząłem przymierzać się do jazdy środkami miejskimi jak tramwaje czy autobusy.

Początkowo tylko chodziłem na przystanki ale nie odważyłem się wsiąść.
Z perspektywy czasu widzę, że przełamywanie lęku u mnie polegało na pewnych etapach, i jest to związane ze znaną pewnie wielu z zajeć terapii, kwestią poszerzania granicy komfortu.

Mianowicie ja zacząłem od ataków paniki i lęku w domu, potem zacząłem coraz dalej i śmielej poczyniać sobie z wychodzeniem na dwór, potem przyszły tramwaje, autobusy i potem część ostatnia, ale po kolei.

Dodam w tym miejscu, że być może czytając to nie widać tutaj pewnego rodzaju dramatyzmy przełamywania lęku, przez co być może wielu z was pomyśli, że widocznie nie było ze mną tak źle.
Otóż zależy mi na tym tutaj aby streścić moją kwestię przełamywania lęku i oswajania go, pokazać, że jest to możliwe, że nie trzeba mieć zaburzenia lękowego, że to wszystko siedzi w głowach i związane jest z nieprawidłowym podejściem do de facto stanów naturalnych naszego organizmu (reakcja walcz bądź uciekaj)
Jednakże te wszystkie wyjścia wiązały się z odczuwaniem lęku, którego nie sposób opisać, objawy były realne i bardzo mocne, zawracałem i rezygnowałem sporo razy, wiele razy biegłem z powrotem do domu, wiele razy chciałem błagać na ulicy żeby ktoś wezwał karetkę, ale zarazem byłem tak zdeterminowany, że serio wolałem umrzeć niż dalej mieć zaburzenie.

Dlatego ciągle, codziennie, czasem po kilkanaście razy w ciągu dnia stosowałem ataki na zaburzenie, czyli szukałem sytuacji w których lęk może się nasilić, brnąłem w nie, brałem lęk i strach do siebie, nie chciałem już się z tym szarpać, uciekać od tego, dyskutowałem z myślami, ośmieszałem je, drwiłem z nich, prosiłem je na przekór aby zrobiły to co mówią.
Dzięki temu miałem okazję oswoić się z lękiem.
Ale wierzcie mi nie było to łatwe, dla mnie osobiście był to bardzo trudny okres, jednakże dość warty poświęcenia a dla tych, którzy mogą się obawiać tego, że przezwyciężanie lęku może być zbyt trudne mam pytanie, czy teraz macie okres łatwy?
Nie i do tego częściowo pewnie zero nadziei, że będziecie wolni od lęku na stałe.

Czym jest nasilenie lęku w momentach pierwszych prób jego przełamań, w obliczu miesięcy i lat z zaburzeniem lękowym?

Tak więc wiele razy nie dałem rady wsiąść do tramwaju, odpuszczałem sobie i jedynie spacerowałem z tym syfem, jako, że te pierwsze przełamywania trwały już ponad dobry miesiąc, czułem się już dużo pewniej ale nadal bałem się tramwaju, jakkolwiek to brzmi.

W końcu doszło do pierwszych prób, i wysiadałem po paru przystankach bo czułem, że lęk jest zbyt silny i się poddawałem.
Z lękiem w komunikacji miejskiej problemem jest to, że w niej lęk jest specyficzny, bowiem opiera się między innymi na tym, że z tego pudełka nie ma jak nagle uciec ani wysiąść.
Zresztą w każdym miejscu gdzie ucieczka jest utrudniona lęk jest zwykle silniejszy.
Wynika to z tego, że lęk to przypominam nic innego jak reakcja walcz bądź uciekaj, reakcja ta naturalnie ma nas przygotować do walki bądź ucieczki i dlatego często podczas lęku mamy ochotę i potrzebę panicznej ucieczki a zamknięte pomieszczenia i pojazdy jak np autobus, albo np. sala fryzjerska, dentystyczna powodują, że lęk się nasila bo ucieczka jest mało możliwa bądź utrudniona.
Dlatego właśnie nerwicowcy w takich sytuacjach mogą czuć się gorzej.

W końcu nadszedł dzionek, który dokonał pewnego tramwajowego :) przełomu, kupiłem sobie bilecik dobowy i zdecydowałem nie wysiadać tylko jechać od krańcówki do krańcówki i z powrotem.
Oczywiście już czułem się gorzej na samą myśl o tym ale wsiadłem w tramwaj.
Po kilku przystankach poczułem się słabo, i zacząłem masakrycznie się pocić, zawsze przy lęku wśród ludzi miałem problem z obfitym poceniem, byłem tak mokry jakbym wyszedł spod prysznica, koszulka była do wykręcenia, w tramwaju było duszno, a ja czułem się strasznie źle, depersonalizacja bardzo wzrosła ale jechałem dalej.

Z każdym kolejnym przystankiem było coraz gorzej, czułem, że nie mam czym oddychać, że powietrze nie dochodzi do płuc, w głowie ścisk i zawroty, serce pewnie ze 180 pulsu bo aż twarz mnie piekła do gorąca, serce potykało, słąbość straszna, odrealnienie tak duże, że mimo tego, iż znam dobrze swoje miasto nie do końca wiedziałem gdzie się znajduję.
Ogólnie liczyła się dla mnie wtedy natychmiastowa ewakuacja i z trudem powstrzymywałem się żeby nie wyskoczyć przez choćby okno.

Myśli natrętne lękowe oczywiście liczne, panika totalna, trudno opisać co się dzieje w środku człowieka, który czuje kosmiczny lęk a do tego siedzi w tramwaju i jedzie nim na krańcówkę na jakieś zadupie.
Ale nadal jechałem dalej dopóki jakies laski nie zaczeły dziwnie hichotać patrząc się na mnie, nie bardzo wiedziałem w czym rzecz i zresztą czułem się tak, że gówno mnie to obchodziło ale zauważyłem, że wszyscy dziwnie na mnie opatrzą i zrozumiałem, że jestem tak spocony, że pot po prostu ze mnie kapie a koszulka jest tak mokra, że przyklejona.

Nie dosyć, ze czułem się masakrycznie, to jeszcze do tego obserwowany i tylko to ostatnie pogorszyło sprawę.
Na najbliższym przystanku lęk był taki, że jednak wysiadłem, natomiast pamiętam, że mięśnie miałem tak spięte, że nie mogłem zejść po schodach, ogólnie musiałem wyglądać dziwacznie bo wszyscy zwracali na mnie uwagę.

Wysiadłem na jakimś zadupiu, czułem się nadal źle, lęk trzymał bardzo, derealizacja była na szczytach, miałem wielkie pragnienie krzyczeć o pomoc, podejść do ludzi na przystanku żeby mi pomogli.
Jednak powstrzymałem się i poszedłem za przystanek na polanę, czułem się strasznie bezsilny i zacząłem żałować, że tak się wypuściłem, nie bardzo wiedziałem co mam teraz zrobić, wyjąłem telefon i miałem dzwonić do laski ale po chwili pomyślałem o tej swojej dziewczynie ile razy musiała tego słuchać, że robie te same uniki co zawsze i tym telefonem wróce do poczatku nakrecania się.
Wróciła mi ochota na dalsze przełamywanie się, usiadłem na tej polance a w zasadzie prawie się położyłem bo byłem w fatalnym stanie.
Zamknąłem oczy i powtarzałem tylko "dokończ dzieła nerwiczko, dawaj, dokończ dzieła".
Była chwila kiedy miałem jednak wstać i lecieć po pomoc bo objawy były straszne, jak zawsze zresztą.
Jednakże przeczekałem ten atak, i po jakimś czasie, dla mnie dość długim choć mineło parę minut, zacząłem odczuwać poprawę, lęk się uspokoił trochę, objawy zaczeły się zmniejszać, poczułem się dużo lepiej i wiem, ze to był wtedy duży przełom.
Posiedziałem tam jeszcze jakiś czas, przestałem się pocić, aż tak źle czuć, jedynie mięśnie od dłuższego napięcia były sztywne, poczułem ulgę i pewien rodzaj szczęścia, że poczułem pewne możliwości.
Poszedłem po czasie pewnym na powrotny przystanek i wróciłem do domu tramwajem, nie było już żadnych niespodzianek w postaci pogorszenia lęków czy objawów.
Od tamtej pory nie miałem już problemów z jazdą tramwajami ani autobusami.
Znowu poszerzyłem strefę komfortu i pokazałem umysłowi, że nie ma się czego bać, bo lęk i objawy zawsze się kończą i za tymi obawami nic nie ma, porzuciłem wówczas tą kontrolę, nie uciekłem, nie dałem się panice i udało się.

Ogólny stan mój był lepszy ale nadal to nie było to co trzeba, choć ataki paniki w domu już nie pojawiały się tak często, i spacery, wyjścia z domu też już ich nie powodowały, ani jazdy w odległe miejsca w mieście, nadal czułem dyskomfort choćby idąć do fryzjera.
I właśnie wizyta u fryzjera była końcowym przełomem.
Z usług fyzjera nie korzystałem od kilku lat, ścinała mnie rodzinka maszynką, odkąd dostałem lęków wizyta u fryzjera była dla mnie tak samo niemożliwa jak audiencja u Putina.

Jednakże 2 dni po rzuceniu lękowi kłód pod nogi tą wyprawą tramwajem w jakże odległe miejsce :) poszedłem raźnie do fryzjera, gdzie po założeniu narzuty ochronnej raźność się skończyła :)

W tym tramwaju to był koszmar ale wtedy u fryzjera to była totalna masakra, nie dałem rady z myślami, objawami a wszystko potęgował fakt posiadania depersonalizacji i konieczności przeglądania się w lustrze przez okres ścinania.
W którymś momencie zacząłem wiercić się na tym fotelu bo czułem, że ten fotel mnie pożera, że zapadam się w nim, nie czułem wtedy nic, w zasadzie byłem tylko swoimi oczami, często miałem tak silne stany ale ten był wyjątkowy bo siedziałem na fotelu i trzeba było być nieruchomym do tego.
Mimo dużych chęci poległem wtedy, po prostu w połowie ścinania, wstałem, rzuciłem 20 złotych i zwiałem bąkając coś pod nosem.
Całą drogę do domu beczałem jak jebnięty, pomyślałem sobie wtedy, że zanim umrę znajdę tą Brownyn Fox i rozwalę jej głowę tą cudowną książeczką.

Masakryczny stan nie puszczał mnie do nocy, w zasadzie był to jeden wielki długi atak paniki.
Zwątpiłem wtedy i wziąłem xanax, który pomógł mi się uspokoić i zasnąć.
Kolejnego dnia byłem bardzo podłamany i czułem się już dużo gorzej, bałem się, że wszelkie wysiłki przepadły i o mały włoś dałbym się zapędzić znowu do początku.
Jednakże potłumaczyłem sobie trochę i po prostu sprawdziłem czy mogę nadal wychodzić z domu bez ataków, czy mogę wsiąść do autobusu, mogłem ale już byłem mocniej zaniepokojony, choć napadów lęku nie było.

Wtedy nie widziałem pewnych postępów, pomimo tych trudności i męczenia się z lękiem, objawami 24 na dobę przeplatanymi napadami paniki, nie zwróciłem uwagi, że dawniej nie było dla mnie w ogóle do pomyślenia robić takie akcje, wystawiać się na odstrzał lękowi.
Nie do pomyślenia było iść do fryzjera a co dopiero z atakiem paniki tam wysiadywać i oswajać się z lękiem.
To był bardzo duży krok i solidna zmiana. Wtedy nie widziałem tak tego. Chciałem żeby po prostu to mineło.

Po 2 dniach poszedłem do innego fryzjera, bo nadal byłem nie obstrzyżony do końca i zresztą chciałem się z tym rozprawić.
Jak przed jednym się wycofasz to inne przełamywania nie dają pełnych efektów.

Oczywiście po założeniu narzuty ochronnej zaczeło się to samo co poprzednio, lęk wzrósł, objawy depersonalizacji tak samo, z każdą chwilą objawy dochodziły i nasilały się.
Czułem okropne przerażenie i uczucie, że nie podołam, że muszę zeskoczyć z tego fotela i uciec, myśli kotłowały się, że za chwilę zemdleję, że w końcu nie wezmę oddechu i uduszę się bądź stracę przytomność, dotyczyły, że dostane zawału, albo wylewu bo głowa paliła mnie, czułem ogromne ciśnienie a serce było w gardle odczuwalne aż było mi od tego niedobrze.
Pociłem się bardzo, fryzjerka wycierała mi co chwila czoło chusteczką bo nie mogła dokończyć strzyżenia. Ogólnie dziwnie się na mnie patrzyła bo jednak było po mnie widać, ze jest coś nie w porządku.
To mnie jakoś dobijało i w którymś momencie miałem znowu zejść z fotela, szczególnie w momencie tak silnego lęku, że czułem jakby fotel się unosił, miałem wrażenie leiwtacji, i aż spojrzałem na podłogę czy to jest fakt. Nie lewitowałem jeśli ktoś by pytał :)

Najgorsze było wtedy z odrealnieniem, wszystko widziałem w innym kolorze, jakby czarno-białym a zarazem wszystkie kolory mnie paliły, wszystko było totalnie obce, zupełnie jakby przed chwilą się urodził, nie czułem nic, jakbym był zawieszony gdzieś w przestrzeni a w głowie był obecny tylko lęk i tylko myśli lękowe.

Lęk mój zawsze wyglądał podobnie i to są tylko przykładowe objawy, darowałem sobie wymienianie tu wszystkich.

Było okropnie, i miałem zejść ale czułem to, że w taki sposób nie będę miał okazji udowodnić sobie czy można się z tego wyleczyć bo to mnie interesowało wtedy najbardziej.

Bo tak szczerze wówczas miałem myśli, że jeśli się nie da to po prostu z takimi lękami, nerwicami i objawami nie chcę już dalej żyć.

Podczas tego silnego stanu, mnóstwa objawów, wrażenia lewitacji, dobijała się do mnie myśl, że ja w tym momencie bronie się przed tym i boję tego, nie oswajam się, tylko próbuje jakoś przetrwać cały w strachu, byle fryzjerka skończyla a ja żybym mógł wyjść do domu.

Więc zacząłem myśleć na przekór, tak samo jak to robiłem wcześniej, zacząłem mówić sobie, "będę tu siedział jeszcze ze 4 godziny nie musze się bac fryzjera" "chodz dobij mnie nerwiczko" "tak za chwile zemdleje, dawaj pokaż czy to potrafisz hujku" "zapadam sie w fotel? Super ludzie płacą za takie doznania" i tym podobne myśli stawiałem w opozycji do myśli lękowych.

Zobaczyłem, że jestem bardzo spięty, że ręcę zaciskam w pięści, że wierce się, więc poprawiłem się, złożyłem ręce na brzuchu i usiadłem wygodniej, to sprawiło, że czułem jakby fotel wibrował, lęk po prostu szybował, nie wzrastał.
Było to spowodowane strachem przed porzuceniem kontroli, że jak się zrelaksuje i przestanę bać i skanować i sprawdzać to stanie się to czego się boję i co podpowiadają lękowe myśli.
Stał się moment kulminacyjny, poczucie ogromnego przerażenia z uczuciem, że muszą zacząć kzyczeć, jednak ja po prostu siedziałem i patrzyłem w lustro w nie moją (depersonalizacja) gębę i powtarzałem "dawaj pokaż co naprawdę umiesz".

O dziwo (dla mnie wtedy o dziwo) po niedługim czasie zacząłem czuć, że lęk jakby malał, zacząłem czuć chłód na głowie od potu, czułem, że jakby się troche luzował cały ten napad lęku, choć nadal byłem spięty, mogłem nawet chwilę porozmawiać z fryzjerką, bowiem ona co rusz próbowała coś zagadywać ale ja świrowałem i nie byłem w stanie.
Po paru minutach stwierdziłem, że nie jest źle, że doszło do momentu, że nie czuję już tej potrzeby ucieczki, że wiem, zę mogę tu siedzieć nawet do jutra.
Czułem mokre plecy, spodnie, wszystko ale czułem się po prostu zluzowany choć nadal lekko spięty i wyczulony a do tego czułem zmęczenie.

W końcu fryzjerka zaczeła kończyć, skończyła, ja wstałem zapłaciłem wyszedłem na dwór i jeśli mam być szczery popłakałem się z radochy, nie miałem ochoty nawet iść do domu, tylko iść gdzieś i każdemu po drodze mówić, że dałem radę badx odwiedzać każdego fryzjera w mieście.

A dokładnie skończył się etap ograniczania mojego życia z uwagi na objawy i ataki paniki, z tą chwilą czułem, że nie muszę bać się już iść do fryzjera, do dentysty, do rodziny, do sklepu, nie muszę bać się jeździć tramwajami, nie muszę w domu bać się, że zaraz przyjdzie atak, nie muszę unikać zaproszeń ludzi do siebie z uwagi, że atak się pojawi, nie muszę odmawiać zaproszeń.
W tym dniu poczułem, że nie muszę już układać swojego życia, bo atak, bo objaw, bo nerwica, moglem wrócić do fyzjera i usiąść tam raz jeszcze nawet na cały dzień.
Nie musiałem bać się żyć na co dzień, bać się tego, że lęk nadejdzie, że będzie mi ciężko, bo sam się przekonałem, że to wszystko jest groźne z pozoru i tylko dla naszych wystraszonych głów.

Wiem, że dokonało się to samo co u Brownyn Fox w książce Opanować Lęk, jak podczas medytacji po prostu siedziała dalej mimo paniki i lęku i po prostu lęk minął a ona przekroczyła tą granicę za którą ma być coś rzekomo strasznego.
Kiedy się świadomie przeżyje atak paniki i nie szarpie z myślami lękowymi, tylko dopuszcza to wszystko do siebie, umysł się uspokaja, stan zagrożenia mija, umysł przestaje doszukiwać się zagrożeń. Skanowanie i sonar zostaje wyłączony, rakcja walcz bądź uciekaj także.
Stajesz się wolny od lęku i wiecznych obaw o siebie, swoje życie i zdrowie.

Tu pragnę poruszyć kwestię, iż ja powyżej skupiałem się jakby na atakach paniki, ale w trakcie tego oswajania lęku non stop zmagałem się z codziennym lękiem 24 godzinnym, oraz myślami lękowymi i objawami o takim samym przewlekłym charakterze.
Proszę nie myśleć, że temat dotyczy tylko ataków paniki, po prostu atak paniki jest częstym wyzwalaczem, bo pojawia się jako pierwszy i jest on zmasowanym lękiem, którego spora część osób z nerwicami się boi i z którymi ma doczynienia.
Natomias temat ten tak samo odnośni się do lęku ciągłego, bowiem wiele osób atak paniki może dostać na początku, albo mogą dostać tylko jednego objawu lęku a potem wytworzy się u nich lęk przed lękiem, lęk przed życiem z objawami.
Wiem, że powtarzam to któryś raz ale dostałem sporo wiadomości, że temat jest o atakach paniki. Nic bardziej błędnego, temat jest o lęku i jego oswajaniu.
Ataki paniki to część przewodnia tego tematu ale w taki sam sposób oswaja się lęk ciągły.
Lęk ciągły zawsze jest związany z pierwszym objawem, atakiem paniki ale to dość szczegółowo opisałem wyżej w tym temacie.
I to, że ty masz lęk codziennie przez całe dnie, czujesz różne objawy to oznacza, że tak samo musisz racjonalizować myśli lękowe, które mogą przychodzić co chwila do głowy non stop, tak samo robić im na przekór, tak samo mimo objawów wychodzić, nie cofać się, nie spinać, tak samo zmienić podejście do życia i naszych wartości http://szaffer.pl/wyzdrowiec/poddaj-swoj-skarb/
A co najważniejsze, nie siedzieć z takim lękiem całymi dniami w domu.

Ja to stosowałem codziennie w swoim lęku, te "techniki"oswajania lęku.
Miałem różne objawy codziennie w domu oprócz depersonalizacji, miałem bardzo dużo objawów fizycznych.
Jednym z nich było potykanie serca i dziwne uczucie słabości w klatce piersiowej.
W ogóle miałem hopla na punkcie serca, potrafiłem po kilkanaście razy mierzyć puls, jak był wyższy szalałem, a oczywiście każdy z nerwicą kto mierzy te parametry ma wyższe ciśnienie i puls, jak chodziłem ulicami to bez mała co chwila trzymałem rękę na szyi i sprawdzałem puls.
Stałem się tak obsesyjny jeśli chodzi o serce, że bałem się wysiłku fizycznego a do tego przekonywało mnie, to, że stałem się bardzo słaby (nerwica osłabia), problemem było wejście na pierwsze piętro po schodach.

To dawało mi złudne utwierdzanie, że z sercem jest coś nie tak i trwało to cały czas, 24 na dobę, plus inne oczywiście objawy.

Z tym lękiem poradziłem sobie w identyczny sposób, przede wszystkim jasno i wkoło trzeba racjonalizować lękowe myśli dotyczące serca.
Mówiąc kótko, każde serce jest przyzwyczajone do takich skoków, nie ma możliwości aby nerwicowe skoki zrobiły krzywdę, każdy kto szybciej idzie ma taki puls jak my w lęku, to normalne, organizm sobie nie zrobi tak krzywdy.
Nerwicowca coś takiego nie uspokaja za bardzo, może na chwilę bo zaraz myśli, że od nadmiernego lęku serce się w końcu uszkodzi i dostane zawał albo a co jeśli nagle serce się zatrzyma. Tu musi wejść w grę to pewne zmienianie nastawienia do życia.

Nigdy nie możemy być pewni co nam się stanie czy zawał przyjdzie czy potrąci nas samochód, nie warto się tym jednak w danym momencie martwić, a do tego niewiele ma to wspólnego z nerwicą czyli reakcją walcz bądź uciekaj. Bowiem są to mechanizmy naturalne, one w każdym momencie stresu, zagrożenia, kontrolują tą reakcje, w tym serce.
One krzywdy sobie nie dadzą zrobić a znamienny jest fakt, że w pewnym okresie życia, jak osoba robi się starsza(różny wiek dla różnych osób), nie może przeżywać pełnych ataków paniki, reakcja walcz bądź uciekaj nie będzie już tak silna a wynika to z tego, że w wieku starczym byłoby to groźne choćby dla serca.
Organizm wie co robi.

A na pytanie czy od stresu długiego, lęku może serce się uszkodzić, odpowiedź jest, tak może.
Ale nie w taki sposób jak nerwicowiec sobie to wyobraża, czyli zawał, śmierć na miejsu, operacje, tylko przewlekłe trwające latami stany stresu odbić się mogą na sercu na starsze lata, jak będziemy dużo starsi możemy mieć problemy zdrowotne, ale nie dotyczy to tylko serca ale wszelkich na rządów.
To nie jest temat, który trzeba ukrywać czy zmieniać fakty, stres zawsze szkodził i szkodzić będzie, dlatego dopóki masz czas oswajaj go i uwolnij się od lęku.

Ja na co dzień oswajałem lęki, być może kiedyś się pokuszę o spisanie wszelkich sytuacji w jakiś dziennikach wariata, :) przy których lęki oswajałem i przełamywałem.
W tym momencie dokończę to o sercu, najpierw musiałem zaprzestać skanowania, czyli ciśnieniomierz do szafki i za cholerę nie mierzyłem ciśnienia, każdy z was po prostu musi to zrobić, macie wolną wolę i można tego dokonać.
Pokusa jest nie ważna ani chęć, jak macie zawalony pęcherz to wstrzymujecie a nie lejecie w gacie.
Tu trzeba się z tym wstrzymać na dobre.

Druga rzecz to mimo, iż czułem walące serce nie łapałem się za szyję idąc ulicą co było trudne, bo miałem już wytrenowane odruchy co do tego i sposoby ukrywania tego przed innymi.
Ogólnie podszedłem do tego jak do innych objawów i lęków, serce waliło, potykało, czułem się słabo, myśli miałem, że serce nie wytrzyma, po prostu umrę tu na miejscu i to będzie koniec.
Myśli racjonalizowałem, a w chwilach gorszych robiłem im na przekór, nie starałem się ich odpychać, jasne, że się bałem ale lepiej było mi dostać tam zawału niż żyć latami w lęku dalej w tym cholernym więzeniu.
I mimo objawów szedłem z sercem walącym, potykającym itd

Któregoś razu pamiętam, że wchodziłem po schodach i oczywiście po paru stopniach się zgrzałem i czułem się słaby, serce szybko biło, ja już się nakręcałem, ze jestem chory.
Ale sobie myśle, sprawdzimy to, zacząłem szybszym krokiem wchodzić po schodach aż na 4 najwyższe piętro, i potem zbiegałem z powrotem, w którymś momencie zabrakło mi tchu, bo jednak latanie po schodach rzeczywiście męczy.
Ale pokazało mi to, że serca chorego to ja nie mam.
Możecie mi wierzyć, że osoby z sercem chorym nie dokonały by czegoś takiego, oczywiście był obecny wtedy lęk ale cóż w końcu miałem go przełamywać i zdrowieć a nie go unikać i bać się.

Ogólnie taki zmasowany atak z mojej strony na lęk trwał w sumie około 10-12 tygodni, choć dużo wcześniej szkoliłem się jakby do tego, czytając książki, chodząc na terapię poznawczą.

Pewien temat muszę w tym momencie poruszyć, bowiem czasem piszą osoby z nerwicami, że takie przełamanie się jest niemożliwe, bowiem oni mają nerwicę a pracują, wychodzą, przełamują się każdego dnia a jednak umysł się nie uspokaja i nadal chorują.
Kwestia jest taka, że aby przełamać lęk i oswoić go do uspokojenia się umysłu, nie wystarczy próbować i wychodzić z lękiem, choć jest to postawa godna podziwu i bardzo słuszna, to jednak jest to początkowa kwestia przełamywania lęku.
Bowiem wiele z tych osób, rzeczywiście wychodzi z lękiem, robią coś, zajmują się czymś, ogólnie starają się, jednak do końca nie pozwalają oni na zaistnienie lękowi, nie są i nie chcą być świadomi tych wszystkich objawów.
Oni próbują przetrwać ten kolejny dzień, byle było lepiej i byle zapomnieć o nerwicy, dd i innych objawach.
To jest właśnie to czego ja przez lata z lękiem nie rozumiałem, bo ja też starałem się i to bardzo.
Ja uważam, że każda osoba z lękiem, która próbuje pracować, żyć powinna dostać medal.

Jednakże u mnie to wyglądało tak, że zaciskałem zęby i szedłem, ale po drodze bałem się bardzo, i nie pozwalałem sobie na lęk ale chciałem żeby ten lęk zniknął bo nie wytrzymam, nie dam rady.
Nie skupiałem się do końca na życiu, tylko pomiędzy pracą, obowiązkami, ciągle wracałem myślami na co się zbadać i na co jestem chory.
Nie pogodziłem się z tym, że nie ma wpływu na wiele rzeczy i zjawisk.
Chodziło mi aby przetrwać dzień i kolejny i kolejny. A często z tego "przełamywania" wracałem i czytałem o chorobach no bo coś mi musi być...

Natomiast to moje ostateczne przełamywanie lęku było diametralnie inne, tu nie było odpychania objawów i lęku.
Ja pozwoliłem im przychodzić, ja chciałem aby lęk stawał się coraz silniejszy, krytykowałem nerwice w myślach i robiłem jej na przekór jak i natrętnym myślą, ośmieszałem je.
Przyjmowałem te objawy i pozwalałem im trwać, chciałem poczuć je i zobaczyć jak długo trwać będą, choć było dużo momentów wycofywania się i tak, to wiele razy odczułem atak, przeżyłem go świadomie, zniwelowałem emocje z myśli lękowych. Po prostu przekroczyłem granicę.
Twardo zaprzestałem skanowania, coś mnie bolało, było słabo, trudno, tak już czasem człowiekowi jest źle, nie nakręcałem lęku.
Najlepiej krótko i dosadnie podsumować te całe moje starania stwierdzeniem, pieprznąłem to wszystko w cholere a co ma być to nich będzie, tyle, że realnie była to troche bardziej rozbudowana forma.
To jest diametralna różnica pomiędzy staraniem się a rzeczywistym przełamaniem strachu i lęku choć staranie się stanowi pierwszy krok, nie należy na nim poprzestawać..

To wszystko razem sprawia, że umysł się uspokaja.

A co znaczy uspokojenie umysłu tłumaczyłem ogólnie tym temacie, jednakże jeszcze do tego na moment wróce.
Na czym opiera się cała nerwica, te lęki, ataki, objawy pisałem wcześniej kilka razy.
W momencie aktywnej nerwicy ciągłe jest aktywowana reakcja walcz bądź uciekaj i ciągle umysł czuje się zagrożony, stąd natrętne myśli, stąd ciągłe objawy, my sami ciągle obawiający się, skanujący nasze ciała, nakręcamy to wszystko i wpadamy w błędne koło lękowe.
Nie ma znaczenia jaki to jest lęk i jakie objawy. Zawsze działa to na takiej zasadzie.

Tyle, że dostaje czasem zapytania o to a co jeśli już pierwszego stresu, który to spowodował nie ma albo był to atak paniki po alkoholu czy narkotykach czy z innej przyczyny..
Otóż mogą być dwa powody utrzymywania się ciągle lęku 24 na dobę, ataków paniki i innych objawów nerwicy.
Podzieliłbym to na dwie grupy.
Pierwsza grupa to osoby, które dostały lęku, wpadły w zamartwianie się swoim zdrowiem, dostały nerwicy, to wszystko opisywałem w tym temacie jak to działa.

I teraz tak, te osoby odsuwają realne problemy na bok i uciekają w zaburzenie, tym sposobem głównym ich stresorem utrzymywania się nerwicy jest sam lęk i jego objawy, które męczą daną osobę i przede wszystkim nakręcanie się poprzez skanowanie, zamartwianie i doszukiwanie chorób.
Kiedy taka osoba powiedzmy przełamała by lęk i wróciła do życia, to jednak nadal trwające problemy w życiu czy jakieś konflikty wewnętrzne mogłyby powodować objawy lęku na nowo, z tym, że jak przełamała by ta osoba lęk, to te objawy trwałyby krótko, bo nie powstawało by już nerwicowe lękowe koło.
Ale jednak problemy i konflikty wewnętrzne mogą dalej lęki powodować.

Takim osobą dlatego często zaleca się nie uciekanie od problemów w trakcie nerwic, tylko stawianie im czoła, szukanie rozwiązań a zarazem przełamywanie lęku i nie rezygnowanie z niczego.
Takim osobą polecam psychoterapię połączoną z początkową terapią poznawczą, a to dlatego, że na początku dobrze jest przede wszystkim oswoić lęki chociażby do pewnego stopnia, a poznawcza terapia może w tym pomóc.
Następnie kontynuacja oswajania lęku w połączeniu z psychoterapią, czyli pracą nad sobą, swoimi problemami wewnętrznymi i innymi problemami, daje dobre efekty.
Ja właśnie takie połączenie stosowałem, bo należę do tej grupy osób.

Może też być tak, że pewne osoby, mogą nie wpaść w lęk przed lękiem, mimo pierwszych ataków paniki, lęku nie wystraszyły się tego, nie czują przed tym strachu, a jednak problemy życiowe, osobowościowe, ciągle powodują napięcie i lęk.
Takim osobą polecam psychoterapię i zmanę podejścia do problemów, bo często nie same problemy stanowią kłopot ale to jak do nich podchodzimy.
Tu trzeba się zmierzyć z realnością i być świadomym, że ewentualne ataki paniki, lęki są tego wynikiem i trzeba uważać a by w któryms momencie nie wpaść w błędne koło lękowe i aby nerwica nie zaczeła trwać z uwagi na strach przed objawami czy atakami.

Drugą grupą są osoby, które lęku nabawiły się przez jakąś okolicznościową traumę, atak paniki przyszedł w wyniku narkotyku, zbyt dużego imprezowania, zmęczenia czy innego powodu.
U takich osób lęk nabiera takie same kształty i rodzi się w taki sam sposób, oraz trwa w taki sam sposób, to już opisywałem w tym temacie.
Takie osoby częto po np. roku z nerwicą, nadal nie dowierzają w diagnozę, mówiąc, że przecież oni nie mają stresów, tamte dawne to już luz, owszem ale nadal stresem utrzymującym lęki, nerwice, objawy jest ciągły strach o to co nam jest.
Nerwica jest utrzymywana lękiem przed lękiem, lękiem przed objawami, atakami paniki, życiem nerwicą, utrzymywana jest przez stres wynikający z samego istnienia nerwicy i objawów.
W tym wypadku nalezy zastosować oswajanie lęku, terapię poznawczą, ewentualnie kiedy trauma wywołująca lęk była mocna to również dłuższa psychoterapię.


Najlepiej szukać psychologów, terapeutów, którzy nie korzystają z jednego nurtu ale swe leczenie początkowe opierają na terapii poznawczej.
Co do tych terapii to tylko moje zdanie prywatne, choć uważam, że dla każdej osoby z lękiem terapia poznawcza powinna być dostępna.
A inne terapie długoterminowe stosowane w przypadkach, które tego wymagają.
Bowiem nie każdy kto po powiedzmy zmęczeniu nadmiernym dostał ataku paniki, i wpadł w cykl lęku wymaga wieloletniej psychoterapii.

Tak więc osoby, które mówią, że nie ma stresu a nerwica trwa, albo swoich stresów nie są świadomi albo na pewno nerwica trwa bo nadal żyją lękiem i obawiają się go. Nadal skanują kontrolują i boją się przestać.

Newicę czyli stale utrzymującą się reakcję walcz bądź uciekaj, można opisać, porównując ją do mechanicznej bieżni i faceta, który biegnie na niej a dokładnie do jego serca.
Bieżna to będzie nakręcanie lęku, stres związany z objawami, i obawy o to co nam jest, to będzie skanowanie ciała i otoczenia, czyli to będą te wszystkie elementy, ktore powodują narastanie lęku w ciągu sekund.
A serce bijące faceta to będzie reakcja walcz bądź uciekaj i stan spokoju umysłu.
Bieżnia stoi w miejscu nie ma stresu, tych elementów nerwicowych, serce bije miarowo, reakcja walcz bądź uciekaj jest nieaktywna, ewentualnie aktywna w małym stopniu, przy oczywistych stresach i życiu. Umysł jednak jest stabilny.

Nagle przychodzi silny stresor, ktoś ma problemy w domu, w szkole, pojawił się atak paniki od narkotyków, od zmęczenia, bieżnia rusza, facet biegnie, serce przysiesza, czyli rusza reakcja walcz bądź uciekaj, bieżnia zaczyna zasuwać, serce bije mocniej, czyli narasta uczucie reakcji walcz bądź uciekaj, pojawiają się objawy, lęk rośnie.
I teraz gdyby stresor minął a człowiek by rozumiał, i dopuścił do świadomości to, że to tylko był lęk i atak paniki od stresora, to by bieżna zwalaniała aż się zatrzymała, a reakcja walcz bądź uciekaj nie miała by dalszej racji bytu i osiągneła by stan stabilizacji.
Niestety jak pisałem wcześniej, większość osób po lęku, ataku paniki, zaczyna skanowanie, szukanie co mu jest, innymi słowy nakręcanie się.
I wtedy bieżna zasuwa samoistnie, nie ważny jest pierwszy stresor i nie ważne, że ten stresor minął, bieżnia zasuwa bo stresorem jest lęk przed lękiem, atakami paniki, konkretnymi objawami.
Od tej pory w każdej minucie skanujemy, w każdej minucie martwimy się a bieżna napieprza, serce faceta nawala cały czas, a sercem w tej metaforze jest reakcja walcz bądź uciekaj.
A ciągle uruchamiana reakcja walcz bądź uciekaj, to ciągłe objawy, różne objawy.
Tak wygląda i tym jest nerwica i lęk, koniec kropka.

Natomiast jeszcze parę spraw musze omówić.
To wszystko co tu napisałem, jest dla mnie momi przemyśleniami jeśli chodzi o nerwice, nie muszą być natomiast twoimi, choć polecam aby było i nie tylko to ale też wszelkie książki o wychodzeniu z lęku, bo w zasadzie wszystko to co i ja tu napisałem, jest w tych książkach. I poradach.
To nie jest z mojej strony odkrycie ameryki.

Jednakże chciałem opisać własne doświadczenia, oraz to co zauważyłem przez całe lata z nerwicami i lękami różnymi.
Dlatego wiem, że takie podejście agresywne do nerwicy z lęku ulecza z lęku chorobowego na dobre, wyzwala całkiem, nerwica jako zaburzenie przestaje istnieć i nie ma racji bytu.
I to można znaleźć zawsze wśród opisów osób, które wyzdrowiały, ja często podaje za przykłady Brownyn Fox, Grzegorza ze strony http://www.szaffer.pl
Ale na internecie można znaleźć dużo opisów osób, które nerwicy się pozbyły, i zawsze związane jest to z porzuceniem skanowania i tej kontroli, zawsze jest to wyjście naprzeciw lękom.
Ewentualnie co też opisałem w tym temacie, znalezienie sobie pasji, zmiana otoczenia, środowiska,
To powoduje, że osoby przestają automatycznie skanować i doszukiwać się, bieżnia przestaje pracować, bo lęk przed objawami się wycisza samoistnie, serce przestaje bić za szybko, czyli reakcja walcz bądź uciekaj się normuje.

Nie znam innego sposobu leczenia nerwicy, oprócz leków psychotropowych, choć nie wiem czy leczenie nimi może w pełni wyleczyć z lęku, bardziej jest do dla osób, które ja jakby zaszufladkowałem tu do drugiej grupy, czyli atak paniki był wynikiem traumy i przedłuża się przez lęk przed lękiem i samymi objawami.
Wówczas leki, jeśli będą trafione, mogą zadziałać i zmniejszyć lęki, a po odstawieniu bardzo prawdopodobne, że nerwica nie wróci.
Słabiej to wygląda u osób z problemami ze sobą i życiem, bo leki mogą też pomóc ale lęki mogą wrócić po odstawieniu.
Leki to już decyzja każdego z nas z osobna.

Kończąc powoli chciałem jeszcze poświęcić trochę pisania aby pewne sprawy nakreślić.
Parę dni temu dostałem list od pewnej osoby, z prośbą o rady inne niż te, które wypisałem w tym tekście bo niemozliwe jest dokonanie tego.

Pamiętam samego siebie kiedy z lękiem czytałem na innym forum to co pisał pewien facet, co wyleczył się z nerwicy za pomocą podejścia terapii poznawczej, to ciągle mu dogryzałem i byłem zły, że według mnie piszę głupoty bo ja się staram a nie da się.
Różnicę między staraniem a faktycznym działaniem pełną gębą opisałem trochę wyżej.

Piszę o tym głównie po to aby powiedzieć, że według mnie innych sposóbow nie ma.
Oprócz wlasnego wkładu, przyłożenia się, wychodzenia naprzeciw lękom, terapii, leków, nie znam innych sposobów na pozbycie się na trwałe lęku chorobowego.
Oczywiście jest jeszcze masa homeopatii, masaży leczniczych, technik psychologicznych, mnóstwo możliwości, jednakże dopóki do tego wszystkiego nie połączymy swojego zaangażowania to nie widzę dużych korzyści.
To oczywiście moje zdanie.

Osoba, która napisała do mnie list, pisała, że bardzo boi się raka, że wiecznie się bada, że chodzi po lekarzach i trwa to od 7 lat, ciągle na coś jest chora i boi się żyć. Pytała co ma robić oprócz tego co napisałem.
Nie wiem. Szczerze nie wiem.
Nie wiem jak można tak uwikłanie w lęk odwrócić innym domowym sposobem, który by miał ominąć własne wyjście naprzeciw lękowi czy obejść zastopowanie skanowania i tych wszystkich elementów, które lęki utrzymują.
Pisała, że wszelkie porady psychologów nic nie daly, ani książki ani nic.

Samo słuchanie czy czytanie o radzeniu sobie z lękiem nie daje samo z siebie rezultatów.
Głównie chcę tym powiedzieć, że choć jest dostępność różnych form leczenia zaburzeń nerwicowych, głównym jest własne działanie a do tego dość samotne.
Bo proszę zwrócić uwagę, że mimo wsparcia jakie możemy uzyskać od rodzin, terapeutów, ludzi na forach, zawsze to wewnętrzne oswajanie się z lękiem przeżyć trzeba samemu u siebie w głowie.

Kiedyś pewna kobieta bardzo prosiła mnie, żebym wsiadał z nią do autobusu i mówił jej co ma robić w momencie ataku i pokzywał co ma robić.
Szczerze to nie bardzo wiedziałem co mogę jej powiedzieć podczas ataku, oprócz tego, że musi przetrwać go świadomie i nie uciekać a jak ucieknie to musi wrócić i powtórzyć to, albo z uwagi na jej bardzo tudne położenie życiowe, musi skorzystać z jakiejś psychoterapii i znaleźć sobie cel w życiu.
Tak naprawdę wszelkie przemiany jakie były jej potrzebne do tego aby coś się ruszyło, muszą przejść przez jej głowę, musi pewne sprawy zrobić sama w sobie, musi zadziałać.
Może mieć wielkie wsparcie ale musi sama się w tym odnaleźć.

Inna jeszcze kwestii, to kwestia pojawiania się ataków paniki, lęku w przypadku kiedy w ogóle jeteśmy wyluzowani, wiem, że ten temat to czesty problem do zrozumienia jak to możliwe.
Wielu z nas siedzi sobie spokojnie, nic sie nie dzieje nagle bach atak paniki, nagle bach lęk i objawy.
Tak się może zdarzać i jest to część zaburzenia nerwicowego.
Czemu tak sie dzieje, trudno dokładnie sprecyzować czemu ale trzeba pamiętać, że jeśli dostaliśmy już raz kiedyś lęku, ataku paniki, to mamy aktywną nerwicę, będzie ona aktywna dopóki nie przestaniemy tak do końca się nią martwić, i trochę jej samej bać.
Pamiętać też trzeba, że umysł ludzki to świadomość i choćby podświadomość, tobie np może się wydawać, ze niczym się nie stresujesz ale jednak przez pewna sekunde mogłes pomyślec o czymś.
Po prostu może się tak stać i wielu z was pomysli ale to bezsensu, jak tak to się wyleczyc, no cóż o tym jest cały ten temat :)
O pokonaniu strachu przed atakami paniki i lękiem, ja np. Moge dostać atak paniki teraz w tej chwili, najwiekszy jaki jest możliwy, ja wiem, ze usiąde na łózku, zamknę oczy i atak paniki minie tak samo jak każdy inny objaw i lęk.
Bo to zawsze mija.


Choć mój opis przełamywania lęku moze wydawać się bardzo drastyczny i zrazić kogoś, to szczerze mówiąc, lęki podczas przełąywania się narastają, to prawda, jednakże nie bardzo to wszystko różni się od trwających stanów newicowych.
Więc skoro tyle czasu trwa się w nerwicach i to często wiele miesiecy i lat, przełamywanie lęku to naprawdę nic tak strasznego. Straszne to jest jak zwykle tylko w naszej wyobraźni.

Nie trzeba też ustalać czasu, po którym musi się udać, to tylko stwarza presję, powoli acz radykalnie za przełamywanie trzeba się wziąć. Można to robić po kolei jak ja to robiłem.
Z każdą silniejszą obawą i silniejszym objawem można zmierzyć się osobno.
Dodam, że całe to przełamywanie u mnie i oswajanie się z lękiem, nie sprawiło od razu, że bach, wszystko mineło, to bardziej był etap za etapem, z każdym tygodniem mogłem więcej i mniej się bałem.
Aż przestałem żyć objawami i mieć zaburzenie nerwicowe z atakami paniki.


CZYM JEST WYZDROWIENIE Z NERWICY


Często dostaje pytania czy ja wyzdrowiałem tak całkiem w pełni, czy mam jeszcze jakieś objawy itp.
Do tego bardzo często można przeczytać choćby na necie, że nerwica to jest przypadłość na całe życie. Bzdura totalna.
Przede wszystkim trzeba wpierw powiedzieć czym jest w ogóle nerwica, bo jeśli ktoś uważa, że nerwicą jest objaw stresu w przypadku problemów, stresu w życiu to jest w błędzie, jeśli ktoś uważa, że nerwicą jest to, że wiecznie się czymś martwi, jest nerwowy, to jest w błędzie, bowiem to jest pewien typ charakteru, osobowości, to nie jest coś co można nazwać zaburzeniem.

Zaburzeniem nerwicowym, lękowym z napadami paniki czy bez, jest to kiedy czujemy lęk bez powodu, kiedy obawa o nasze zdrowie, życie jest przesłonieta lękiem, nerwicą.
Kiedy przestajemy żyć życiem, rodziną a żyjemy tym co nam jest oraz żyjemy wsłuchiwaniem się w objawy.
Kiedy boimy sie wyjśc z domu, bo przyjdzie atak, kiedy na każde wyniki badan reagujemy słowami "TAK ....ALE CO JEŚLI..."
Tym jest nerwica, zaburzenie psychiczne, i z tego wyzdrowiałem zupełnie.
Całkowicie pozbyłem sie obaw, strachu przed atakami paniki i lękiem, i dzięki temu to już nie wraca samoistnie.
Nie boję się, że pomyśle o tym i to wróci bo ja na poziomie emocjonalnym poprzez przełamywanie się i oswajanie z lękiem pokazałem umysłowi, że tam nie ma za tą granica nic złego, lęk odpuścił i tyle.

Natomiast czy wyzdrowiałem zupełnie z takiego nerwicowego podejścia do życia, do problemów, a wiemy, że wielu z nas tacy są.
W sumie wiele rzeczy, które były dla mnie kiedyś problemem w tej chwili nie są, pewna odporność na stres podniosła się razem z oswajaniem lęku.
Jednakże nadal często coś mnie przerasta, nie stałem się teraz rambo ani robocopem, który ma w tyłku wszeli stres.
Stres to jest normalna reakcja, choć trzeba też powoli krok po kroku zmieniać reakcje nasze na każdy problem.
Ale nie raz czuję się bezbronny jak dziecko, przywalony problemami, szczególnie, że u mnie w zyciu ich nigdy nie brak.
Ale mimo to nie mam już zaburzenia, żyję życiem a nie iluzją, nie nerwicą i myśleniem o niej.
To jest własnie wyzdrowieniem z nerwicy.

A czy czasem mam objawy lęku?
Mam, są pewne okresy kiedy mam naprawdę dużo zmartwień. Jeszcze moje podejście do kłopotów nie jest takie jakbym chciał ale takie zmiany zachodzą powoli, i w zasadzie polegają na tym samym co przełmywanie lęku.
Czyli trzeba mierzyć się z problemami i mimo, że czasem nie widać wyjścia próbować je rozwiązać a jesli się nie da, umieć odpuścić i szukać wersji zastępczej.

W kazdym razie mam czasem jak jest dużo stresu, objawy lęku, ścisnie mnie w gardle, zakołacze serce itp, taki już mój typ ale to mija po chwili albo po tym jak się np. prześpie.
To nie jest nerwica, przypominam, że reakcja walcz badź uciekaj może się ujawniać w stresie ale nie musi się robić z tego zaburzenie! Nie musisz tego nakręcać. Robić z tego choroby.

Choć pragnę zaznaczyć, ze cały okres jaki tu opisałem przełamywania lęku nie zakończył jeszcze wtedy definitywnie, mojego lęku codziennego, choć nie miałem wtedy ataków już paniki bo przełamałem strach przed nimi, nadal niestety miałem objawy derealizacji i depersonalizacji.
Choć o dd w tym temacie nie będe pisał, to jednak dopiero po 10 miesiącah wyszedłem całkiem z dd i lęku.
Dlatego tak się stało bo dla mnie dd objawy były najgorsze i nadal nie mogłem się z nimi pogodzić, ciągle się bałem, że to jednak coś nie tak i dlatego za każdym razem rano wstawałem i już myślałem o dd i sprawdzałem czy objawy nadal są.
Ale przełamałem to tak samo jak w przypadku ataków paniki i innych objawów, po prostu pogodziłem się, że dd musi trwac i że niech trwa, robiłem na przekór, myślą natrętnym o dd, i w końcu zaczeło mnie to puszczać.
Ale o tym jeszcze napisze w dziale Leczenie Depersonalizacji, bo choć napisałem parę tematów o dd to jednak typowej historii leczenia mojego dd nie napisałem w dziale dla uzdrowieńców.

Ogólnie kończąc chcę powiedzieć, ze każdy z was ma szansę, zaburzenia psychiczne są zawsze do wyleczenia, całkiem i definitywnie, wiele zależy od naszego podejścia, nastawienia i pracy nad sobą, wiele zależy od terapii.
Od tego czy też w tym samym czasie robimy cokolwiek aby poprawić nasze życia.
Powiem krótko i nie pisze tego aby robić z siebie męczennika, tylko dać szansę zrozumienia każdemu kto lęki ma od bardzo dawna, że nie ma sytuacji bez wyjścia.
Człowiek jest jak glina i naprawdę można siebie i swoje strachy modyfikowac do woli.

To jest w zasadzie piękne, jakkolwiek to brzmi dla ciebie, osoby która teraz czuje lęk :)

Moje pierwsze objawy zaburzeń nerwicowych ujawniły się w wieku 7-8 lat, pierwsze natręctwa, potem ataki paniki, potem lęki społeczne, to wszystko mieszało się z poważnymi problemamy z dorastanie i życiem.
Potem dostałem bonus, na kilka lat dostałem ciągłych objawów, tego lęku wolnopłynącego, derealizacji, depersonalizacji, ataków paniki.
Ale w końcu mając tak 27 lat pozbyłem się tego, choć zawsze się będę definiował z nerwicą, bo jednak kupe lat mi towarzyszyła :)
Na ten moment moim jedynym problemem sa jeszcze pewne elementy lęku społecznego, narodzonego w okresie dorastania, choć od jakiegoś czasu staram się go przezwyciężać, i w sumie nie jest to tak silne jak było przez całe moje zycie ale nadal niestety często cofa mnie.
Jak dojde do jakiś konkretnych rezultatów to napisze o tym, być może ktoś z fobią społeczną na tym skorzysta ale nie będzie to chyba nowość jak powiem, ze jak zwykle pomaga konfrontacja i zmiana nawyków lękowych.

Tak więc można ;)

To co mnie w sobie samym często uderza to fakt zmiany myślenia i podejścia, dawniej tematy chorobowe, lęki, objawy nerwicowe to był mój chleb powszedni.
Jak czytałem posty na forum to czułem to na sobie samym bo wszystko jak zawsze miałem i ja.
Teraz często jak czytam posta czyjegoś, komuś np. potyka serce, dusi go, drętwieje coś tam to pojawia mi sie myśl (chyba natretna haha), że człowieku czego ty się boisz...i zauważam, że podchodze do tego jak osoba, która nie ma nerwicy, jak zdrowy.
Dla mnie osobiście jest to niezwykle ważna sprawa.



Podsumowując pragnę podkreślić, że najważniejszym jest pamiętanie czym jest nerwica, oraz dokadne zwrócenie uwagi na różnicę czym jest staranie się a prawdziwe oswajanie, pisałem o tym ale powtórzę, że to, iż ktoś stara się i np wychodzi z domu to jest jedno choć BARDZO WAŻNE.
Ale wiem po sobie, że ja starałem się, wychodziłem do pracy, jednakże w koło odpychałem te lęki, myśli oraz polegało to na tym aby jak najszybciej wyjść z tej pracy, i wrócić do domu bo przecież mam tak silne objawy..., polegało to na tym, że każdy dzien to po prostu próba przetrwania tej kolejne doby, oby tylko nic sie gorszego nie wydarzyło....
I to owszem jest staranie ale nie jest to leczenie do końca dobre.

Ja zmieniłem swój sposób podejścia, wstawałem rano i mówiłem, no nerwiczko zobaczymy co dziś pokażesz, jak rozmawiałem z kimś i zrobiło mi się słabo od razu nie panikowałem, tylko słuchałem kogoś a w głowie mówiłem no dawaj pokaż mi czy potrafisz zrobić abym zemdlał.
Dzięki temu oswajałem te myśli lękowe, które mi podpowiadały np. "zemdlejesz bo ci słabo, upadniesz tu przy tym gościu"
To mówiłem to "dawaj zrób to"
Dzięki temu strach z myśli nie przenosił się na mnie.
Myślenie w nerwicy jest istotnym elementem jej utrzymywania, dlatego zawsze polecam terapię, bowiem ona daje pewne podstawy i zasady zmiany i racjonalizowania tych myśli.
Myśli i dialogi wewnętrzne podczas lęku i paniki grają kluczową rolę, w nakrecaniu się i skanowaniu ciał.
Przykład to choćby osoba, która boi się raka i wiecznie ma o nim myśli, wystarczy, ze coś ją zakłuje i od razu ma myśl "rak" ręką wędruje do tego miejsca, leci do internetu szukac przyczyn zakłucia, myśli w tym odgrywają role pierwszorzedną.
Osoba taka może w momencie zakłucia dostać myśl rak, bo jak pisałem myśli to proces automatyczny ale to ty decydujesz co z nimi zrobisz.
W pierwszym momencie wyuczony odruch to reką na narząd, który boli i rozwijanie tej mysli oraz nakręcanie lęku, potem spacer do internetu i dalsze nakręcanie.
A wszystkiemu dało początek zakłucie i myśl, taka osoba od razu może powiedzieć sobie, to nie rak, powstrzymać się i nie dotykać, nie biec do internetu. Wielu powie niewykonalne.
Ale to nieprawda, wykonalne jak najbardziej, albo chcesz mieć wolne życie albo nie.
Nerwica nie niszczy wolnej woli.

Wielu powie, że to bez sensu bo teraz tak z każdą lękową myślą trzeba robić i czy to da efekty?
Tak trzeba tak robić z każdą myślą, w taki sam sposób w jaki utrwaliliście sobie takie lękowe nawyki, teraz trzeba je odkręcić.
To jest wykonalne i daje efekty ale wymaga troche praktyki.
Im więcej razy tak będziecie przekomarzać się z natrętnymi myslami albo robić im po złości tym lepiej zaczyna wasz umysł się uspokajać i lękowe nawyki zostają zmienione.

To jak nauka gry choćby w bilard, wielu z nas może kompletnie tego nie umieć ale pograjcie miesiąc czasu, dzień w dzien i będziecie dobrzy w te klocki.

Tak samo jest z odkręcaniem lęku.
Kiedyś czytałem artukuł psycholog, że nerwica i pierwszy lęk i atak paniki ma namiastki stresu pourazowego, to jest słuszne.
Bowiem pierwszy objaw lęku, atak paniki jaki się pojawia bardzo głęboko koduje się w umyśle. Dlatego właśnie potem każda myśl o tym co było, powoduje lęk i dlatego jak tylko rano wstajemy i sobie przypomnimy o nerwicy od razu mamy ją z powrotem.
Dlatego właśnie po chwili zajęcia umysłu i chwili przerwy, kiedy wrócimy myślami do nerwicy , mamy ją z powrotem.
Umysł bardzo dokładnie to zapamiętuje bowiem pamiętajmy, że nerwica to reakcja walcz badź uciekaj, dla umysłu ta reakcja to coś bardzo znaczacego, to znaczy, że coś się dzieje.
Potem na domiar złego my nakręcami się sami, zaczynamy się zamartwiać, włączamy skanowanie ciał, wszystko wyolbrzymiamy, panikujemy, nakręcamy myśli negatywne w głowie, to wszystko są kolejne fazy uczenia umysłu.
Uczenia, że coś jest nie tak, choć on nie ma realnego zagrożenia, ma sztuczny, rzekome nasze chorowanie na coś bardzo ciężkiego.
I tak krok po kroku, dzień po dniu, bardzo szybko, uczymy umysł nawyków lekowych, jak po wyjściu z domu poczujemy silniejszy lęk, to potem za każdym razem na myśl o tym dostajemy silniejszego lęku.
To jest własne efekt uczenia umysłu, i dlatego w fazie leczenia tak bardzo ważne jest przełamywanie lęku, i robienie na przekór myślą, bowiem to odkręca to co nakręciliśmy.
Daje umysłowi w końcu wiadomośc, ze już nie ma czego się bać, za tymi granicami nie ma nic złego. On się uspokaja a my zdrowiejemy.

Tak więc wszelkie natrętne i katastroficzne myśli racjonalizujemy, ośmieszamy a często robimy im na przekór i potwierdzamy, czyli masz myśl, że zemdlejesz, pomyśl okey dawaj.
To jest przekraczanie tej granicy i wyzbycie sie strachu

To by było na tyle, w późniejszych postach napiszę trochę o psychoterapii, takie moje spostrzeżenia oraz o tym jak ja poradziłem sobie z podejściem do życia oraz z tym "dlaczego ja" i czemu pogodzenie się z pojawieniem się zaburzenia nerwicowego jest tak ważne.

I jak to często powtarzam, lepiej w tej chwili zemdleć, umrzeć, zsikać się w majtki, dostać duszności czy innego cholerstwa, niż następne miesiące czy lata zyć z lękiem.

Oraz jak to mówi często kolega z forum Divin
" bądź odważny, bo odwaga to nie brak strachu, to działanie pomimo niego"
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Zablokowany