Moja historia plus moje odburzanie.

Materiały Victora
Regulamin forum
Uwaga! Attention! Achtung! 注意广告!
Ten dział poświęcony jest materiałom forumowym, służą one "do odczytu" czyli nabywania informacji i ewentualnie komentarza. Nie opisuj tu swojej historii, objawów i nie zadawaj pytań o zaburzenia.
Jeśli masz taką potrzebę przejdź na stronę główną forum - Kliknij - do sekcji FORUM DYSKUSYJNE, tam masz dostępnych wiele działów do rozmów, pytań itp.
Zablokowany
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

26 listopada 2014, o 12:32

Jest to część 1, która dotyczy w całości opisu mojej hsitorii i zawiera pewne przemyślenia co do powstawania i trwania zaburzeń lękowych.
Część 2 - odburzanie, będę wstawiał jako poszczególne fragmenty w kolejnych postach. Aż ukończona zostanie całość :)
W zasadzie zachęcam odczytać przed tą moją historią i odburzaniem moje wpisy, choćby ładnie posegregowane przez Ciasteczko :
spis-tresci-autorami-t4728.html

Bowiem ta historia i część 2 jest takim uzupełnieniem tego.

Wszelkie konkretne ;) pytania co do tego tematu można zadawać tutaj
victorek-historia-przemyslenia-odburzenie-t4976.html


Start

Tym wpisem chciałbym podsumować moje dotychczasowe posty na temat nerwicy, lęku itp.
A także chcę tutaj zawrzeć taką swoją streszczoną historię zaburzenia.
Często jestem pytany jak to u mnie przebiegało, jak się zaczęło, więc po prostu postanowiłem to opisać, w miarę chronologicznie.
Wziąłem się za to również dlatego, iż często panuje takie przekonanie, że nerwica u osób, które mają ją od najmłodszych lat jest nerwicą nie do "wyleczenia", że jest ona tak wpojona w nas, że nie damy rady się z tego wyplątać.
Padają nawet stwierdzenia, iż jest to przyjaciółka na całe życie.
Sam nawet kiedyś tak myślałem a nawet jedna z psycholożek kiedyś tak mi o tej przyjaźni powiedziała.

Dlatego też na własnym przykładzie chcę pokazać, że jest to teoria błędna.

Proszę również pamiętać czytają ten wpis, iż to jest moja historia i to, że nie widzisz 100 % podobieństwa ze swoją to nie znaczy, że masz coś innego :)
A także nie zważajcie na to, że ja np miałem to więcej czasu niż niektórzy z was, to nie znaczy o tym, że i wy taki czas musicie to mieć.
Skoro ja wyszedłem z tego mimo wielu lat różnych zaburzeń, to czemu ty byś miał z tego nie wyjść mając to pół roku czy rok czy dwa?
Tym bardziej możesz! Skoro mnie się to udało a pierwsze objawy miałem już w młodości.
Wychodzenie z nerwic nie jest aż tak uwarunkowane czasem ale sumiennością, działaniem i wdrażaniem nabytej wiedzy w życie.

Wyjaśnię także dlaczego nie należy się łapać za głowę jak ktoś podaje, że nerwice ma od lat 5, 10 czy 20 bo zwykle nie bez powodu tak się dzieje.


Początek


U mnie pierwszy lęk a dokładnie lęk pod postacią natręctw pojawił sie w wieku tak około 7 roku życia.
Pmiętam to dobrze, bo trwały przygotowania do komunii i wówczas miałem pierwsze natręctwa religijne oraz dotyczące obaw, że coś stanie się mojej rodzinie.

Ogólnie wiek 7 – 19 lat to czas w sumie stałychh natręctw i lęku społecznego, oraz przeplatających się z tym ataków paniki czy jakiś objawów jak duszności, zatykanie w gardle, obawy przed chorobami jak nowotwory, guzy itp.

Może najpierw skupię się na tym jak to w ogóle u mnie powstało, czyli na swoim przykładzie chciałbym przeanalizować przczyny tego, iż takich zaburzeń dostałem.
Często przyczyny nas bardzo ciekawią, zastanawiamy się nad tymi szumnie nazwanymi własnymi konfliktami wewnętrznymi.
Ale zwykle jest tak, że te całe konflikty i przyczyny ogólnie są dośc złożone i polegają tylko na pierwszym bodźcu, który kształtuje naszą postawe a im dalej w życie tym bardziej nawyk ten zostaje utrwalony.
A do tego jak przychodzą nerwice, fobie to do dochodzą nowe nawyki, nie życiowych reakcji ale nawyki lękowe, czyli to co powoduje, że ciągle albo wracamy do zaburzenia albo ono cały czas trwa.


Przyczyny mojego świrowania


Nie jest żadną niespodzianką to, iż dotychczas mówi się, że przyczyny leżą czasem zarówno w wychowaniu, środowisku, doświadczeniach życiowych, wyuczonych reakcji podpatrzonych u osób najbliższych ale także mogą opierać się na genach, czyli odziedziczonych cechach temperamentu, charakteru.
Chociaż wątpie aby genami przekazywana była typowo nerwica czy inne zaburzenia lękowe ale może być przekazywane według mnie nastawienie do życia, pewne cechy reagowania, jak np. podejmowanie decyzji, taki swoisty charakter a przynajmniej pewne jego cechy.

Według mojej analizy u mnie obydwie kwestie doszły do głosu.

Dlaczego tak uważam?

Widze u siebie wiele cech z repertuaru zachowań ojca a od niego nie mogłem się tego wyuczyć, bo on nie był obecny przy moim wychowywaniu.
Nie był obecny na tyle, zebym go mógł poznać i wyuczyć się od niego różnych zachowań.

Dlatego też według mnie temperament, cechy charakteru od samych narodzin to pewna podstawa.
Choć jak pisałem wątpie aby tylko to mogło powodować określone nerwice.
Myślę, że to jest podstawa na której określone negatywne wydarzenia w życiu, może złe wychowanie, może jakieś traumatyczne lub stresujące bodźce ze środowiska mogą spowodować rozwój pewnych nawyków i określonej osobowości.

Przykładowo nie każda osoba, która w okresie dorastania będzie nieakceptowana przez środowisko, kolegów czy koleżanki musi nabawić się lęku społecznego, czy po prostu niepewności wśród ludzi, choć oczywiście może ale również może stać się agresywna bądź może wykształcić się u niej inna forma reagowania.
I to jest raczej zależne od właśnie tej podstawy, czyli własnego temperamentu.


Ale do rzeczy


U mnie z pewnością przyczyną był dom.
A dokładnie "wariaci" wokół, których przyszło mi egzystować.
Ojciec co prawda nie brał udziału w moim życiu za bardzo, jednak był i zresztą jest do tej pory alkoholikiem wielkiego kalibru.
Potrafił wszystko co było sprzedać za wódę.
Cała rzecz obiła się o to, że gdy miałem tak z 5 lat ojciec odszedł od mamy a przychodził tylko co jakiś czas naprana po forsę i nie można go było wywalic z domu.
Znaczy można było ale moja mama nie była osobą, która potrafiła się temu przeciwstawić.

I to jest kolejna osoba, która na mnie wpływała, czyli moja mama.
Jak ojciec odszedł od niej z uwagi na libacje alkoholowe to poddała się ta kobieta psychicznie, zawsze miała naturę zależną od kogoś, trudno jej było podejmować odpowiedzialne decyzje, więc jak została sama, przyszła nerwica i agorafobia.

Odkąd pamiętam pierwszym problemem było to, że mama się źle czuje :)

Wtedy też były inne czasy, nie było informacji w tych tematach, lekarze też inaczej do tego podchodzili, radzili aby sie nie stresowała itp
A w sumie ciągle umierała, ciągle leżała w łózku, ciągle "miała" raka i ataki paniki i nie była w stanie wyrzucić smieci.
Przez lata to trwało.

3 osoba, która brała udział w moim dorastaniu to moja o 14 lat starsza siostra.
Zawsze strasznie wybuchowa, konfliktowa, prowadząca strasznie destruktywne relacje z facetami,
do tego zwykle jakimiś typami spod ciemnej gwiazdy.
Oczywiście siostra także z nerwicami i depresjami ale ona należy do osób, które nawet po wielu latach takiego destruktywnego życia, po wielu wskazówkach uzyskiwanych od otoczenia, psychologów mówią

"jak już nie wiem co mi tak naprawde jest, nawet Bóg mi nie chce pomóc a ciągle go prosze o to"


Teraz wiem, że osoby z takim życiowym mottem nigdy nic w sobie nie zmieniają, dopóki nie zmienią samego motta.

W każdym razie jej zachowanie wprowadzało wiele awantur w domu, czesto interweniowała policja i ogólnie była taką 3 bardzo niestabilną osobą w moim otoczeniu.

Ale okey, po co to w ogóle opisuję?

Na pewno nie po to aby pokazać jak miałem ciężko.
Bo mimo wszystko miałem gdzie spać, odrabiać lekcje, byłem nakarmiony więc to nie była jakaś totalna patologia ale jednak dysfunkcji było w moim domu wiele.
Chodzi mi o to aby pokazać przyczyny wedle własnej analizy.

Pijany, nieodpowiedzialny ojciec pojawiający się co jakiś czas nie dawał na pewno dobrych po pierwsze wzorców.
Nie nauczył odpowiedzialności a powodował za to wpajanie emocji strachu w moją osobowosć.
Strachu nie o niego ale o mamę, o to aby nie czuła się źle.

To samo poczucie strachu wpajało mi zachowanie siostry i problemy jakie wytwarzała wokół siebie.
Po prostu te sytuacje działały na mój młody układ nerwowy i osobowość.

Ale cała rzecz rozbijała się o mamę, która niewątpliwie wyuczyła mnie emocji strachu swoimi ciągłymi problemami z lękiem.
To, że musiałem ją prowadzać wolnym krokiem za rękę a następnie biec z nią z powrotem do domu bo miała lęk nie wpłyneło na mnie dobrze.

Strach stał sie główną emocją mi poznaną.

Dodatkowo stała się inna rzecz.
Było mi wpajane, że mam byś "silny" bo mama chora, siostra chora, ktoś musi się tym zajmować.
To powodowało kontrast między tym , że starałem się być silnym a tym, że nie radziłem sobie sam ze sobą już wtedy.
Nie znałem czegoś takiego jak - odpowiedzialna decyzja, znałem tylko pierwsze obawy aby mama była zdrowa a ja grzeczny :)

Dodatkowo nie miałem żadnego poczucia bezpieczeństwa.
Zupełnie pomijając siostrę i ojca bo to ogólnie są osoby po prostu egoistyczne, nie egocentryczne tylko egoistyczne, moja mama też nie mogła mi zapewnić za wiele, bo ona własnie była cała w egocentryzmie, cała była ciągle "chora" - co w nerwicach dobrze niektórzy znamy.

Dodatkowo nie miałem tak naprawdę możliwości aby komus powiedzieć o swoich problemach, co zreszta zostało mi do dziś, bo do tej pory niewiele komukolwiek o sobie opowiadam.
Tyle, że teraz to teraz ale wtedy było to by wymagane.

Więc już od wtedy zostało mi wpojone to, że nie warto troszczyć się o siebie, bo nie ma po co mówić o sobie, poniekąd było to wypieranie własnych potrzeb, które ciągnęło się potem za mną latami.
Z drugiej strony to wszystko dało mi też potrzebę pomagania innym aby uzyskać akceptację, której przecież każdy pragnie bo to jest jedna z podstawowych potrzeb człowieka.
Miałem te wartości bardzo rozchwiane.

Być może sytuacja byłaby też inna gdybym w środowisku rówieśników radził sobie lepiej.

Niestety szkoła podstawowa była całkowitym brakiem akceptacji, bo była to szkoła wysokich standardów a z uwagi na moją stytuacje rodzinną bylismy dość ubodzy finansowo, więc pierwsze zetknięcie z dziecmi w szkole i późniejszych klasach nie było miłe.

Sądzę, że to pogłębiło poczucie izolacji oraz tego pragnienia akceptacji i zadowalania innych.
Myśle też, ze to przyczyniło się do wystepowania później u mnie lęku społecznego, już jako nawyku.

Cała szkoła podstawowa były to w sumie takie same lata, oraz coraz bardziej odczuwalny lęk społeczny, unikanie ludzi, nie chodzenie na zajęcia w szkole itp.

Ale mimo wszystko byłem dość przeciętnym dzieckiem, to też nie było tak, że żyłem wówczas objawami, to było jakby obok mnie, wbite we mnie przez wczesniejsze doświadczenia oraz wbite we mnie potem już jako nawyki takiego zachowywania się.
Więc bawiłem się jak inne dzieci, grałem w piłke pomimo tej swojej nazwijmy to "inności"
Ale to wszystko we mnie jednak już siedziało.

Opisałem powyżej konkretne szczegóły, które według mnie wpłyneły na moje życie.

Zrobiłem ten opis z jednego ważnego powodu.

Często rozmawiając z innymi słyszę pytania o przyczyny, konflikty wewnętrzne.
Ta moja własna analiza została kiedys wykonana przeze mnie, byc może nawet jakis poważny psychoanalityk usmiałby się z tych uproszczeń, możliwe nawet, że idąc do 10 psychoterapeutów miałbym 10 różnych wersji swoich przyczyn i konfliktów, gdzie jeden konflikt poganiał by drugi.

Możliwe nawet, że rzeczywiście w najbardziej mozliwy sposób uprościłem swoje przyczyny.
Ale kiedyś doszedłem do wniosku, ze psychologia może być prosta.
Zrozumiałem, iż takie kurczowe trzymanie się tego, że potrzeba mi poznac ten konkrety konflikt i on pokaże mi drogę do sukcesu, jest trochę błędne, bo wynika tak naprawdę z potrzeby obejścia konfrontacji ze złymi emocjami, objawami i obawami samego lęku nerwicowego.

Nie chcemy się źle czuć a obejście poprzez szukanie, według tej teorii – znalezienia konkretnego konfliktu - ma nam pomóc ominąc tą konfrontację z lękiem, który powstał z pierwszymi objawami.
Mnie przez długi czas chodziło po głowie docieranie do konfliktu wewnętrznego, miałem nadzieje, że to załatwi sprawę.
Cała rzecz tylko w tym, że nie było takiego konfilktu konkretnego.
Dlatego to opisałem, bo chciałem pokazać, że u mnie był to splot całego biegu wydarzeń, rozmaitych wydarzeń, które trwały dłuższy czas i wpoiły we mnie pewne reakcje i pewne emocje.
Dalej to już były tylko nawyki, ich rozwój.

Nie chcę tym nikogo z was zrazić do korzystania z psychoterapii, bo to jest ważna droga do poznawania siebie ale chciałbym was zachęcic do tego, że nie musicie mimo korzystania z terapii być biernym co do samych siebie.
Możecie teraz nawet szukać tego co was blokuje bez znajomości tego rzekomego konkretnego konfliktu wewnętrznego.
Zadajcie sobie pytanie, co wam obecnie przeszkadza? Wypiszcie to, co wam przeszkadza, co blokuje przed życiem lepszej jakości?
Ale o tym rozwine się później w części odburzenie, czyli części zaraz po tej obecnej, gdzie pieprzę o sobie :D

A więc moje doświadczenia dotyczyły:

- z uwagi na niepewną dłużej trwającą sytuację rodzinną wpojenie we mnie emocji strachu, niepewności, braku bezpieczeństwa, bo te emocje znałem najczęściej.
- Ciągle "chora" matka powodowała poczucie zagrożenia i uczyła ciągle uczucia lęku, "że coś się może stać."
- Z uwagi na to umysł wyzwolił natręctwa jako efekt zastępczy, umysł w końcu ma dośc ciągłego martwienia się.
- Ciągłe wpajanie, że musze być silny i opiekowac sie innymi, dało mi wyparcie własnych potrzeb i brak mówienia o sobie i swoich problemach. Przez co gromadziłem wszystko w sobie.
- Dało mi to też poczucie, że muszę walczyć o akceptację, starać się aby byc w końcu zaakceptowanym.
- Wydarzenia w środowisku szkolnym, brak akceptacji dały podłoże do lęków społecznych.
- Spowodowało to także ogromną wrażliwość na krytykę.
- Nie potrafiłem w końcu odczuwac już tych złych emocji i wolałbym unikac wszelkich konfrontacji, bo po prostu nie wiedziałem jak sobie z tym radzić.
- Z uwagi na ciągłe przemęczenie umysłu, pojawiły się pierwsze natręctwa, lęki, które potem same w sobie stały się nawykiem.

To w sumie tyle, choć jak mówiłem zapewne można by to rozbic bardziej drobiazgowo, można zrobić by to zapewne lepiej, inaczej.
Jednak mi to wystarczyło.
I chociaż nie bronię nikomu na psychoyterapii, rozbijać siebie na cześci pierwsze, to proszę pomyśleć czy nie warto unikać jednej z postaw niestety dość częstej.
A mówię tu o postawię, że dopóki dogłębnie wszystkiego nie zrozumiem i nie rozgrzebę przeszłości na czynniki pierwsze moja nerwica i moje problemy nie znikną.
Sądzę, że może to iść równolegle a aby pozbywać się nerwicy i własnych problemów, nawyków, aby poprawiać jakość swojego życia i zachowań nie jest wcale konieczne dotarcie do finalnego końca grzebania w sobie i swojej przeszłości.

A teraz dalej.

Szkoła średnia, bycie nastolatkiem.


To wszystko co wspominam jest zamierzone i ma na celu coś tam wam pokazać a także jest wstępem do 2 części odburzenia.

Zaczęła się szkoła średnia 15 – 19 lat.
Sytuacja w domu uległa poprawie, ojciec dał nam względny spokój, z mamą było lepiej, siostra się trochę ustabilizowała.
Ja byłem bardziej rosły więc też mogłem się postawić itp.
Powinno być z nerwicą i lękami społecznymi w takim razie lepiej, prawda?
Nie było.

I w tym miejscu właśnie ciągnę dalej teorię i sens mojego myslenia o lękach jako samo rozwijających się nawykach.

Bowiem te wszystkie cechy jakie wcześniej nabyłem, które wyżej opisałem nadal były, ale sytuacja ogólnie domowa poprawiła się, czemu więc lęk społeczny wręcz się nasilił?
Czemu natręctwa zmieniały swoje wartości i dalej trwały?
Czemu doszła hipochondria?

Jestem zdania, że przyczyna w postaci biegu różnych wydarzeń wpoiła we mnie różne reakcje, zablokowała wyrażanie potrzeb itd. ale także poruszyła machię nerwicy, czyli tematów zastępcznych dla przemęczonego umysłu.
A dalej nerwica, lęki, tworzą jakby własna odrębną ściężkę rozwoju, osobną niż same przyczyny.

Opiszę to na przykładzie dla lepszego zrozumienia.

Natręctwa.

Jak pisałem pierwsze natręctwa pojawiły się tak w wieku 7-8 lat, dotyczyły nagminnego mycia rąk, obawy przed zarazkami, dotykania przedmiotów po kila razy, natrętnych modlitw np 15 razy zdrowaśka aby nic się nie stało mojej rodzinie.
Robienie znaku krzyża 15 razy przed wyjściem z domu itp.
Było ich wiele.

Natręctwa te pojawiły się od nadmiaru złych emocji, po prostu stresu.
Potem stały sie jednak wpisane w moją codziennośc i zaczeły rządzić się swoimi prawami zastaraszania, tak jak to bywa w nerwicy.
Czyli początkowo natręctwa przyszły z określonego powodu, przyczyny, a potem trwały bo podążałem za nimi, stały sie powoli swoistym lękowym nawykiem.
Pózniej już nie z uwagi na przyczynę wykonywałem natręctwa ale z uwagi na lęki i obawy jakie one niosły.
Zaczyna w nas trwać wyczulenie na obawy, które dają nam objawy nerwicy.

Czyli potem przed wyjściem od razu pojawiały sie natręctwa, że muszę zrobić 15 razy znak krzyża bo inaczej po drodze mi sie coś stanie albo przed pójściem spać musze sie pomodlić 15 razy bo inaczej stanie się coś mojej mamie.
To pojawiało się już z uwagi na nowy nawyk lękowy, na wyuczenie tego.
Tak samo jak ci, którzy dostaną atak paniki na dworze i potem mają przed wyjściem ogromne obawy.

Od samego początku pojawienia sie lęku (natrectwa to też lęk) i wynikających z tego obaw, zaczynamy sami tworzyć nowy nawyk a robimy to ze strachu przed właśnie obawami jakie daje nam nerwica.
Czesto przyczyna nawet może przestać sie liczyć a my te swoje lęki i nerwice pielęgnujemy, zawierzając wątpliwością i objawom.

Inny przykład to mój lęk społeczny.

W szkole podstawowej miałem trudności w akceptacji przez rówieśników, dodatkowo sytuacja rodzinna pogarszałą sprawę.
Czułem ogromne pragnienie akceptacji a na każdą krytykę reagowałem depresją i lękiem.
Kiedy poszedłem do szkoły średniej sytuacja była trochę inna, byłem już jednak starszy, mogłem jakoś inaczej się zaklimatyzować ale tu już działał nawyk lękowy.
Bo w kórymś momencie już nie tak bardzo sytuacja powodowała lęk społeczny ale sam strach, który wytworzył sie kiedy lęk społeczny się pojawił, czyli parę lat wczesniej.
Strach przed krytyką, strach przed wygłupieniem się itd.
I tym strachem się kierowałem i dlatego szkoła średnia i wiek nastoletni to były same ograniczenia.

Nieraz na forum pojawiają sie ludzie młodzi, mają 16, 17, 19 lat, często doradzamy im mówiąc o dystansie, pokonywaniu barier, terapii i to są słuszne uwagi ale czemu sam w takim razie wtedy tego nie zrobiłem?
Niektórzy mnie o to pytają.

Teraz kiedy jeszcze raz z uwagi, że to piszę i rozpatruje te czasy, wydaje mi się, iż mógłbym to i owo zmienić.
I to na pewno. Ale łatwo jest jak zawsze oceniać historię z innej perspektywy.

Choć w sumie moje ówczesne (nastolatka) potrzeby z tymi obecnie prawie zupełnie się nie różnią (opócz tego, że widziałem już naga kobietę) to jednak jest inna już świadomość.

Nie twierdzę, że nie mogłem nic zrobić i tak musiało być.
Bo na pewno mogłem działać na lęk społeczny, zmieniac już wtedy nawyki lękowe.
Ale wówczas nie było choćby swobodnego dostepu do neta kiedy się tylko chciało.
Neta w domu miałem dopiero w wieku 20 lat :D
A jednak to on później wiele mnie wyedukował.

Dodatkowo jak ma się 16, 17 lat nie myśli się tak bardzo o tym aby się rozwijac itp.
Bardziej chcesz po prostu być nastolatkiem.

Tak więc młodość bardzo sobie ograniczałem lękami społecznymi, miałem też te właśnie dziwactwa w postaci natręctw ale mimo wszystko jakoś się żyło.

Natręctwa jakie miałem ogólnie w tym całym okresie opisałem tutaj:

zbior-naszych-natretnych-mysli-i-obrazo ... tml#p50742

Co do fobii społecznej to lęk wiązał sie oczywiście z funkcjonowaniem wśród ludzi.
Problemem było załatwianie spraw w urzędach, szkole, odpowiedzi przy tablicy, bo powodowało to drganie głowy, trzęsące sie ręce, ogromną potliwość.
Rozmowy z obcymi w cztery oczy czy przez telefon powodowały pustkę w głowie, brak myśli, przez co z rozmowy wychodziły jakieś zdawkowe zdania.
Miałem problemy z zakupami bo ręce trzęsły się przy kasie.
Ogólnie objawy były wszędzie gdzie byłem wystawiany na ocene jakiegoś człowieka, zwykle obcego.

W tym okresie zaczęło pojawiać się także napięcie w postaci hipochondrii.
To był czas macania guzków, robienia prześwietleń, życia wyimaginowanymi chorobami.
A wszystkie te natręctwa, lęki i objawy, które dochodziły były wynikiem po prostu trwania stanu zagrożenia, czyli tak naprawde cały czas miałem lęk nerwicowy, czyli analize, lękowe patrzenie na świat, swoje zdrowie i innych ludzi.

Mimo tej "inności" starałem się być po prostu nastolatkiem, choć wiadomo, że byłoby pewnie inaczej jakbym nie dawał się ograniczać lękowi.


DEPRESJA

Miałem także oczywiście depresję.
Wspominam tu o niej bo dość często na choćby forum młodzi ludzie, obawiają się, że czują już jakąs depresję i boją się, że wpadną w chorobę depresji, która kojarzy się każdemu chyba powoli z samobójstwem i garścią leków psychotropowych.

Winę za to trochę ponosi przedstawianie depresji w tonie jednosylabowym, czyli zawsze takim samym.
Ręce opadają jak widzę ludzi w młodym wieku, jak powtarzają zasłyszane gdzieś słowa, a co gorsza jak powtarzaja słowa psychiatry, że mają depresję, dlatego MUSZĄ brać leki bo bez leków nie minie.

Kiedyś od razu odpowiadałem na to, teraz zamykam na chwile oczy, a potem wyłączam przeglądarkę bo już po prostu nie chce mi się tego powtarzać. :D

A mianowicie nie mówię tu o tym, że nie trzeba leków. Dostałes lek od psychiatry? Chcesz spróbować i sobie wspomóc? – Jak najbardziej bierz.

Mówię tu o tym abyśmy sami nie przekazywali tych błędnych obrazów co do depresji.
Bo zaczynamy wszystko nazywać depresją, jakby depresja zawsze była tylko jednym stanem okropnej choroby zagrożonej samobójstwem.

To jest nieprawda.

Najczęściej depresjami, które MUSZĄ być leczone lekami to jest jakiś procent osób na nie cierpiących i są to zwykle depresje jako właśnie choroby, które nie wynikają z problemów życia ani problemów ze sobą, tylko przychodzą niezależnie, nagle, bo to są choroby.

Natomiast jesli ty masz problemy z samooceną, potrzebujesz akceptacji, być może jak i ja wtedy masz lęki społeczne, może jesteś nieśmiały, być może masz objawy nerwicy, które trwają jakiś czas, to naprawdę depresja jaką odczuwasz nie jest końcem świata ani twojego życia.
Jest to depresja wynikajaca z poczucia bezradności wobec twoich problemów życiowych i osobistych.

Pozostań niereaktywny wobec depresji i poprawiaj co możesz a depresja też będzie zanikać.


Teraz kończąc ten rozdział chciałbym zapodać dwie ważne uwagi.


Pierwsza z nich to zobacz kolego czy koleżanko, że gdybym ja miał powiedzieć ile czasu trwały moje zaburzenia wyszłoby, że 20 lat ;)

Weźmy ten okres, który tutaj opisałem powyżej, wiek 7-19 lat, czyli 12 lat zaburzeń.

Chcę tutaj powiedzieć o tym, że kiedy czytamy czyjeś historię i widzimy, że ktoś miał 20 lat nerwicę to możemy od razu przypomnieć sobie to co tu opisałem :)
A mianowicie to, że ktoś napisał, że ma 20 lat nerwice to nie powód do dołowania się, tylko zwykle oznacza to tyle, że nie zmieniał do tego podejścia, tak naprawdę jak i ja przez 12 lat tkwił w tym, próbował jakoś żyć ale równoległe żył objawami, natręctwami, ograniczał się lękiem.

I chociaż ja mogę usprawiedliwić ten wiek 7-14 lat no bo jednak trudno wymagać aby wtedy zmieniać świadomość jak po prostu chciałem pobawić się dinozaurami czy pograc w Mario na pegasusie (to były inne czasy niż obecnie)
Więc miejcie na uwadze, że jak ktoś podaje tyle lat zaburzeń to nie oznaka, że z tego się nie da wyjść, to oznaka, że ten ktoś nie do końca realnie próbował to zmienić lub młody wiek dziecka to po prostu bardzo utrudniał.

I oczywiście nie chce tu nikogo obrazić, w końcu sam tyle lat w tym siedziałem.

Jak byłem nastolatkiem coś tam już mogłem zmienić ale nie chciało się, dlatego czasem nie dziwię sie osobom, które mają 16 lat i zaglądają na forum i jedyną ich inspiracją aby tu zagladać jest zadanie pytania "czy to na pewno nie rak" a potem lecą na browar

Tylko, że teraz jest więcej o tym ogólnej świadomości, 10 lat temu nie latało się tak chętnie po psychologach jak dziś, a w necie nie było aż tylu ciekawych treści.
Ja w tamtym okresie kontakt z psychologiem miałem tylko w szkole podstawowej, kiedy jedna z nauczycielek z uwagi na to, że prawie w ogóle nie odzywałem się na lekcjach, sporządziła wniosek o przebadanie mnie psychologicznie, bowiem uznała, że moje milczenie wynika z niedorozwoju umysłowego.

Więc chciano mnie przenieść do szkoły specjalnej, no ale że badania wyszły ponad miarę to dano mi spokój.

Może jakby rodzice moi wówczas zareagowali zainteresowaniem i chodziłbym do psychologa wcześniej to by to zmieniło tą sytuacje.
No ale tak się nie stało, dla mnie akurat obecnie już nic straconego, tak tylko sobie filozofuję i zachęcam was młodzieży do większej dbałości i poznania czym jest wasz stan emocjonalny :)

Druga uwaga dotyczy tego co pisałem na początku.
To co wyżej przeczytaliście to jest moja historia, moje przemyślenia napisane po to aby być może komuś z was zwrócić na coś uwagę.
Możliwe, ze ktoś tu odnajdzie siebie, wyciągnie jakieś wnioski.
Ale mogą też byc osoby o zupelnie innej historii.
Nie oznacza to wtedy, że ty jesteś jakimś innym czy odmienym przypadkiem, który nie ma szans.
Jezeli nie miałeś problemów w domu, nie oznacza to, że nie możesz mięc obecnie nerwicy.
Kolejna błędna teoria przekazywana sobie nawzajem to taka, że każda nerwica musi mieć podłoże w przeszłości.

To jest w moim przekonaniu nieprawda.
Podam przykłady.

Weźmy osobę, która dostała grypy, która przeciągała się w czasie, osoba ta brała dłuższy czas antybiotyk, to spowodowało osłabienie, może nagle pojawiły się przez to zawroty głowy?
A może potknęło się serce bądź przyspieszyło?
Przy osłabieniu takim osłabiony jest też układ nerwowy, czyli mamy większa podatność do odczucia emocji lęku, strachu.
I jak serce przyspieszyło mógł pojawić sie niepokój.
Mogłeś nagle dostać natręctw o swoim zdrowiu, porobione badania wyszły dobrze, ale jednak uspokoiło to nas na chwilę.
Z dnia na dzień, tygodnia na tydzień pogarsza się, dochodzą nowe objawy, my wsłuchujemy się w ciała, wątpimy, czytamy, oglądamy, szukamy co nam jest i przez to nakręcamy lęk.
Próbujemy logicznie sie uspokoić ale to nie działa, bo w nerwicy jeśli już coś naprawdę choruje to stan emocjonalny.

Czy naprawdę w takim wypadku musi być przyczyna w przeszłości? Może ale nie MUSI!
Może być to po prostu rekacja walcz bądź uciekaj z uwagi na osłabienie a potem ma miejsce nakręcanie.
Tak samo w wypadku osób, które zapalą marichuanę i dostaną ataku paniki albo imprezują całymi tygodniami pijąc np alko i tym się osłabiają.

Ktoś inny znowu faktycznie może mieć przyczynę ale jest ona już nie ważna a stan nerwicowy trwa.
Czyli dla przykładu weźmy kogoś kto w dzieciństwie miał jakąś chorobę, która stwarzała realne ryzyko, że coś jej się stanie.
Takie dziecko może zostać przwewrażliwone potem na punkcie swojego zdrowia, może się pojawić nerwica, która potem niewłaściwie traktowana i podsycana przez własny lęk i wyobrażenia, staje się własnym nawykiem.
I po paru latach przyczyna może być nieistotna (bo choroba minęła) a nerwica trwa.
Tu może być zamiast choroby także np. zbyt opiekuńcza matka, która zawsze rozkładała klosz i "straszyła" ciągle wyobrażając sobie, że dziecku może się coś stać.

Innym przykładem może byc ktosik, kto miał może matkę, która go krytykowała stale, wypominała błędy, niepowodzenia, co złożyło się na jego temperament i może spowodowała pojawienie się poczucia tego, że jesteśmy do niczego?
Może z uwagi na to pojawił się także lęk społeczny?
Obawy czy znowu nie będziemy krytykowani, wysmiewani i lepiej tego unikać?
Być może trwanie w takim stanie spowodowało depresję? Może pojawił się lęk, objawy nerwicy lękowej a może też i natręctwa? Może hipochondria?

I teraz taka osóbka udaje się na psychoterapię, poznaje przyczynę, stara się zmieniać swoją wartość poprzez zapisy na kartkach, stosuje razem z terapeutą odblokowywanie emocji, przeżywanie emocji i tym podobne.
To może pomagać, może ta osoba poczuć się oczyszczona, lepiej zna i rozumie siebie, to jest bardzo dobre! Ale pojawia się pewien czasem problem.

A mianowicie jak lęk społeczny trwał, czy natręctwa, czy nerwica lękowa, może hipochondria a może wszystko naraz, tak trwa nadal.
Czesto wtedy pojawiają sie zdania "psychoterapia mi nie pomaga"

Ależ ona pomaga!

Tylko, że często na psychoterapii docieramy do przyczyn a psychoterapeuci mają często pogląd, że objawy nerwicowe, obawy, wątpliwości dobrze jest tłumaczyć logicznie, wypisywać na kartce czemu nie powinnismy się tego i owego bać. Tłumaczyć logicznie.

To jest dobra praktyka, tyle, że zwykle nie do końca skuteczna a jak już to tylko czasowo.
Bo samo mówienie i uspokajanie się nie odburza z lęku samego w sobie.

A to dlatego, że logika wie ale stan emocjonalny nie da się tak łatwo przekonać słowami.
Te praktyki przypominają robienie badań dla pewności czy nic nam nie jest.
Po badaniu jest ulga ale zwykle krótka a potem lęk wraca.
Bo stan emocjonalny nie został przekonany.
A potrzebuje tych przekonań z owszem logicznych myśli, czyli potrzeba działac logiką na stan emocjonalny, świadomością na podświadomość, ale potrzebuje także do tego ignorowania, akceptacji, ryzykowania mentalnego i wielu czynników, które wydają się zbyt zwykle trudne (bo przecież lęk jest tak silny).

Ale o tym w odburzeniu bo nie chce tutaj tego mieszać wszystkiego.

Mam nadzieję, że tymi przykładami wyjaśniłem wam możliwości powstawania lęków nerwicowych
oraz to co najwżniejesze (bo według mnie strasznie słabo poruszane, jeśli w ogole) kwestię lęków nerwicowych jako osobnych nawyków, poza pierwszymi przyczynami i jakimiś nawykami osobowymi, wynikającymi z doświadczeń życiowych.

Teraz dalej chciałbym poruszyć kwestię:

Moich zaburzeń osobowości.

To jest kwestia również dość często poruszana na choćby forum, szczególnie jeśli chodzi o osobowość lękową/unikającą czy zależną bowiem objawy nerwic i postrzegania świata będąc w stanie zagrożenia (nerwic) bardzo pasują opisowi tychże zaburzeń osobowości.

Czy ja miałem zaburzoną osobowość?
Oczywiście.

W wywiadzie i badaniu psychologicznym miałem dokładnie stwierdzone zaburzenie osobowości lękowo-unikające.

Czy wpłynęły na to zaburzenia lękowe jakie miałem?
Czy bardziej wydarzenia z przeszłości?

Trudno tak naprawdę powiedzieć ale sądzę, że obydwie sprawy miały związek, choć jednak moim zdaniem to zaburzenia lękowe wykształciły u mnie taką osobowość.
Moim zdaniem miała w tym wypadku również wpływ na to moja podstawa czyli temperament.

Różne stresogenne wydarzenia o których pisałem wcześniej, "położone" na tą podstawę czyli genetyczny temperament, charakter spowodowały pierwsze objawy i lęk, jak natręctwa, lęk społeczny itd.
A tkwienie w rozmaitych lękach kształtuję naszą postawe wobec życia, kształtuje wzorce reagowania i widzenia świata.

Moim ulubionym przykładem jest kwestia stanu w jakim znalazłby się człowiek, który zostałby zamknięty w ogromnym lesie, skąd nie mógłby wyjść tylko musiałby w tym środowisku żyć (tak jak człowiek żyje w nerwicy, stanie zagrożenia, nie może od tego uciec) i dano by mu do świadomości, że grasują tu dzikie zwięrzeta i kilku powiedzmy psychopatów, którzy go szukają i chcą zrobić krzywdę.

Taki człowiek czułby się dosłownie jak ktoś z nerwicą tylko, że wypatrwywałby realnego zagrożenia a ktoś z nerwicą posiada wyimaginowane obawy o zawsze jakieś "coś tam".

Taki ktoś czułby, że żyje na krawędzi, czułby, że wegetuje, próbuje jakoś przeżyć (jak ludzie z lękami).
Ma on oczywiście objawy fizyczne, szybki oddech, walenie serca, może nawet odrealnienie ale objawy objawami, a co sie dzieje po dłuższym przebywaniu w takim środowisku?

Jego umysł musi się przystosować, tworząc przyzwyczajenie do nowej wizji świata, w tym wypadku stanie się on lękowy, będzie miął wyczulony słuch, na wszystko będzie reagował z nadmiernym lękiem, wszystko będzie kojarzyło mu się od razu z zagrożeniem., z potrzebą ucieczki lub walki.
Można wymieniac wiele cech jakie by taka osoba nabyła po powiedzmy 2 latach takiego życia i próby przetrwania.

Trwanie w nerwicy można spokojnie do tego porównać.
Jeżeli ktoś przez parę lat ma np. lęki społeczne, to na początku zaczyna unikać różnych sytuacji z uwagi na lęk, z czasem zaczyna unikać sytuacji już "dla zasady", a z czasem np. zaczyna bać się konfrontacji z uwagi na samo wystapienie strachu przed brakiem akceptacji, czy przed krytyką.
W takim czymś po czasie łatwo stać się człowiekiem unikającym bo umysł przystosowuje naszą postawę do nowego "stylu".

Jak ktoś ma nerwice lękową dajmy na to 2 lata, i stale ma objawy, myśli lękowe, strach o zdrowie, tak samo nie trudno by mu było stać się osobą lękową.
Bo po prostu możemy stać się bardziej drażliwi na tematy chorób, wrażliwi na sygnały z ciała, otoczenia, łatwiej nam denerwować się na złe wiadomości, wszędzie widzimy wszystko w czarnych barwach itp.

Więc sądze, że u mnie na rozwój mojej osobowości jako człowieka lękowego i unikającego, wpłynęły doświadzenia wynikające z trwania w różnych zaburzeniach lękowych.

Wspominam tu o tych zaburzeniach bo często też ludzie martwią się, że może będą mieli czy mają zaburzoną osobowość.
Sam kiedyś bardzo panikowałem na sam ten termin,.
Bo wydaje nam się, że przecież osobowość to jest stała, niezmienna, bo przecież to moje cechy, charakter, nie da się być innym człowiekiem.
Nie jest to tak.
Osobowość jest to nabycie wzorów poprzez umysł, który dopasował się do postrzegania przez nas naszego świata.
Nauczył się jednej reakcji, np. reagowania lekiem, czy niepokojem i my przez to nie umiemy reagować za bardzo inaczej.

I teraz pytanie, czy można to zmienić?
Tak!
Osobowość to plastelina!
Jeżeli nasze wzorce np. lękowe ukształtowały się to mogą ukształtować się nowe, w taki sam sposób.
Jeśli będziemy świadomością, logiką działać na podświadomość, stan emocjonalny, pokazywać umysłowi mimo obaw, że można działać (czynami także!) i że nic się nie dzieje (ignorowanie)
To nasz umysł nabywa cechy pasujące do nowego postrzegania.
Otrzymujemy nowe wzorce bo przede wszystkim uczymy się reagować inaczej niż dotychczas.
Poznajemy nowe możliwości reagowania innymi emocjami.

Mnie samo wychodzenie z lęków nerwicowych, lęku społecznego zmieniło te nawyki, więc robi to się 2 w 1 xd

Nawiąże do tego oczywiście w części odburzenie.


Okey a co dalej z historią z podziałem na lata?

Oj będzie sie działo, bo... nadchodzi okres wieku około 20-22 lata a było to:

Seks, alkohol, imprezki, studia :D

Oczywiście jak zawsze wspominam o tym nie bez powodu. :D

Zaraz po maturze i na studiach stała się na początku rzecz taka, iż moje objawy w dużej części zmniejszyły się i to jeśli chodzi o natręctwa jak i lęk społeczny.

Było to spowodowane zajęciem się towarzystwem.
Fobia społeczna utrudnia poznawanie nowych osób, dlatego na podstawie jednej dobrze znanej mi osoby na uczelni wkręciłem się ogólnie w większe towarzystwo.
Była to miła odmiana po dość samotnych latach wstecz ograniczanych przeze mnie z uwagi na lęk.
I dlatego używałem ile wlezie.

Czemu o tym piszę?

Czesto dostaję takie różne wiadomości ze zdaniami typu:

"no ale Wiktor zaszłam w ciąże, urodziłam dziecko byłam szczęśliwa, wszystko minęło, czasem coś tam mnie łapało a teraz przyszła nuda, stres i po roku wszystko wróciło, czy ja nigdy się od tego nie uwolnię?"

"Wiktor zakochałem się, było super 6 miesięcy, zapomniałem, że byłem "chory" a teraz znowu to wróciło, wszystkie objawy i to jeszcze silniejsze, gdzieś czytałem, że ta choroba niewyleczona wraca z poczwórną siłą, czy da się z tego wyjść na zawsze?"


O matko.... :D

Ale spokonie, sam miałem w tym udział.

Zwykle dotyczy to osób, które wcześniej przez miesiące albo czasem lata maja właśnie różne zaburzenia i stało się coś w ich życiu, że to zajęło pierwsze miejsce w ich świadomej uwadze i
zwykle kojarzy się to ze szczęściem i nie zdążyło to szczęście jeszcze zostać przyćmione przez stare nawyki lękowe.

Np. ciąża albo urodziny dziecka, czasem jest to nowa praca, nowe miejsce zamieszkania ze świetnymi ludźmi, może właśnie studia i nowe bardzo otwarte towarzystwo a może to właśnie miłość, która jest potężnym bodźcem dla świadomej uwagi i daje automatyczne superowe myśli i wyobrażenia.
Do czasu aż sytuacja to nie spowszednieje i wrócą na pierwszy plan jakieś stresy a z tym także stare znane nam już nawyki lękowe z którymi nie poradzilismy sobie zmieniając świadomość o nich i nastawienie.
Nadal nie umiemy traktować myśli lękowych jak należy, nie potrafimy
zaakceptować emocji lęku ani objawów i w wyniku tego to nie znika.

Ze mną tak było.
Przez te 2 w sumie naprawdę świetne lata, objawy, natręctwa, lęki zeszły jakby obok, gdzieś tam było, w wolnym czasie czegoś tam się bałem, jakieś natręctwa wykonywałem, czegoś tam unikałem ale głównie zajęty byłem imprezami, nauką oraz średnio co drugi tydzień nową miłością.

I to były mocne punkty dla tego aby całe te lęki, które gdzieś tam były, nie tak zauważane.
Choć ja tak naprawdę o nich tylko jakby zapomniałem, a nawet nie zapomniałem tylko traktowałem jako coś co musi być bo taki jestem bo nie da się inaczej i taka nerwica to pewnie będzie już zawsze, więc próbowałem żyć z tym najlepiej jak umiem.

Kiedyś jak właśnie psycholog od wywiadu robiła mi badania psychologiczne, powiedziała:
gdyby Pan dostał miliard dolarów, miał jacht, pełno zajęć, piekne kobiety to by panu nerwica przeszła?

Myślałem sobie wtedy, że pewnie tak i na pewno stałoby się to, że odeszło by to na drugi plan ale nadal niezrozumiałe i bez zmienionej wobec tego postawy.
Więc jak miliony by się skończyły albo znudziły przyjemności to znowu natręctwa by podejrzewam wróciły.

Trochę mi to przypomina branie leków psychotropowych, kiedy po odstawieniu ludzie dziwią się, że lęki i objawy im wróciły, co jest bardzo częste tak samo jak w wypadku właśnie sytuacji, które spowodowały zapomnienie o nich.

Jeżeli już jesteśmy przy temacie leków to:

Leki psychotropowe

Dlaczego mówi się, że działają tylko jak okład na ranę a nie leczą prawdziwie?
Jak jest naprawdę?


Oczywiście od razu zaznaczam, że nie jestem wyrocznią co do tego, ani żadnym wielkim specjalistą, mówię tutaj o swoim punkcie widzenia z uwagi na własne doświadczenia oraz obserwacje tego co mówią inni.
Traktuję te tematy wręcz jako hobby i wyrażam tylko swoje zdanie, nie roszcze sobie prawa, że tak musi być.

Natomiast uważam, że leki mogą być "dobre" dla osób, które nie miały wcześniej objawów lęku nerwicowego ani oznak zaburzeń psychicznych i np z uwagi na traume jak śmierć w rodzinie, stres z egzaminem, zapalenie maryśki nabawiły się odczuwania lęku nerwicowego.

Wówczas jeżeli leki zadziałają jak należy i stan psychiczny wróci do równowagi, po odstawieniu leków zwykle nie ma nawrotów bo nie ma też nawyków lękowych utrwalonych.
Ani przyczyn z przeszłości.

Kiedy natomiast zaczyna być problem?

Wtedy gdy leki nie zadziałają lub pojawia się dużo objawów ubocznych i osoba taka zaczyna się gubić, miesiące mijają leki zmieniane działają słabo albo wcale a lęki nakręcane coraz bardziej wchodzą w nawyk i stajemy się coraz bardziej nastawieni lękowo i coraz bardziej przerażeni.
Wpadamy w lękowe błędne koło i nasza świadoma uwaga zaczyna żyć tylko tym.

Dlatego mimo wszystko polecam naprawdę uzyskać wiedzę o, której w sumie piszemy choćby tu na forum, plus jakieś lekturki typu "Pokonać lęki i fobie" "Opanowac lęk" itp.
Aby mieć tą pierwszą i tak naprawdę najważniejszą linię działania wobec nakręcanego lęku i wdrażać to sumiennie w codziennośc mimo lęku i objawów a nie tylko czekać "aż leki zadziałają".

Czasem mówi się o tym, że leki bierze się aby objawy zmniejszyły się i można było popracować na terapii nad przyczynami.
To jest dobre ale też prędzej w wypadku, gdy ktoś nie miał lęków, objawów wiele lat przed tylko np.
jego przyczyną jest wieczna dajmy na to krytyka ze strony rodziców, ale jednak nie miał do pewnego momentu problemów psychicznych z tego powodu, aż nagle w którymś momencie poszedł do pracy i był wiecznie krytykowany przez szefa.
I w końcu z presji i tych wewnętrznych konfliktów z uwagi na problemy z radzeniem sobie z krytyką, dostał nerwicy i objawów.

Idąc na psychoterapię można dostać leki, które jak podziałają pomogą skupić się na rozwiązywaniu przyczyny.
Problem moze być wtedy gdy i tu leki zawiodą, bo leki nie są w 100 % czasem dla każdego odpowiednie.
I wówczas osoba taka zaczyna się gubić bo oprócz przyczyny staje przed kolejnym problemem jakim jest lęk, objawy, analiza nerwicowa w jaką sie wpada.
Dlatego mimo wszystko polecam naukę czym są nerwice, myśli lękowe, nabywanie wiedzy o tym i działanie wobec tego.

Natomiast co do osób, które jak np ja miały już wcześniej objawy, lęki, leki są zwykle po prostu niewystarczające.
Ileż razy ja widziałem obraz osoby, która przy dłużej trwających zaburzeniach poszła na psychoterapie, zaczeła brać leki, objawy ustąpiły i po 23latach terapii zadecydowano o odstawieniu leków bo wszystkie tematy przerobiono a osoba ta poznała siebie.
A tu po odstawieniu leków nagle objawy wróciły, zwykle psychoterapeuta, który znając tylko jeden nurt na jakim się uczył, uznaje zasade, że objawy zawsze wynikają z przyczyny i zwykle mówi najgłupszą rzecz:
" to z uwagi na terapię bo wyszły złe emocje i stąd to wróciło", a zwykle to jest nieprawda.
Po prostu trwanie lata w zaburzeniach utrwaliło własne nawyki reakcji lękiem, wczuwanie się w siebie i symptomy ciała, przewrażliwienia na choroby itp.
I mimo psychoterapii trzeba uporać sie z tym, i tak samo zrozumieć lękowe myśli, samą zasade nerwicy i przestać sie ograniczać, ryzykować mentalnie a nie tylko czekać na efekty psychoterapii.

Ale nie upieram się przy tym.
To są moje luźne wnioski.



Okey, i co dalej u mnie? A umnie nastąpiła


APOKALIPSA :D

Po tych świetlistych 2 latach zabawiania się, przyszedł okres gdzie poznałem dziewczynę z, którą zapadła decyzja na trwały w końcu związek.
Ogólnie nadszedł okres na wejście w dorosłość.

To spowodowało, że rzeczy, które z uwagi na przyjemności i zajęcie czasu zmniejszyły się.
Oczywiście z uwagi na trwały związek i plany z nim związane było na początku super ale powoli nadchodziła rzeczywistość i problemy z życiem codziennym.

Przyczyniło się to do tego, że oczywiście zepchnięte na bok objawy lęku społecznego i natręctwa wróciły.

Zabawne jest, że jakby w tamtym okresie mnie ktoś zapytał o to jak sobie radzę, powiedziałbym, że świetnie, że jestem silny a nawet zasługuję na medal bo mimo lęków jakoś żyję.
Wiecie co....
wiem, że wiele osób mysli, że zasługuje na medal z tego powodu, dziś wiem, że nie zasługiwałem na medal z uwagi na to, iż żyłem tylko tak jak mi lęk pozwalał.

O ile do tego okresu przed wkraczaniem w dorosłość mogłem sobie mieszkając z matką wykonywać natręctwa i w lęku społecznym sobie życ na swój ograniczony sposób, to teraz doszła większa presja, bo przecież miałem tworzyć nowy trwały związek, rodziły się z tym pewne oczekiwania, nowe stresy, samodzielność.

To zaczęło być przybijające. Ten stres związany z egzaminami na studiach oraz nawrócony lęk społeczny, który znowu powodował kłopoty z chodzeniem na uczelnię, szukaniem pracy i ogólnie to wszystko razem skumulowane przez parę miesiecy spowodowało erupcję lęku wolnopłynącego, nerwicy lękowej z napadami paniki oraz przede wszystkim depersonalizację.

Tak w sumie już ten okres opisałem w tym temacie moja-historia-derealizacji-i-depersonal ... t3937.html ale tam skupiłem sie na depersonalizacji, która była najgorszą w sumie moją zmorą.
Więc tutaj też po części to przedstawie z uwagi na lęk nerwicowy.
Pierwsze miesiące były najważniejsze aby zrozumieć co się dzieje a ja to zawaliłem tak naprawdę.
Jestem też zdania, że zawalili specjaliści choć nie chcę zrzucać na nich całej odpowiedzialności.

Początki były rzecz jasna straszne, derealizacja, lęk, ataki paniki, rozmaite objawy, wpadanie w coraz większą analize i wyczulenie na swój stan i objawy wpłynące z ciała.
Pewność, iż jest to zwariowanie, schizofrenia, dopatrywanie się omamów i głosów.

Pierwszy psychiatra uspokoił swoją opinią, że to nie schizofrenia ale depresja lękowa, ale wiadomo ulga była czasowa, potem wszystko wróciło.
Psychiatra ten wyraził swoją opinię, iż psychoterapia to dopiero po tym jak zaczną działac leki.

Ano właśnie...tyle, że na mnie leki działały bardzo słabo, mimo tego, że wytrwałem przy objawach ubocznych to leki po prostu nie przynosiły poprawy.
Chodziłem do psychiatry co miesiąc z nadzieją, ze przepisze mi inny lek, który zadziała lepiej. Niestety kolejne leki także lepiej nie zadziałały.
Próbowałem chodzić po innych psychiatrach ale u jednego dostałem nawet diagnozę psychozy i potem chadu z uwagi na objawy depersonalizacji, oczywiście błędnie.

Psychiatrzy utrzymywali, że najpierw leki, potem poprawa a dopiero później terapia i właśnie to pokazuje często błędne myślenie o psychoterapii jako jedynej formie pomocy poprzez poznawanie przyczyn.

A przecież istniała już terapia poznawczo behawioralna na, którą taki psychiatra powinien byc wręcz zobowiązany wysłac każdego człowieka z lękiem nerwicowym.
Bo ta terapia nie zajmuje sie tak przyczynami jak wyjaśnianiem podstaw lęku, myśli lękowych.

To myślenie z lat chyba 50 tych, że wszelki lęk wywodzi się tylko od przyczyn widać było także wśród psychoterapeutów do których wówczas poszedłem.
Byłem bodajże u 4 i każdy z nich był analitykiem czy od terapii psychodynamicznej, nie znałem sie wówczas na tym wszystkim.

Każdy z nich jak jeden mąż, od razu przystępował do wyłaniania problemów z ojcem, matką albo czekał na to co ja im powiem.

I oni mieli rację, chcieli poprowadzić dobrą terapię tyle, że każdy z nich zlekceważył moje nawyki samego lęku, które miałem od lat a do tego powstawały nowe nerwicy lękowej i ataków paniki, lęku przed lękiem, lęku przed depersonalizacją.
Żaden z tych psychoterapeutów nigdy nie pokwapił się aby wyjaśnić mi, czym są myśli lekowe, czym są objawy samej depersonalizacji, na każdej wizycie od razu to zbywali, mówiąc, że
"on jest od terapii psychodynamicznej" ale czemu w takim razie widząc, że mam problem ze zrozumieniem samej istoty lęku, żąden z nich nie wspomniał o terapii poznawczej?
Nie zalecił mi abym na nia poszedł?

I własnie z uwagi na to zniechęcony nie kontynuowałem żadnej psychoterapii.

Więc pierwsze półtora roku to było ciągłe nakrecanie się, rozwój objawów i ciągły strach przed depersonalizacją.
Wówczas nie byłem taki zdystansowany jak teraz, byłem przerażony, jedyne czego pragnąłem to to aby wróciły te stare dobre czasy, gdzie jedynie natręctwa i fobia społeczna były problemem.
Korzystałem z akupunktury, masaży bioenergoterapeutycznych, uzdrowicieli z Filipin, szukałem kogoś kto mi może pomóc.

Nie będę tutaj opisywał dokładnie swoich objawów ani codzienności, napisałem liste objawów i zachowań nerwicowych jakie w tym okresie miałem, kto chce może sobie luknąć:

nerwica-objawy-mala-encyklopedia-naszyc ... tml#p50577

Co do objawów depersonalizacji to podałem link w historii o, której wspomniałem wcześniej

moja-historia-derealizacji-i-depersonal ... t3937.html

Pierwsze nauki :D

Pierwsze półtora roku to były też grzebania w sieci i udział w forach internetowych.
Na początku polegało to jak to zwykle bywa, na wypisywaniu objawów i swojego cierpienia,
i oczekiwaniu w zniecierpliwieniu, że ktoś potwierdzi, ze ma taki a taki objaw i powie, że nie zwariowałem ani nie zwariuję czy też umrę bądź nie zostanę opętany.

Z czasem zacząłem się udzielać na forach jako osoba, która wspiera też innych.
Co by nie mówić o udziale w forach, co zresztą było mi surowo zabraniane przez psychiatrę, to tak naprawdę poprzez udział w forach internetowych bardzo wyedukowałem się jeśli chodzi o lęki.
Wykorzystałem zresztą to później w odbrzuaniu się.
Mimo problemów związanych z tym, że na początku nakręcałem się na forum jak czytałem posta gdzie ktoś opisywał jakieś swoje objawy to jednak czytanie historii innych nie tylko tych co z tego wyszli ale także tych co nadal byli zaburzeni, uczyło mnie.
Trochę na zasadzie czytania ksiązki i automatycznej nauki ortografii.

Im więcej czytałem historii tym wiekszą miałem perspektywe i sam łapalem już nawyki jakimi ludzie reagują, widziałem to po prostu. I mogłem to coraz bardziej przekładać na siebie.

Pomagały mi też książki o sposobach radzenia sobie z lękiem a także inne o asertywności i pewności siebie.

Tylko teoria :D

Z tym, że jak to bywa..... teoretykiem stałem się ogromnym ;) ale...nie wdrożyłem niczego z tego w życie.
Nadal tkwiłem w głupim przekonaniu, że robię wszystko a nadal nic mi się nie poprawia.
No bo przecież chodze do psychiatry, korzystam z akupunktury a nawet zachęcony wsparciem forum poszedłem do pracy.

Byłem przekonany, ponownie zresztą, że zasługuję na medal bo radzę sobie a samo to, że chodziłem do pracy w tym stanie traktowałem jako konfrontację i sukces :)
Ale ponownie musze przyznać, że nie zasługiwałem na to, gdyż robiłem tylko to, na co lęk mi pozwalał a do tego ciągle żyłem lękiem i obawami, pochłonięty egocentryzmem czyli zwracaniem uwagi tylko na to jak się czuję.

To, że pracowałem to był jednak jakiś krok, bo praca odrywała ale jednak mimo wszystko mój stan był kierowany tylko do środka, zwracałem uwagę bez mała tylko na to jakie są moje objawy i na to co mi właściwie jest.
Nie do końca wierzyłem nadal, że to tylko nerwica, a nie stosowanie ignorancji takiej prawdziwej, powodowało, że mój stan emocjonalny nie miał jak się o tym przekonać.
Cały czas mimo posiadanej wiedzy, poświęcałem czas na wchodzenie w analizy myśli lękowych, na szukanie racjonalnych wyjasnień tych myśli, zapewnień, że nic mi na pewno nie będzie.
A racjonalnośc sama w sobie nie starcza bo jest jak już pisałem chwilowa.

Każde inne pyknięcie serca to od razu mierzenie ciśnienia, ciągle istniejące objawy depersonalizacji non stop powodowały myśli, że to coś poważnego, ciągle słuchałem tych wątpliwości.
Bez przerwy bałem się, że coś mi się stanie, opowiadałem bliskim o tym jakie mam objawy, jak cierpię, jak nie daję rady.
Złościłem się, że czułem się niezrozumiany.
Drażniły mnie historię tych co z tego wyszli, irytowały mnie ich z pozoru proste porady, rzygałem już tymi tematami.

A jednak ciągle żyłem tym jak się czuję, tym jak dziwnie widzę, czemu źle słyszę, czemy przychodzą mi do głowy takie myśli, czy nie umrę, czy nie zwariuję, kurczowo w napięciu oczekiwałem co będzie.
Po prostu żyłem zaburzeniem.

Pisząc to aż nie mogę uwierzyć, że mogłem byc tak durny.
Po tym pierwszym roku z nerwicą lekową i dd miałem naprawdę już podstawy do tego aby zmienić postawę i podejście, nie zrobiłem jednak tego, uległem wątpliwością leku nerwicowego.

To trochę tłumaczy różnice w czasie trwania takich zaburzeń u różnych osób.

A czas leci, minęło tak kolejne półtora jakoś roku pracy i życia zaburzeniem.
Postawa moja wobec tego nie zmieniła się a nawet nadal mimo wiedzy sądziłem, że to ktoś ma mi pomóc.
Dlatego chyba własnie w którymś momencie zrezygnowany, że nic mi nie pomaga zdecydowałem się na zwolnienie (co było wielkim błędem z uwagi na lęki) i leki.
Myślałem wtedy, że może jednak leki dobrze dobierane pozwolą mi w końcu się dobrze poczuć.
Tak więc brałem ssri, neuroleptyki, stabilizatory, w różnych mieszankach.
Niestety wyjątkowo byłem odporny jakoś na wszystkie proszki i nie było poprawy.
W tym czasie udałem sie też na terapię poznawczo-behawioralną, ale po 3 wizytach psycholożka powiedziała, że nie ma mi nic więcej do powiedzenia o lękach i nerwicy niż ja sam wiem.

Jedynie plusem było to, że pomogła mi zrozumieć istotę lękowych myśli, czemu one przychodzą same, tak nagle, jakby znikąd.
Bo mimo, że wiele o tym czytałem nie mogłem pojąć skąd nagle przychodzą te mysli automatycznie.

Ale ogólnie wytykała mi, że nie stosuję tej wiedzy w życiu.
Przyznaję, że irytowała mnie ta jej pewność siebie, te wstawki, że co bym zrobił jak niektóre objawy by nie minęły (chodziło jej o akceptację)
Drażniła mnie wtedy i po 8 wizytach zakończyłem terapię.
Chociaż teraz wiem, że była to jedna z lepszych psycholożek bo jako jedyne łapała sprawę, że nawyki lękowe u osób, które trwały w nerwicy czy jakimś innym lęku nerwicowym jak np lęk społeczny, wymagają działań konkretnie na nie.
A nie tylko okręcaniu tematu przyczyn i przeszłości.

Zrezygnowałem też z tego, że faktycznie o lęku już nic mi nie mogła powiedzieć.

Głębokie przemyślenia :D

Ten okres brania leków i przebywania na zwolnieniu był okresem dalszego zawierzania wątpliwością ale też przemyśleń.
Był też okresem, który spowodował agorafobię, bo o ile jak pracowałem wychodziłem z domu to na zwolnieniu i lekach przestałem.
To spowodowało odzwyczajenie się od wychodzenia i potem pierwszy atak po wyjściu, spowodował, że każde wyjście to był problem, już na klatce schodowej były ponowne ataki i zwiększona depersonalizacja.

Trwały w sumie z rok takie zmagania, ale ogólnie moge powiedzieć, że odburzanie zaczeło się już własnie wtedy.
Choć może to dziwnie brzmieć bo przecież nadal byłem zakopany w lękach i depersonalizacji po uszy.

To jednak był to czas gdzie coraz bardziej docierało do mnie, że to nie psycholog mi może pomóc, nie psychiatra ani leki, że na forum ja już nic nowego nie usłyszę niż to co wiem.
Docierało do mnie, że faktycznie nie wyjdę z tego z czyjąś pomocą bo tu choruje mój stan emocjonalny a wpłynąć mogę na niego samemu.

Pamiętam nieciekawą minę dziewczyny, która przez ten cały czas mnie wspierała ale też już powoli miała dość, nie wątpie, nie na to przecież się pisała.
Nawet miałem od niej odejść bo nie sądziłem, że u mnie nastapi jakakolwiek poprawa.

Były też przemyślenia dotyczące tego żeby naprawdę skończyć ze sobą, uwolnić się od objawów i problemów a także innych od moim zmartwień.
I dzięki temu też zdawałem sobie coraz bardziej sprawę ze swojego idiotyzmu.
Słyszałem szyderczy śmiech zaburzenia lękowego, które spowodowało, że chciałem się zabijać dla spokoju, gdy przez cały ten czas bałem się irracjonalnych obaw lęku nerwicowego.
Kompletny paradoks.

Wtedy też docierało do mnie, że złoszczę się na siebie, że mi nie wychodzi to wszystko,.
Czułem, że jestem słaby skoro nie daję sobie rady ale to wszystko jest nieprawdą.
Przeniosłem całą złość z siebie na zaburzenie, chciałem teraz ja mu dokopać, a wiedziałem, że tu nic innego już nie zdziała jak działanie na stan emocjonalny.
Chociaż wtedy to nawet nie wiedziałem do końca co to kurna w ogóle ten stan jest, chociaż we wszystkich ksiązkach o tym pisali.
Ale ustaliłem, że to jest zawierzanie emocją, jak lęk, obawy, wapliwości, bez trzymania się logiki.
Logicznie myślimy, wiemy, tłumaczymy sobie ale przychodzi co do czego to nadal idziemy za emocją, obawą i watpliwością, brakuje logicznego ryzykowania mentalnego.

Chciałem to zmienić aby ciągle trzymać sie logiki, i wiedziałem, że bez akceptacji i mentalnego ryzykowania się nie powiedzie.
Wiedziałem, że dość już tylko uspokajania się, pora też zacząć działac w pełni.
A także zmienić postawę, bo do tej pory to wszystko cała ta wiedza była gówno warta bo bałem się lęku, ataków, dd, objawów.
I dlatego zacząłem chcieć je przeżywać, odczuwać, mieć.
Skończyłem z presją i czekaniem aż to minie, przestałem mówić, że chce się wyleczyć, skupiłem się na tym, że chce poprawić na początek jakościowo swoje życie.

Dlatego z postanowieniem trzymania się logiki, oraz poczuciem zagubienia, że mimo wszystko może potrzeba mi szukac konfliktu, zapytałem sam siebie co mi przeszkadza w tym obecnym momencie.


Co mnie blokuje, tu i teraz.

I zrobiłem spis, który na samym początku jasno mi powiedział, że obecnie największym problemem jest zawierzanie lękom nerwicowym, problemem jest strach przed lękiem, przed objawami, atakami paniki i to dało mi do zrozumienia, że tym jednak muszę zająć się jako pierwsze.

Potem dopisałem rzeczy takie jak:

- lęk społeczny, który jako nawyk bardzo ograniczał działania
- nieprawidłowe reakcje na krytykę
- ciągłe szukanie akceptacji i brak wartości własnej
- poczucie, że muszę wszystkim pomagać
- brak całkowity asertywności jakiejkolwiek
- wielka emocjonalność i reagowanie na wszystko emocjami
- nadwrażliwość na stres
- wrażliwość na złe wiadomości

Z taką lista powoli przygotowywałem się do odburzania i wierzcie mi, nie byłem pewien czy to na pewno ma sens oraz czy się uda ale motywowała mnie nienawiść do samego zaburzenia, już nie do siebie.
Oraz pojąłem mocno, że natura dała mi życia a ja totalnie go nie rozwijam bo lęk jest całkowitym zaprzeczeniem rozwoju w jakiejkolwiek postaci.
Wpływ na to miało zainteresowanie się kulturą wschodu, o tym też wspomnę w 2 części.

I tu w sumie pora rozpoczynac tą właśnie część - odburzenie, którą jak napisałem na początku, zapodam w okresie góra 2, 3 tygodni.
Chcę zauważyć że już to co ważne w odburzaniu napisałem w swoich innych wpisach i nie tylko ja. vademecum-leku-nerwic.html
Ale w tej drugiej części odniosę się do własnej historii.
I bardziej to posegreguję, ułożę w kolejności.

Zastrzeżenia
:D

Na koniec chcę zastrzec aby uniknąć nieporozumień, że mimo, iż ja nie odniosłem sie miło co do działaności psychiatrów i psychologów z którymi miałem przyjemność kontaktu, to nie opiniuje tutaj abyś nie korzystał ze specjalistów!
Wręcz przeciwnie, bo nie można wrzucać wszystkich do jednego worka z uwagi na złe własne doświadczenia.
A do tego ważny jest w przypadku zaburzeń lękowych kontakt certyfikowanym terapeutom.
Może być ważne też dla niektórych poznawanie przyczyn a także siebie samych dzięki temu.

Nie potrafię powiedzieć tobie też jak masz żyć ani jak się leczyć i ten wpis nie jest tego zamiarem.
Natomiast tym wpisem chce zwrócić twoją uwagę na to, że oprócz psychoterapii, leków, bardzo ważne jest zrozumienie istoty lęku, nerwic, myśli lękowych, zwrócić uwagę jak ważna jest nauka ignorowania, akceptacji oraz zmiany całkowicie postawy wobec objawów i lękowych myśli.

Przyczyny nerwic mogą być rozmaite, ludzkie historie także ale schematy samego lęku nerwicowego, jego powstawania i rozwijania się są zawsze takie same.

Dlatego ciesze się i bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy również o tym mówią, którzy poruszają kwestie zrozumienia tych stanów, zmiany podejścia oraz szereg pomocnych kwestii bardzo potrzebnych kiedy ciągle zawierzamy nerwicowej iluzji.

Jest to potrzebne zarówno tym, którzy mają lęki od jakiegoś czasu a także i tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z lękiem, w wypadku gdyby leki nie działały jak należy a psychoterapia się przeciągała ;)

Kolejna błedna teoria

Chce też od razu obalić teorię, która nawet podobnież widnieje w jakiejś psychologicznej książce, że czas odburzania równa się czasowi zaburzenia :)
Totalna bzdura. Ale o tym napiszę w części odburzenia bo już zaczynam przeciągać ;D

To moja historia, myśl jak ją czytasz! :D

Jedynie tylko jeszcze raz podkreślam, nie utożsamiajcie się tak bardzo z moją historią.
Nie chcę aby ona była powodem do dołowania się, że "boże ile on tego miał, co ja zrobię".
Pisałem o tym w kilku punktach.

Równie dobrze moje zaburzenie mogłoby się zacząć od okresu gdzie dostałem nerwicy lękowej i depersonalizacji i po tym początkowym okresie złego leczenia i nakręcania się czyli tego pierwszego roku mogłem spokojnie z posiadaną wiedzą odburzać się, jestem tego pewien.
Ale nie robiłem tego. To tylko moja wina.

To, że miałem jakieś zaburzenia w młodości to jakby inna sprawa na którą nie do końca miałem wpływ.

Więc jeśli ty w okresie wchodzenia w dorosłość lub później nabawiłeś się nerwic, lęku, może dd to maszeruj na terapię dla motywacji i być może jak trzeba z innych powodów ale zawsze pamiętaj o tym co radzi się jeżeli chodzi o traktowanie samego lęku.

Jeśli natomiast miałeś objawy jako dziecko, osoba młoda to także nic straconego, i to chce przekazać również w swojej historii i ogólnie wpisach.

A może jesteś tym młodzieniaszkiem, który ma już jakieś objawy to na terapię!
Oraz już teraz zacznij traktować lęk jako coś co nie musi cię ograniczać!

Do zobaczenia w drugiej cześci :D

Część druga rozpoczyna się poniżej w kolejnych postach.
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

26 listopada 2014, o 12:39

Część druga - odburzanie


Część wstawiana jest poszczególnymi fragmentami, jako osobne posty poniżej, bo po prostu wyjdzie więcej tekstu niż sądziłem. Jak na razie jest nie skończona więc będę co tydzień coś dodawał aż skończę całość i podsumuję to co było dla mnie podczas zaburzenia istotne.

Na początku chcę napisać i podkreślić ważną sprawę. Jak zaczynałem pisać tą drugą część chciałem aby przedstawiała ona typowo moje i typowo pod moją historie skierowane przemyślenia i następnie działania.
Przyzwyczajony jednak do odpisywania innym, napisałem to jednak widzę (stwierdziłem po przeczytaniu) prawie wszystko w tonie zwracania się do was. Czyli używałem słów "powinniście" "musicie" itp.
Nie jest to znowu jakimś problemem bo zawsze tak wyglądają moje wpisy.
Jednakże tutaj jest kwestia taka, że opisuję swoje przemyślenia i na przykład swoje opinie na temat leków czy psychoterapii albo specjalistów. Z uwagi na to, iż wiem, ze wiele osób bierze sobie do serca wszystko co piszę, proszę was abyście mieli na uwadze, to, że pisze o tym bo to była jakby momentami ewolucja MOICH przemyśleń :) I do takich wniosków doszedłem.
Proszę was abyście dlatego nie sugerowali się tym jak jakąś 100 % wyrocznią. To wszystko opisuję dla waszych przemyśleń, może ktoś tym się nakieruję w jakiejś części na jeszcze lepszą drogę.
Ale jeśli ty masz już zaplanowane własne leczenie, nie znaczy, że ono jest złe bo ja tak napisałem :)
Niechaj korzysta z tego ten kto chce i czuje, że mu to odpowiada.


1. START/ PEWIEN PRZYKŁAD, KTÓRY DAŁ MI DO MYŚLENIA



W zasadzie dobrze jest znać moje poprzednie wpisy victor-f83.html zanim odczytamy tą część drugą, bo chociaż tutaj wiele rzeczy będę powtarzał to też tego co tam zawarłem nie będę tutaj ponownie rozwlekał.
Chociaż i tak wszelkie najważniejsze elementy tu opiszę, to polecam znać również inne moje wcześniejsze wpisy aby mieć klarowność :D

Część o swoim odburzaniu myślę, że warto zacząć od jasnego stwierdzenia, że odburzenie zawdzięczam w dużej mierze logice. Trzymaniu się logiki.
Trzymanie się logiki, robienie logicznych założeń i konsekwentne trwanie przy tym pomimo szalejących emocji i objawów było w zasadzie punktem, bez którego moje odburzenie mogłoby się zwyczajnie nie udać.
Przy logice trwałem w trakcie wychodzenia z samych zaburzeń ale także układaniu życiowych spraw, czy też budowaniu asertywnego zachowania się wobec choćby bliskich mi osób.
Trwałem sumiennie w logicznych postanowieniach przy wyrabianiu nowych postaw wobec rzeczywistości.

Mimo tego, że zawsze byłem i jestem w sumie nadal bardzo emocjonalny, dość wrażliwy to wiem już doskonale, że reagowanie logiką przynosi prawdziwe i konkretne efekty.
Daje większą jakość życia i tym samym możesz przekazywać innym swoje wartości, nie będąc jednocześnie ograniczany przez nieprawidłowe reakcje i zaburzenia i dlatego tak ważne jest o to zadbać.

W sumie zanim przejdę dalej chciałem tutaj napisać o tym co przeczytałem kiedyś w świetnej według mnie książce o asertywności, o tym jak zmieniać nawyki z braku asertywności na asertywność.
Był to okres gdzie czytałem wiele książek a akurat ta o, której mówię była zapisana w pdf- ie i mimo przeszukania wszystkich dysków jakie mam nie mogę odnaleźć tej książki, i nie mogę podać ani autorki ani tytułu, bo zwyczajnie nie pamiętam.
W każdym razie mimo że książka ta dotyczyła asertywności, to jeden z opisów zmiany nawyku świetnie pasuje do wszelkich lęków, obaw i natręctw nerwicowych.
Więc proszę w tym odnaleźć swoje włąsne lęki i ograniczenia.
A także polecam gorąco czytać wszelkie książki o sposobach radzenia sobie z lękiem, asertywności itp., nie tylko te polecone przez kogoś.

Bo często w jednej z takich książek będzie jakiś opis, zdanie, które akurat komuś z was może przypaść do gustu i zmotywować.
Czytałem sporo poleconych psychologicznych książek przez kogoś i często w sumie nie wiedziałem czym ta osoba się zachwycała xd
Więc po prostu warto czytać dużo, zamiast o raku i chorobach to jest to naprawdę lepsza alternatywa ;)

A więc fragment tej książki, który dał mi do myślenia dotyczył zmiany nawyku braku asertywności w konkretnej sytuacji.
A dokładnie chodziło o kogoś kto ma np. problem z pójściem na rynek/bazar i odmówieniem nachalnemu sprzedawcy, który wciska jakiś swój towar.
I tutaj niektórzy mogą to rozumieć bo sami tak mają a niektórzy niech po prostu wczują się w to, bo cały ten opis doskonale oddaje to nasze szarpanie się z lękami i natręctwami, bo to też są po prostu nawyki.

I teraz tak, dana osoba ma już wbite w głowę, że idąc na zakupy, po drodze jest wielu sprzedawców, którzy nachalnie nagabują na kupno jakiegoś towaru, a jak odmawiasz są wręcz jakby urażeni.
Osoba, która ma brak asertywności może mieć problem bo ma taki już nawyk reakcji, że nie umie się sprzeciwić, bo sprzeciw wywołuje różne emocje, jak np. poczucie winy, lęk, niepewność bądź np. poczucie obserwowania.
I taka osoba często kupuje nawet niepotrzebny produkt dla świętego spokoju.
A często po czasie zaczyna unikać zakupów bądź chodzi okrężnymi drogami aby nie spotkać nachalnych sprzedawców.
I teraz taka osoba czyta i słyszy, że trzeba sobie radzić z czymś takim poprzez konfrontowanie się z takimi sytuacjami.
No to zaczyna ona tą konfrontację, nie unika zaczepiana przez sprzedawców odpowiada, że nie chce, że dziękuje i odchodzi.
Ale zwykle powoduje to wiele emocji i często po wielu próbach osoba stwierdza, że „nie da się” i zaczyna bać się lub odczuwać niechęć do samego konfrontowania.
Bo powoduje ono duże cierpienie emocjonalne, którego nie chcemy czuć tu i teraz za nic w świecie. Ale niestety... aby zmienić nawyki to odczuwanie emocji różnego rodzaju jest niezbędne ;)

Dlaczego natomiast konfrontacja tak często radzona nie zdała rezultatu?

Bo sama konfrontacja to część sukcesu. Jest potrzebna ale są też inne elementy o, których zapominamy.
Jednym z nich jest właśnie brak zrozumienia, że emocje, które pojawiają się przy zmianie nawyków są niezbędne, nie są złem ani objawem i nauka przyjęcia ich i praktyka przyzwalania na odczuwanie złej emocji jest bardzo potrzebna.
Ale drugi czynnik czemu konfrontacja nie dała rezultatu to chaos w głowie :)

Osoba, która postanowiła konfrontować się, rzeczywiście poszła na żywioł i podchodziła do sprzedawców i mimo nachalności odmawiała ale... od razu czuła wyrzuty sumienia, że odmawia, poczuła, że ten sprzedawca źle sobie pewnie o niej teraz myśli, poczuła się może nawet obserwowana przez innych.
To spowodowało emocję jak strach, niepokój, może lęk, potrzebę ucieczki z tego miejsca.
Więc mimo samej konfrontacji w głowie, sam chaos myślowy oraz strach przed emocjami jakie w wyniku tej konfrontacji się pojawiają, spowodowało, że nie udało się zmienić zachowania.

Do tego pojawiło się pocenie, czerwienienie, suchość w ustach, może poczucie odrealnienia itp.

I to jeden z częstych powodów czemu ludzie wchodzą na forum i piszą, no ale przecież chodzę wszędzie, robię wszystko...no ale co z tego jak w głowie same wątpliwości, ograniczenia i gonitwa obaw a także sam strach przed tym, że jak próbujemy to pojawiają się emocje a może nawet jakieś nowe lub nasilone objawy.
Ileż razy można przeczytać, “no tak ale jak tak robię to mam lęk”.

Więc co dalej?
Konfrontacja okey ale potrzeba także choćby akceptacji i przyzwolenia ;)
Tak, bez tego ani rusz :)
I tutaj często jest mylnie interpretowana akceptacja.
Wiele osób zaraz mnie pyta, to co mam akceptować, że jestem inny i mam tą sieczkę w głowie i, że taki już jestem?
Nie, nie w takiej formie, że jesteś chory i tak będzie.
Akceptacja jest potrzebna do czasu zmiany nawyku, obojętnie jakiego a wierz czy nie to wszelkie lęki nerwicowe, natręctwa to są po prostu po czasie wyuczone już nawyki.
Tak naprawdę ten nawyk kształtuję się już po pierwszym objawie, lęku,pierwszej myśli lękowej czy natrętnej czy natrętnej czynności.
Więc przede wszystkim trzeba zrozumieć sens tej akceptacji i tego przyzwolenia.

Wracając do wypadku opisywanego wyżej, osoba, która chce zmienić nawyk nieasertywnego zachowywania się, musi przede wszystkim zaakceptować i przyzwolić na sam fakt, że to nie będzie tak, że ona 3 razy spróbuje i wszelkie emocje związane z zmianą nawyku od razu przejdą.

Tak więc należy zaakceptować to, że to wymaga praktyki a co za tym idzie bez mała “na bank” przez dłuższy czas, przy próbach, będzie pojawiało się wiele emocji, jak strach i lęk bądź jakieś objawy i myśli.
To właśnie należy zaakceptować, że będziemy się źle czuli ale robimy to dla większego celu.
Jeżeli natomiast nie ma tej akceptacji, to zwyczajnie mamy ochotę unikać sytuacji, wycofywać się, ograniczać, bo jak nie będziemy to przyjdą objawy, emocje...
zupełnie jakby objawy czy emocje miały nam wytyczać co możemy a co nie.
Dopiero kiedy akceptujemy, a następnie przyzwalamy pojawiać się wręcz temu – i to w praktyce! - to przekonujemy się, iż to jest tego warte.... ale to dopiero po pewnym czasie.

I tu właśnie opiszę potrzebną drugą rzecz – cel a dokładnie właśnie trzymanie się logiki.
To jest mój powiedzmy autorski projekt, którego trzymałem się przez całe swoje tak zwane na forum odburzanie i poświęce temu później osobne szersze wyjasnienie.

Kiedy staramy się konfrontować, przełamywać, akceptować to mimo wszystko w głowie jest chaos myślowy, obawy itp.
I wtedy często gubimy cel z oczu, czemu w ogóle ja mam się tak męczyć?
Po to aby w tym wypadku sprzedawca nie sprzedał mi towaru?
Jasne, że nie!
Czemu narażamy się na te emocje, poczucie winy, poczucie, ze jesteśmy rzekomo (w naszej głowie) źli, że odmawiamy. Czemu narażamy się na większe czasem objawy? Czemu?!

Temu, żeby życie miało w końcu większa wartość.
Do czego doprowadza taki głupi nawyk nieasertywnego zachowywania się wobec nachalnego sprzedawcy?

Do tego, ze np. unikamy zakupów, czujemy się niekomfortowo na zakupach a co gorsza mamy przez to poczucie, że jesteśmy słabi, lub nie do końca wartościowi.
A to zapewne tylko jeden z nawyków określonego zachowania się.
Dlatego właśnie to robimy aby to zmienić, aby z naszym życiem szła wartość naszych poczynań.
A najwiekszą wartość wbrew pozorom dają poczynania wobec siebie, poprawa swoich zachowań, które nas blokują, które zabierają nam wolność działań i zachowań.

Podając to na naszym wczesniejszym przykładzie:

Jak pisałem wyżej akceptacja jest bardzo istotna.
Osoba z chęcią zmiany powinna o tym pamiętać.

Nasz człowiek z przykładu przed wyjściem na zakupy zapewne mysli o tym jak to będzie, czy znowu się źle poczuje, czy uda mu się uniknąć tych sprzedawców, którzy go tak denerwują?
Może nawet robi plan jak unikać tych stoisk z nimi...i takie to jest własnie życie w ograniczeniach ;)
Więc własnie dlatego warto trzymać się logicznego założenia, jakim będzie np.
To, że te wszystkie obawy, emocje jakie odczuwamy, strachy, lęki, są niczym w porównaniu wobec tego co możemy zyskać.
Więc własnie dlatego warto pocierpieć, warto się starać, warto chcieć zmiany.

Ja wychodząc z nerwicy (odnosząc się tu do przykładu) zamieniłem wizję strachu przed zmianą nawyku, strachu przed reakcją otoczenia, lęku przed złym wtedy samopoczuciem na wizję tego, że wręcz cały rynek/bazar może się ze mnie smiać do rozpuku.
Cały rynek może ryczeć ze śmiechu ze mnie, może miec mi za złe, że odmówiłem, może wskazywac na mnie paluchem, a ja jednak w tej wizji jestem z siebie dumny jak paw.
A czemu?
Bo odmówiłem, postawiłem na rozwój życia i swojej postawy, a to jest priorytetem najwazniejszym, bo opinia przemija, sytuacja takze, emocje także a postawa jest wyznacznikiem dalszego życia.
To jest własnie trzymanie się logiki przede wszystkim.

Mam nadzieje, że wielu z was zauważy w tym odnośniki nie tylko do asertywności ale ogólnie lęku, ataków paniki, natręctw itd.

A więc osoba z przykładu wychodząc akceptuje tym razem to, że zmiana tego nawyku nie jest prosta i prawdopodobnie wiązać się będzie z odczuwaniem róznych emocji a może i objawów.
Ale ma cel, jakim jest jej życie wolne od planów omijania sprzedawców, wolne od emocjonalnych ograniczeń, wolne od nawyku lęku, nawyku nieprawidłowego zachowania w jakie kiedyś z jakiś powodów wpadła.

Idąc na zakupy oczywiście mimo postanowień i akceptacji i przyzwolenia kłebią się myśli, świadomie wie przecież, że ma prawo odmówić ale świadomość swoje a nawyki i stan emocjonalny swoje.

Nie wie czy da radę, nie wie czy nie ucieknie, nie wie czy się nie załamie, nic nie wie.
Ale logicznie sobie przypomina, że to nie to co teraz czuje jest istotne dla całości ale to co może zmienić, to jest własnie ten logiczny cel, to jest wybór priorytetu, co się tak naprawde liczy.

Więc podchodzi do sprzedawców, kupuje i nagle trafił się nachalny sprzedawca.
Od razu, nawet nie pytając pakuje do torby zakupy, przywyknięty, że ta osoba nie odmawia.
Ale tym razem nagle ta osoba mówi, “nie dziekuję nie jest to mi dziś potrzebne” i odchodzi.
Jak się czuje taka osoba?
Na pewno obserwowana, w głowie kotłują się myśli czy patrzą na niego, czy go oceniają, czuje sie niekomfortowo, źle, najchętniej by uciekł.
Znowu pojawiają sie wątpliwości czy to w ogóle możliwe.
Odczuwa gorąco na ciele, poci się, serce mu wali.
Ale ma przed oczami cel, przypomina sobie choćby na siłę o nim.
A mimo to, że akceptował, konfrontował to mimo to powstaje u niego chaos myślowy, który nakreca to wszystko.
Taka osoba jest zdenerwowana, w strachu więc wiadomo, że myśli są porypane i atakują jak się tylko da.
A jeśli chodzi o mysli to po pierwsze zrozumienie.
Zrozumienie tego, że w takim stanie nie będa one przyjazne ani fajne :)
Będą zawsze okropne, straszace i nakręcające.

Ale to my możemy zdecydować po tym jak to sobie uświadomimy, że nie musimy pozwalać aby myśli królowały nad naszym zachowaniem.
Bowiem myśli możemy ignorować.
Ignorowanie jest mozliwe na wszelkie sposoby, od racjonalizowania, po wysmiewanie aż do nucenia pod nosem, co kto woli.
(warto zobaczyć ten temat i pozostałe tematy z linków zawartych w nim lekowy-chochlik-myslowy-t5055.html)

Chodzi nie o to aby uciekac od myśli na siłę, tylko zbywac te, które przeszkadzają nam w zmianie nawyku, osiągnięcia celu.
A jeśli osobie z przykładu podczas odmowy przychodzą myśli, że jest niegodziwa, że odmawia, że sprzedawca źle o niej pomyśli itp. To mysli te nie są prawdą obiektywną, bo wynikają z błędnych przekonań z uwagi na nawyk i lęk.
Często sa irracjonalne a nawet jeśli sprzedawca miałby tak pomyślec, to nie ma do tego on prawa!
To jego problem, że nie potrafi być on asertywny a nie nasz.

A zawierzanie takim myśla, skupianie przez całe zakupy uwagi tylko na nich powoduje, że wzniecamy swój niepokój i pozwalamy aby nasza podświadomośc ciągle kodowała, że robimy źle odmawiając, bo stan emocjonalny szaleje, wedle znanego sobie schematu.

Dlatego tez jak ta osoba odmawia, odchodzi dalej i chaos myślowy nasila się potrzeba jej aby jej uwaga nie kierowała cała się na te myśli.
A więc najpierw może sobie je zracjonalizować, przypomniec cel,
“mam prawo odmówić, to że ten człowiek tego nie rozumie to znaczy, że jest on pozbawiony jakiegokolwiek rozwoju własnego, do tego jemu chodzi tylko o niego samego i o jego “dupsko”.
Racjonalizowanie nie powinno trwać cały dzień ;) Tylko być krótkie, dosadne, przypominające cel po co to robimy i dlaczego.

Ale to jak zawsze nie wystarcza aby do siebie pogadać, choć może wystarczyć bo to zależy od danej osoby ale przede wszystkim przypominanie celu i racjonalizowanie jest dośc istotnym elementem, który dobrze co jakiś czas wprowadzac jak wywamy na nasze emocje/lęk.

Ale osoba z przykładu, po odmowie nadal czuje się niepewnie, nadal przychodzą różne myśli, wtedy też może stosować rozmaite zamienniki myśli nazwijmy to “niemiłych”.
Jak nie może o czymś myślec, może myslec o czymś innym co jest bardzo pomocne, bo stosując różne praktyki ignorujące niechciane i nakrecające myśli, trzeba pamietac o czymś takim jak świadoma uwaga.

Świadoma uwaga podczas tego typu akcji kieruje się na nas, jak idziemy, jak oddychamy, jak bije serce, jak się zachowuję, jaką mam mimikę itp. Myśli potegują to.
Więc kiedy np myśli niechciane ignorujemy np mysląc o czymś innym niech i nasza uwaga kieruje się na co inne.
Osoba, która odmówiła i odeszła od stoiska sprzedawcy np. racjonalizuje swoją postawę i decyzję, ale mysli dalej atakują, to wtedy stara się ignorować je np. myśląc na inny temat, wtedy najlepiej jak i uwaga kieruje sie na np dalszych zakupach, czy na oglądaniu innych towarów na rynku itp.

Co do myśli można stosować np zamiane wizualizacyjną, rozbijamy-lek-zamiana-wizualizacyjna-t3413.html wyobrażając sobie sprzedawce jak wielkiego ropucha, który próbuje wcisnąc gówniany towar napychając swoje kieszenie złotem.
Obojętnie w jaki sposób będziesz ignorował myśli, możesz je osmieszać, mówiąc, ze grubas twoim kosztem chciał się wzbogacić a ty naiwniaku się martwisz.
Kazdy taki zabieg ma na celu po prostu wybicie się, ze złego myslenia, które nie pozwala nam skierować uwagi na inne rzeczy, na świat dookoła, nie pozwala nam przekonac podświadomości, że naprawde mamy prawo odmówić.

Po odmowie oprócz chaosu myślowego pojawiają się emocje.
Jak np. poczucie winy, niepokój, lęk.
Na samym początku pisałem, ze nie da się zmienić nawyków pewnych nieprawidłowych reakcji, nawyków lękowych bez odczuwania emocji. Bowiem to jest pewne, że emocje będą.
Ale emocję można a nawet trzeba w takich okolicznościach ignorować.
Heh wydaje się to mało prawdopodobne, co? ;)

To zwizualizuję ci to na podstawie emocji wściekłości.
Wyobraź sobie, że ktoś cię mega zdenerwował, do mega złości.
Zwykle się wybucha wtedy, krzyczy, macha rękoma itd. ale czy naprawdę odczuwając tą silną złość trzeba to zrobić?
Czy można z tą emocją przesiedzieć i przeczekac aż minie? Można.
Powiesz no ale to trudne...no ale przypominam ci o celu :) czyli zmianie własnych ograniczeń z uwagi na zaburzenia kóre przyszły czy z uwagi na jakieś nawyki nieprawidłowych zachowań.

Z uwagi na te zmiany więc mogą pojawić się różne emocje, ale one miną, pamietaj o tym, przypominaj sobie o tym.
Mogą nasilić się lub przyjść objawy, one też miną po czasie nie nadawania im uwagi.
Także o tym pamietaj.

A więc nasz rynkowy kupiec akceptując i przyzywalając, że MOŻE być cięzko, odmówił, poczuł niepewnosć, lęk, doznał chaosu myślowego.
Trzymał się jednak celu, przypomiinał o nim, działał na lękowe myśli ignorując te, które zasłaniały mu cel.
Robił zakupy dalej, poczucie winy zaakceptował, przyzwolił na emocje, uwage kierował na inne zakupy, na plany na cały dzień.
Wrócił do domu i jeszcze zapewne przez cały dzien oraz przy każdej następnej okazji męczyło go poczucie winy, "czy aby na pewno dobrze robi?" ;)

Ale w domu zajmował się obiadem, grał w gry, wychodził do znajomych, ignorował poczucie winy przypominając sobie, po co to robi.

Czy takie coś może zmienić nawyk, naszą postawę?

Tak. Jeśli sumiennie to robimy a nie po 7 dniach odpuszczamy bo “się nie da” to logiczne założenie wchodzi w krew.
Po raz np.500 setny już nie będziemy zwykle musieli pamiętac o logicznym założeniu bo ono już samo będzie nasza reakcją, nie będziemu musieli pamiętac o akceptacji bo i ona nam wejdzie w krew, skoro to 500 razy nic się złego nie wydarzyło.

Zajmowanie się zakupami, skupianie uwagi na czyms innym niż my i nasze nieciekawe myśli wchodzi w krew, przy praktyce wchodzi to w krew, tak samo jak wczesniej weszła ci w krew zła reakcja.
Wiele z tego dzieje się automatycznie ale ty pełnisz przy tym główną rolę, wytrwale próbując i w pełni przyzwalajac na to wszystko.
Twoja nowa postawa kształtuje się sama, za pomocą twoich poczynań.

Zasada jest generalnie prosta, jeśli np “nie umiem się nie przejmować innymi” to zacznij w końcu się nie przejmować, trzymając się logicznego celu i traktując brak tej umiejętności, emocje i innych ludzi jako coś pobocznego, a mozliwość poprawy jako główny cel.
Pamiętając o akceptacji, przyzwoleniu i działaniu na nakręcające myśli.
A z czasem nagle zobaczysz, że “naumiałem się nie przejmować”.
Reakcja wbiła sie w ciebie, jest twoja.

I to bez względu na przyczynę.

Ktoś może zapytać czy osoba z przykładu miała też inne nawyki, może i tak ale często jest tak, że jak trzymamy się tych powyższych zasad i zmieniamy nawyki, lękowe reakcje to i w innych przypadkach zaczynamy sobie radzić, bo zasady i schematy są takie same.

A do tego osoba z przykładu, która przy wielu próbach powoli doszła do pierwszych efektów, nagle zdaje sobie sprawę z własnej wartości jako człowieka. Samoocena także rośnie.
Bo nagle widzi, że może nie martwić się tym, co myśli sprzedawca i inni ludzie, bo ten cel, którego sie trzymała, przybliżył się i jest on o wiele więcej warty niż te wszystkie opinie innych.
Widzi, że potrafi to po prostu już automatycznie olać bo zdała sobie sprawę naocznie, że są rzeczy wazniejsze, cele wazniejsze, że jej życie się stało pełniejsze i rozumie, że w końcu dobrze wybrała priorytet.
Rozumie też, że słuchanie tylko emocji i kierowanie się nimi, to nie jest dobry wybór i przede wszystkim dużo mniej efektowny.

Mam nadzieję, że dojrzycie w tym zbieżność z wszelkimi zaburzeniami lękowymi.
I tak, tu też chodzi o osoby co odczuwają ciągle lęk, natrętne mysli i objawy.

To co wtedy przeczytałem o tej asertywności nie brzmiało dokładnie tak, trochę to poszerzyłem aby bardziej oddawało konkretność sprawy jeśli chodzi o nerwice.
Ale ogólnie jakoś wtedy dotarło do mnie, że to wszystko jest takim nawykiem, że ta postawa moja ukształtowała się od momentu pierwszych objawów.

Często potrzebujemy doglądać te nasze reakcje, te nakręcające myśli, bodźce, objawy.
Czasem mamy trudności, bo łatwo sie czyta i rozumie ale trudniej o tym pamiętać w chwili, ze tak powiem próby.
Dlatego też warto korzystać z motywatora jakim może być choćby terapia poznawczo – behawioralna.
Można co tydzien omówić z terapeutą plan, mysli, objawy, motywowac się co tydzeń.
Ale pamiętaj, ze to 20 % wkładu jest terapii, 80 % to twoje sumienne działanie.


Zmiana nawyków w 21 dni?


Chce jeszcze tutaj napisać coś o nawykach.
Niektórzy czytając książki, porady, rozmaitych osób zajmujących się treningiem osobistym, rozwojem własnym widzą, ze mówi się, iż nawyk można spokojnie zmienić w ciągu 21 dni.
Denerwują się więc czemu nawyki lękowe nie zmieniają się tak szybko u nich.

Osoby, które zajmują sie rozwojem osobistym mogą miec rację ale zwykle nie znają się oni na zaburzeniach lękowych.
Zmiana nawyku, która dotyczy życiowych czynności może i jest mozliwa na bank w takim czasie.
Ale co innego jak mamy doczynienia z nawykami gdzie istnieje lęk, i ogólnie silne emocje.
Wówczas logicznym jest, że czas takich zmian może byc dłuższy.
Więc te 21 dni nie traktujmy w takim wypadku jak wyroczni bo to trochę dotyczy innego rodzaju nawyków.

To był taki w zasadzie wstęp :D jakoś tak mnie własnie to co czytałem o tej asertywności dało do myślenia, więc może i komuś z was da.

A teraz niżej zacznę odnosić te zasady do swojej historii i tego jak własnie za pomocą tej podstawy, odmieniłem swoje położenie.
Bo w zasadzie to co opisałem wyżej zastosowałem do każdego rodzaju zaburzenia jakie miałem a także do problemów z wartością siebie czy problemami z akceptacją,


TRAKTUJ OBJAWY I MYŚLI Z SZERSZEJ PERSPEKTYWY.


Chodzi o to, że często przy zaburzeniach mamy wiele objawów, i po początkowym zwykle burzliwym okresie nakręcania i wątpliwości przychodzi w końcu okres stabilizacji tego pierwszego etapu.
Wtedy niektórzy mimo poszerzania wiedzy, czują, że muszą zajmować się każdym objawem czy myślą jaką mają osobno.
Niektórzy pytają a co z potykaniem serca? Co z dusznościami? A za jakiś czas co z bólem głowy uciskowym? Co z myślą agresywną? Co...itd
To nie objawy sa tak naprawdę istotne, choć to oczywiste, że odczuwamy je i cierpimy więc o nich mówimy i o nie pytamy.

Ale zadawanie pytan ciągle o objawy stare, lub nowe, jakieś dziwne myśli, lękowe/natrętne, lub chodzenie do lekarzy robienie badań jest na początku w sumie potrzebne.
Jednak z czasem powinnismy zrozumieć, że to wszystko ma na celu uspokajanie się i zwykle nie prowadzi do odburzenia.

Bo od poczatku pierwszych objawów, wpadliśmy w nawyk analizowania stanu zdrowia, doszukiwania się w sygnałach płynacych z ciała, często naturalnych, zagrożenia, chorób, zwariowania, smierci itd
Doszukiwania się w myślach wynikających ze stanu zagrożenia, również wariowania, popadania w szaleństwo itp.
Więc odburzanie powinno powodowac cofnięcie sie krok do tyłu i spojrzenie na te poszczególne objawy i myśli jako na - całość naszego zaburzenia, tego co ono z nami robi.
A na każdą myśl, lęk, objaw stosować właśnie podstawę o której piszemy wkoło na forum, o której też pisałem wyżej i którą niżej ponownie rozwinę.

Poniżej w kolejnym poście - w końcu także logika w nerwicy ;)
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

26 listopada 2014, o 12:41

2. LOGIKA, CEL, UŁATWIENIEM “SPRAWDZANIA NERWICY”


Logika była jak pisałem wcześniej dla mnie bardzo istotną sprawą.
I nie chodzi mi tu o logiczne racjonalizowanie myśli czy objawów, choć to jest także ważne ale to zwykle każdy z nas robi automatycznie.
Czyli mamy odrealnienie to boimy się się schizofrenii i tłumaczymy sobie logicznie, że to nam nie zagraża bo byliśmy u psychiatry i zaprzeczył, ze mamy ją.
Czytalismy forum i rzeczywiście schizofrenia to co innego.
Takie racjonalizowanie rozumne jest potrzebne jednak zwykle jak to sami wiemy czasowe.
Czyli pomaga na chwilę bo za jakiś czas, czujemy nadal objaw a nie stosujemy akceptacji i zrozumienia, że niestety objaw jeszcze będzie jakiś czas, przychodzi znowu jakaś lękowa myśl , my nie potrafimy jeszcze jej ignorować i...
racjonalizowanie się kończy a w zasadzie rozpoczyna na nowo :) w tym samym złym stylu bo brak akceptacji, itd itd

Mówiąc tu o logice mam na myśli logiczną konsekwencję, trzymanie się logicznych założeń.
Bo w końcu trzeba powiedzieć sobie jasno, emocje nie mogą nami rządzić.
A właśnie dlatego racjonalizowanie działa tylko chwilę, bo za moment ulegamy emocji lęku i strachu.

To o czym mówię postaram się zobrazować na prostym przykładzie, który co prawda nie oddaje powagi mocnego lęku w jakim znajduje się człowiek z nerwicą, ale jest pokazem logicznej sumienności mimo emocji.

Wyobraźmy sobie 8 letnią dziewczynkę, może to być siostra, córka, która stoi ze splecionymi warkoczami i pyta nas niewinnym głosikiem czy może zjeść lizaka.
Jest przed obiadem a do tego nie wolno jej jeśc aż tyle słodyczy więc odmawiasz.
Ale dziewczynka prosi i prosi, popiskuje, prawie płacze, tak bardzo chce lizaka.
Trochę zaczynasz mięknąć i ci się jej szkoda robi ale upierasz się przy swoim, dziewczynka zaczyna popłakiwać, być obrażoną.
A ty ja tak mocno kochasz, że zaczynasz odczuwać poczucie winy, smutek, bardzo łatwo byłoby dać jej tego lizaka i odpędzić złe emocje.
Ale mimo wszystko trwasz przy swoim i nie dajesz jej słodycza, bo nie zje obiadu, a do tego je słodyczy za wiele. Nie i kropka. To dla jej dobra.

I to jest właśnie trzymanie się logiki pomimo emocji, co daje konkretny efekt na przyszłość.
Taka sytuacja często zachodzi w normalnym zyciu :) Wiele osób ulega emocji, prośbą i da cukierka.
Osoba z przykładu nie dała trzymając się logicznego postanowienia, “że nie da” a motywowało ją pamiętanie o efekcie.
Czyli zdrowie dziewczynki, ograniczenie słodyczy, zjedzenie pełnowartościowego posiłku jest efektem co najmniej dobrym.

Jaki to ma związek z nerwicą? I czy naprawdę ma?


Ma, u mnie w mojej historii miał i to nie tylko z nerwicą ale moim życiem.

Jednymi z głównych elementów dla których trwa nerwica są wątpliwości i obawy.

Wymienię teraz swoje przykładowe obawy jakie miałem w trakcie zaburzenia lękowego

obawa, że:

zaraz zwariuję
już zwariowałem i o tym nie wiem
choruje na jakąś tajemniczą chorobę psychiczną
choruję na jakąś cięzką chorobe fizyczną (rak, sm, padaczka, jakaś nieodkryta choroba neurologiczna, bolerioza)
wpadnę w depresje i popelnię samobójstwo
skoczę z okna bo oszaleje lub rzuce sie pod jadący samochód
oszalje i strace kontakt z rzeczywistoscia
urwie mi sie film i nie bede poznawal bliskich
strace pamiec calkowicie i bede roslina
zawale całe życie na siedzeniu w domu I agorafobii
skoncze w szpitali psychiatrycznym
zabije bliskich jak strace calkiem rozum
jestem opetany albo cos mnie chce opetac
nie wykonywanie natrectw ruchowych sprowadzi na mnie rozne kary
zemdleje
strace swiadomosc przy ludziach i będzie wstyd
skompromituje sie przed innymi, wysmieja mnie, skrytykują


To są takie wybrane niektóre obawy jakie miałem.

Co z tymi obawami?

Ano to, że prawie zawsze przy wszelkich nerwicach mimo stosowania różnych strategii radzenia sobie z lękami, terapii, medytacji i innych rozmaitych technik dochodzi do momentu gdzie któraś z obaw wyjątkowo mocno się uparła :)
Czasem jedna z obaw, czasem dwie, czasem kilka naraz a czasem jedna odchodzi a druga przychodzi.

I taka obawa potrafi postawić nas w jednym punkcie.
Mimo, że próbujemy akceptować, ignorować, to strach przed tą obawą jest tak wielki, że nie pozwala iść dalej.

Przykładowo miałem objawy obcości względem samego siebie, bałem się przez to schizofrenii. Mimo, że mówiłem “przecież akceptuję a to nie znika” ciągle z tyłu głowy miałem strach, że to schizofrenia, co powodowało, że ciągle szukałem potwierdzeń, że tak nie jest.
Wsłuchiwałem się czy to co mówię jest poprawne, doszukiwałem czy nic nie widzę itd.

Sam sobie tym powodowałem mnóstwo myśli lękowych oraz przedłużałem stan lękowy.
Do tego racjonalizowanie, że to nie schizofrenia pomagało na chwilę.

Takich przykładów można by wymienić z każdą obawą, strach przed nią – myśli o niej – wątpliwości, - utwierdzanie się – szukanie ewentualnych przyczyn (nakręcanie się) – przedłużanie stanu lękowego - analizowanie myślenia lękowego i co gorsza próby wyjasnienia natrętnych mysli racjonalnymi argumentami.

Więc co robić jak, któraś z obaw tak męczy a my nie możemy logicznie przetłumaczyć, że nic nam nie grozi?

Wielu z zaburzeniami lękowymi czytało zapewne blog Grzegorza Szaffera, on tam podaje, że na te wszystkie wartości dobrze jest zastosować zasadę, “poddaj swój skarb”.
Czyli krótko mówiąc zaakceptować, że coś może nam się w życiu może wydarzyć ale nie teraz od nerwicy.
I ma rację.
Ja tematykę ta samą podjąłem w tym temacie ryzykowanie-istota-nerwicy-dystans-lecz ... t4106.html
oraz także tym podsumowanie-leczenia-plus-nowy-wazny-e ... t3862.html

Pamiętam jak dziś, że kiedy czytałem te słowa Grzegorza z wydrukowanych stron jego bloga, rzuciłem je mówiąc:
“gdyby to było takie proste to bym nerwicy nie miał”
:)

Sam też setki razy czytałem później i czytam nieraz do dziś takie słowa zaburzonych skierowane do mnie.
I to jest zrozumiałe, bo naprawdę trudno jest pogodzić się z utrata tych wszelakich wartości jakie atakuje nerwica.
Mimo, że to jest pozorne pogodzenie bo w nerwicy realnie nic się nie traci.

Co więc zrobiłem?

Zrozumiałem, że nie robię sobie nic z tego, że znam doskonale mechanizmy nerwicy.

Dlatego też uważam, że zanim zaczniemy pracę nad lękami dobrze jest poznać samą nerwicę, reakcję walcz bądź uciekaj, zrozumieć czemu myśli lękowe pojawiają się nagle,
i czemu w ogóle sie pojawiają.
Po prostu trzeba to zrozumieć a o tym piszę w innych tematach, z tego spisu można do nich dotrzeć:
victor-f83.html

a także mówimy o tym w nagraniach tworzonych razem z Divinem, głównie sezon pierwszy jest wyjaśnianiem zaburzeń lękowych:
sezon-i-f89.html

etap-1-istota-leku-t4245.html

Trzeba także przyjąc do wiadomości, iż mimo, że stan lękowy pojawił się z uwagi na jakąś przyczynę, po krótkim czasie staje się odrębnym problemem od przyczyny.
Czyli ten napędzający się mechanizm nerwicowy ma swoje własne życie, bo zwykle nie puszczamy kontroli nad obawami i lękiem, że jednak się coś stanie jak to zrobimy.

Znajomość mechanizmu sama w sobie oczywiście nie jest gwarantem wyjścia z zaburzenia.
Często sam mówiłem:
znam te wszystkie mechanizny, czemu więc to nie mija?

Wiedza jest przede wszystkim gwarantem posiadania świadomości o tym co nam się dzieje i dzięki temu można zacząć nerwicę traktować inaczej.

A mianowicie chodzi o postrzeganie samej nerwicy i tych wszystkich obaw jakie z niej płyną.
Do pewnego okresu traktowałem to wszystko bardzo realnie, no bo przeciez takie silne objawy...takie lęki, tak chore myśli to mogą być tylko związane z czymś strasznym.
I to jest własnie to życie w iluzji nerwicowej.

Czyli traktowanie mechanizmu nerwicowego, lękowego koła jako ostatecznej rzeczywistości.
Jako czegoś co jest chorobą, czegoś co wręcz teraz identyfikuje ciebie.

I to jest problem, bo nie potrafimy stanąć z boku i spojrzeć na to co się dzieje, na to kim jesteśmy my a czym jest samo zaburzenie.
Wydaje się nam i mnie także się wydawało, że jestem usprawiedliwiony, że nerwicę postrzegam jako tą ostateczność, jako chorobę, coś z czym muszę koniecznie walczyć, co mnie pochłonęło całkiem.
No bo przecież obawy choćby, które wymieniłem powyżej dotyczą dużych wartości mojego życia, objawy są tak mocne, że ledwo można normalnie funkcjonować.
Czułem się jakbym miał prawo mówić, że nie dam rady bo to jest za trudne.

Otóż nie miałem prawa bo po prostu błąd leżał w podstawie interpretacji tego wszystkiego jako czegoś co mnie i moje życie zdławiło calkiem.
Ciągle mówiłem, ja się źle czuję, ja choruję, ja nie mogę wyjść z domu, ja mam tak straszne myśli.
Przez to zaburzenie stało się moją codziennością a ja sam stałem się najbardziej “chorym” człowiekiem świata.
Jak to Divin by powiedział - ja sam byłem zaburzeniem.

Dlatego też pojęcie “mechanizm nerwicy” pomógł mi wyobrazić sobie sytuację gdzie ja faktycznie, cierpię - no bo tego nie da się ukryć, że nerwica to ogromne cierpienie ale jednak całość zaburzenia to jest coś obok mnie, co mnie złapało w kleszcze lęku ale mnie tak naprawdę mimo wszystko nie identyfikuje.

Tak więc zapominając o poszczególnych objawach, myślach, lękach, obawach potraktowałem ( W KOŃCU) zaburzenie jako całość i zarazem coś obcego.

Mimo, że podstawa na jakim nasza nerwica wzrosła to naturalne stany organizmu, to całość koła lękowego, jak te wszystkie analizy, sprawdzania, myśli, objawy i obawy są to efekty samego mechanizmu nerwicowego, są one wręcz śmieszne jak staniemy z boku i na to spojrzymy.

No ale oczywiście nie byłoby nerwicy gdyby zaraz nas jakaś myśl nie zapytała,
“a skąd ja mam wiedzieć czy te objawy, obawy, chore myśli to na pewno nie prawda?”

Stąd, że mówiąc dosadnie nie ma choroby fizycznej ciężkiej, która by charakteryzowała się tak dużą zmiennością objawów, a nie została wykryta przy prostych i podstawowych badaniach.
Ludzie boją się raka, wielu chorób fizycznych, gdzie niemożliwością jest aby była to prawda, bo zwyczajnie (przy takiej zmienności i nasileniu objawów w nerwicy!) musiałby to być tak zaawansowany stan, że z bólu chory nie mógłby podejrzewam stać na nogach.

Od lęku nerwicowego nie da się również oszaleć ani dostać choroby psychicznej.
Bo organizm taki lęk traktuje jako dosłownie szybki bieg przez ciemny las, jest ciągle nastawiony na zagrożenie, wystraszony ale co ma piernik do wiatraka?
To są stany wystraszonych emocji, które jak się przedłużają powodują brak siły, smutek, apatię i tylko tyle.

Wielu z was ma tak wiele myśli, o zabijaniu się, zabijaniu kogoś, i często także popełniają błąd, mówiąc, że nie wiem czy to na pewno nie moje myśli i tego nie zrobię.
Zapominając, że tydzień temu mieli myśli o czymś innym, zapominając, że mają wiele objawów fizycznych lub mieli wcześniej.
Nie chcą z uwagi na kierowanie się strachem zobaczyć tego, że ich obraz z boku wygląda jak typowe wszelkie nerwice.

O ile na początku każdy jest usprawiedliwiony w nakręcaniu się, cała reszta osób nie jest.
I to właśnie samemu trzeba sobie uświadomić i przyznać się do tego.
Każdy wie w środku, że ten ich obraz objawów, myśli jest - czy był także wcześniej - tak zróżnicowany, że dobrze widzą, że to jest nerwica ale ulegają strachom i wątpliwością.

I też nie chcę tutaj teraz już dawać wam dowodów na to, że to jest tylko nerwica, wśanie te wasze myśli, te wasze objawy - bo to jest tylko uspokajaniem się, a ja uspokajaniem się nie odburzyłem :)

Dowodem, że to jest nerwica jest choćby forum, przejrzyj z 10 tematów i zobacz podobieństwa.
Poczytaj artykuły do tego i dojrzyj schemat. Wiem, że go widzisz ale nie dowierzasz przez lęk.
A to właśnie, ten lęk, trzeba odburzać a nie tylko uspokajać!

Spakuj wszystko! :)

Tak więc zamiast wymieniać poszczególne objawy codziennie i je sprawdzać, spakujcie je wszystkie razem z myślami i obawami w jeden wielki karton, i napiszcie na nim
“nerwica -zaburzenie.”
Traktujcie to jako całość. Ja w końcu tak właśnie zrobiłem, to jest bardzo istotne.

Samą nerwicę jako cały mechanizm nerwicowy, możecie sobie wyobrazić jako bandę małych chochlików, jednego z nich już opisałem lekowy-chochlik-myslowy-t5055.html
Każdy chochlik ma zadanie, każdy jest od czegoś innego np. myśli - obawy, objawy, emocje.

Współgrają ze sobą ale zauważ przede wszystkim to, że ONI stoją zaraz obok ciebie i szepczą złośliwie. Nie są tobą ani w tobie, są czymś jakby zewnętrznym, czyś co nie ma na ciebie wpływu realnego.
Ma wpływ na emocję, myśli, objawy ciała i psychiki ale nie ma wpływu na realność, na twoje działania ani zdrowie.
Bo ty zachowujesz mimo wszystko pełną świadomość i pełną kontrolę no ale....
gadaniem takim jak to ;) dowodu sobie nie dasz na to, dlatego czasem trzeba nerwicę sprawdzić ;)

Dlaczego w ogóle zmiana nastawienia co do samej nerwicy jest tak istotna?


No bo jeżeli uznajesz nerwicę za swoją chorobę, uznajesz, że to ty chorujesz to trudniej podjąć ci to o czym mówi Grzegorz Szaffer i mówię choćby ja czy Divson czy ktokolwiek, kto wyszedł z zaburzeń lękowych.
Bo wtedy trudniej poddać ci skarb, trudniej podjąć sprawdzenie nerwicy co może naprawdę, trudno ci ignorować obawy niereaktywnością
taka-moja-rada-niereaktywnosc-t3417.html

Bo jak pisałem na początku prawie każdy z nerwicą, ma obawę czy obawy, które często blokują posuwanie się naprzód, bo stale straszą.
Ileż razy można czytać, “niby wiem to wszystko ale nie umiem puścić kontroli do końca, bo boje się, że coś mi jednak się stanie”.
I na tym właśnie opiera się nerwica. A konkretnie jej uparta trwałość.
I właśnie dlatego pora aby zacząć być upartym w drugą stronę, konsekwentnym logicznie.

Jak pisałem trochę wcześniej choćby o swojej obawie, że mam lub dostanę schizofrenii.
Powracała męczyła, mimo, że tłumaczyłem sobie, czytałem fora, chodziłem do psychiatry, nie miałem już nawet co wyjaśniać ;) ale ciągle w głowie siedziało:

“a jeśli, a jednak może dopiero zachorujesz, a co jeżeli” I tym podobne zwroty.

W swoich tematach często piszę, że zacząłem obawom odpowiadać w stylu
“no to zachoruję!, dawaj nerwiczko pokaż co potrafisz”

Niektórzy rozumieli czemu tak robiłem, wielu jednak z przerażeniem stwierdzało, iż to niemożliwe tak zrobić, bo jeszcze im się coś naprawdę stanie (to jest właśnie ta blokująca obawa) lub niemożliwe bo lęk wtedy wzrasta.
(Ten lęk jest odpowiednikiem poczucia winy, czyli emocją, która pojawia się jak zmieniamy swoją postawę, jak trwamy przy swojej logice aby uzyskać konkretny efekt, jak choćby w sytuacji lizaka czy pierwszej opowiastki o zmianie nieasertynwego zachowywania się).

Bo te osoby właśnie nadal mają złe rozumienie nerwicy, ciągle uważają siebie za chorych, bez możliwości zmiany swojego zaburzonego stanu.
Uważają, że nerwica to oni.

Dlatego właśnie choćby tak pomocne jest najpierw zrozumienie mechanizmów nerwicy, dojrzenie schematów nerwicowych, (czytanie wpisów na forum, książek o lęku, terapia poznawcza)
oraz zrozumienie i wyobrażenie sobie nerwicy jako czegoś zewnętrznego, co wpływa na nas ale może tylko wpływać w sposób ograniczony, strasząc nas, dając objawy i myśli ale nic po za tym.
Czyli choćby te chochliki o których pisałem wyżej.

I to jest fakt! Ty notuj to i czytaj dokładnie! Ja nie pisze tego po to abyś to przeleciał wzrokiem.
Jestem osobą, która
“jak mówi to mówi, a jak mówi to wie”

:DD

A teraz jeszcze drążąc temat co tak naprawdę choruje zadam ci pytania.

Czy kiedykolwiek w swojej nerwicy czułeś cokolwiek z tego co wymienię a może kilka naraz:

wielki lęk, niepokój, rozdrażnienie, poczucie zagrożenia, potrzebę ucieczki, poczucie bycia na krawędzi, wahania nastroju, poczucie apatii i depresji, wrażenie, że coś ci się stanie, że juz się pewnie stało, wrażenie, że włos dzieli cię od mega nieszczęścia, smutek, żal, nieszczęście, strach o coś.

? Czułeś i czujesz którykolwiek z tych emocji i wrażeń?

A teraz inne pytanie:

czy kiedykolwiek w trakcie twojego zaburzenia, doszło do (uwaga nie wrażenia i odczucia, tylko fakty!) utraty świadomości, czyli braku wiedzy (nie potrafisz realnie powiedzieć) o tym jak się nazywasz, jaki jest dzień?
Czy doszło kiedykolwiek do tego, że z uwagi na te wszystkie objawy, wyniki badań wyszły fatalnie lub lekarze wzieli cię do szpitala i dali diagnozę ciężkiej choroby?
Czy kiedykolwiek straciłeś władzę całkowicie w nogach i rękach i nie mogłeś iść tam gdzie chciałeś?
Czy kiedykolwiek lęk i obawy czy myśli spowodowały, że walnął cię piorun a ziemia osunęła się?
Czy kiedykolwiek zacząłeś gadać totalnie od rzeczy lub mówić niezrozumiałymi językami? ;)

Miało cokolwiek z tego miejsce kiedykolwiek?

Więc teraz pytanie co tu choruje?
Świadomość- mózg? Ciało? Czy emocje? Czy może jest to efekt sił nadprzyrodzonych?


Spróbujcie sobie porobić takie konkretne pytania, i odpowiedźcie sobie co choruje u was?
Ja już wiem, że to co choruję u was, w nerwicach to są emocje.
Stan emocjonalny jest chory podczas zaburzeń lękowych.
Co jest chyba nawet dość jasne z samej nazwy, bo lęk to emocja.

I teraz uwaga!

Nie szukaj jak każdy z nerwicą bezsensownych wymówek aby dalej się nakręcać, w stylu “no teraz nie choruję ale mogę zachorować”.
A ty jesteś duchem świętym, że to wiesz? Potrafisz przewidywać przyszłość?
Jasne, że nie, więc nie wplątuj się w gierki, które podsuwa ci chochlik.
On nie ma mocy sprawić aby coś się stało, a twoja choroba emocji, którą masz nie przemienia się w nic co ty się przy tej chorobie emocji ( i z uwagi na nią) boisz.

Tu i teraz, w tej chwili, co choruje?
Chorują emocje. Tylko tyle. To fakty przecież.
Stan emocjonalny jest rozbity.

Dlatego właśnie twoje badania, lekarze, zapewnienia psychologów, fora, blogi, ksiązki, księża, wróżbici, dają ulgę chwilową, bo tłumaczą ci, ty tłumaczysz sobie i zapewne twoja świadomość, ty sam (może gdzieś głęboko) wiesz, że to co wyrabiasz w tej nerwicy jest irracjonalne i śmieszne nawet.
Ale emocje, twój umysł od pierwszego objawu tego nie wie.
I dlatego to nie ty! - potrzebujesz już przekonywania, że jest okey, tego potrzebuje twój stan emocjonalny.

A na twój stan emocjonalny wpływają działania jak np. ignorowanie objawów, akceptacja, przez co nie nakreca się lęk.
Działa na ten stan także właśnie jak przyjdzie taka potrzeba “sprawdzenie nerwicy”, chochlika czy może ci coś zrobić, czyli innymi słowy “poddanie swojego skarbu”.

I tym sposobem docieramy do wyjaśnienia tego od czego zaczęliśmy :D

Bo skoro teraz wiemy i znamy mechanizmy nerwicy i kiedy wykonaliśmy te podstawy:

- zapakowaliśmy wszystkie objawy, lęki i myśli do jednego kartonu z napisen “moja nerwiczka”, przez co zaczęliśmy traktować to wszystko jako całokształt.

- Przestaliśmy identyfikować się z zaburzeniem, rozumiejąc, że to jest mechanizm, który działa jakby obok nas, dla ułatwienia można wyobrazić sobie siedzące nam na ramieniu chochliki.

- Zrozumienie, że ten stan (chochliki) mogą tylko wpływać na emocję, i przez to objawy cielesne i psychiczne, ale świadomość i przez to zachowanie a także nasze zdrowie fizyczne od emocji nie choruje ani nie zachoruje.

- Jeżeli ciągle tłumaczymy sobie, szukamy zapewnień, że nic nam nie jest ani się nie stanie, a to uspokaja nas na chwilę, to oznacza, że my już nie potrzebujemy zapewnień, teraz te zapewnienia potrzebne są temu co choruje – a choruje stan emocjonalny.

- Nie wróżymy z fusów, czyli nie szukamy wymówek do działania na stan emocjonalny, ulegając chochlikowi i obawie, że pewnie dopiero zwariuję, oszaleję, umrę, zachoruję.
Bo to jest tylko zesztą kolejna obawa wbec, której także należy powiedzieć “sprawdzam”.


I tu właśnie przychodzi nam z pomocą i zarazem potrzebą praktyki – logika, tym razem nasz upór wobec nerwicy.

Wobec tego co wyżej napisałem, łatwiej sobie wyobrazić moim zdaniem “sprawdzenie nerwicy”, tego co może.
Dlatego, że chory jest tylko stan emocji, więc my mówiąc “sprawdzam” nerwicy, mówiąc obawie a dokładnie chochlikowi (mechanizmowi nerwicowemu) “no to pokaż czy potrafisz to zrobić”
nie wpływamy tym na naszą rzeczywistość.
Bowiem przecież nerwica, to stojący obok mechanizm, psujący nam emocję.
Więc “porzucając swój skarb” stosując zasadę “ryzyk – fizyk” ryzykowanie-istota-nerwicy-dystans-lecz ... t4106.html wobec obawy, która nas blokuje, realnie nie ryzykujemy niczego, NICZEGO.
Bo ta obawa to jest wynik tylko mechanizmu nas straszącego, chochlika.

My potrzebujemy to sprawdzać tylko po to, że takim świadomym tym razem ( nie emocjonalnym) działaniem wpływamy na nasz stan emocjonalny, który choruje.
Więc zmieniamy w końcu nasze działanie, do tej pory ciągle tłumaczylismy sobie bezsensu i szukalismy potwierdzeń, że nigdy nam się stać nic nie może, a do tego przychodziły emocje (obawy, wątpliwości) i zamykaliśmy świadomość a pozwalaliśmy temu trwać i szaleć dalej stanowi emocjonalnemu.
Teraz zamykać pora usta emocją. A na szalejące emocję (np. poczucie winy czy lęk) zasada jest taka, że działaniem na nie, jest brak działania a emocja zniknie.

I teraz tak.

Oczywiście jak zawsze piszę się łatwo, czyta się łatwo ale to co teraz jest potrzebne od ciebie to -
twój upór, ale nie ten upór co do tej pory, czyli upór trwania w szalejących emocjach, tylo upór trwania w logice, świadomości.

Weźmy znowu strach przed schizofrenią.
Pamiętam dzień kiedy pierwszy raz z agresją wręcz “sprawdziłem nerwicę” przy tej obawie.

Piszę z agresją bo byłem zły, ale próbowałem skonczyć ze złością na siebie.
Często złosciłem się na siebie i krytykowałem, że jestem beznadziejny i słaby, że mam takie zaburzenie.
To nie pomaga i do tego nie jest prawdą.
Widziałem wielu nazwijmy to „ulicznych osiłków”, którzy wpadli w zaburzenia lękowe :)
Bo po prostu jak pisałem wyżej zaburzenie to nie MY.
Łatwo jest ulec na początku silnemu lękowi o swoje zdrowie i życie czy inne wartości.
A to z miejsca kształtuje postawę wyłapywania zagrożenia we wszystkim, a co dopiero w objawach, które jakiś czas na pewno będą się przy tych zaburzeniach pojawiać.

Tak więc tym razem byłem wkurzony na nerwice, na chochliki - na obawę!

Obawa jak strash przed schizofrenią nakręcała mnie przez całe półtora roku początku zaburzeń w tym wieku 21 lat. (co opisywałem w pierwszej cześci).
Potem jakoś odeszła i później znowu wróciła.

Tak więc pamiętam, że wyszedłem na dwór i poczułem się gorzej (zaznaczam, zę ja podczas nerwicy ciągle się źle czułem), inaczej widziałem, latarnie były dziwne, domy z papieru, typowe odrealnienie.
Ścisnęło mnie w głowie, wróciłem do domu i miałem myśli, że czuje się tak bo to jednak schizofrenia się w końcu rodzi.
Wkurzyłem się, położyłem na łózku i będac samemu w domu gadałem do nerwicy,
„dobra pokaż mi te omamy i głosy, pokaz mi ta schizofrenię tu i teraz!”

Wstałem i pamietam, że skopałem ze złości fotel a potem nawalałem poduszki :D
Ten wybuch i to, że kazałem wręcz nerwicy dac tą schizofrenię, pokazać do czego jest zdolna,

(mówiłem:
„no i gdzie ta schizofrenia?”)

był spowodowany zarazem tym, że miałem dość ale też był poprzedzony długim rozmyślaniem i tym nabywaniem wiedzy o mechanizmach nerwicowych.
Zdałem sobie sprawę, że nie ruszy to dalej dopóki będę dawał zastraszać się obawom nerwicowym, czemuś co wymyślają chochliki, mój wystraszony umysł, bo przecież nie przeznaczenie ;)
I cóż, to były początku mojego sprawdzania, więc to też nie było tak, że od razu strach minął ;)
Niektórym, którzy wchodzą na forum i czytają wpisy tych co wszyli z tych stanów, wydaje się czasem, że 2, 3 razy sobie tak porobią i już im wszystko zniknie :)
Otóż nie.

To wymaga postępu i pracy nad tym, praktyki aż taki odruch zrobi się automatyczny, tak jak teraz odruchem jest automatyczne już straszenie siebie i reagowanie strachem jak tylko przyjedzie jakiś objaw czy jakaś myśl od stanu lękowego.
Do tego tak jak w przykładach powyżej, po tym jak próbujemy zmienić swoją postawę pojawia się emocja (jak w przykładzie z lizakiem).

Myślicie, że mnie było łatwo tak powiedzieć? Łatwo sprawdzić nerwicę, że się nie bałem?
Niektórzy zaburzeni czytając moje wpisy zbywaja to i ignorują je, uznając, że widocznie miałem łatwiej, nie miałem tak silnych objawów.

Pomijając fakt, że bywa to momentami irytujące, :D bo przeżyłem ze swoimi zaburzeniami piekło, to takim czymś zamykamy sobie drogę do odburzenia.
Ja taką postawę rozumiem, bo jak byłem zaburzony to wszyscy, którzy mówili, że z tego wyszli mieli w moim mniemaniu z jakiegoś dla mnie wtedy (wymówki) oczywistego powodu lepiej.
Bo nie mieli takich objawów albo innych, nie mieli stresu, czy czegoś tam jeszcze, zawsze był dobry powód do wynajdywania wymówek.

Do tego byłem osobą, która nie tylko miała nerwicę, ja miałem osobowość, która wiecznie na wszystko reagowała czarnym scenariuszem.
Zwykłe odwiedziny u kogoś w szpitalu to były drgawki :)
Więc nie, nie było mi łatwiej, niż tobie wychodząc z zaburzeń lękowych.

Tak więc jak „sprawdziłem” świadomie nerwicę, pojawił się większy lęk, a że to był początek mojego świadomego sprawdzania, to przyszła obawa - (uwaga) ;D
- że skoro chodzę po domu i krzyczę sam do siebie to jednak to schizofrenia :D

Tak, tak ;) Chochliki to bardzo sprytne „zwierzęta”.
Ale ja wówczas przysiągłem sobie, że mimo tego za każdym razem będe świadomie tą nerwice sprawdzał, mój upór wynikał z wyboru prawdziwej wartości.
O tym, co mnie naprowadziło na priorytety wybierania wartości napisze w kolejnym rozdziale, teraz jeszcze kontynuuję o objawach.

Oczywiście po tym jak pojawił się lęk, i kolejna obawa, męczyło mnie to jakiś czas ale powiedzmy sobie coś szczerze...ileż razy dotychczas w naszej nerwicy męczył nas lęk i obawa? :)
Więc czemu niby teraz miało to by być złe?

Starałem się ignorować lęk, jak i obawy, bo oprócz działania logicznego i sprawdzania nerwicy wymagane są jeszcze inne elementy jak akceptacja, przyzwalanie itd. ale to jest już opisywane na forum i ja jeszcze w tym temacie także to opiszę według swojej historii.
Tyle, że na razię mówię o świadomym sprawdzaniu nerwicy, jak ignorowanie nie pomaga na jakąś uparta obawę a racjonalizowanie i szukanie potwierdzeń, działa tylko chwilę.
Bo to jest bardzo istotne.

Jeszcze raz pokaże wam teraz pewien przykład, czemu sprawdzenie nerwicy (chochika - obawy) nie jest niebezpieczne.

Sprawdzanie nerwicy, ryzykowanie wobec obaw, poddawanie swojego skarbu, to nie tylko np. świadome mówienie „dawaj pokaż co potrafisz” ale to także choćby zignorowanie tej obawy.
Pokażę wam teraz ciekawe porównanie, które wyklucza brak niebezpieczeństwa tego świadomego zaryzykowania wobec obawy.

A mianowicie weźmy na nowo obawę o schizofrenię.
Czasem musiałem gdzieś dajmy na to wyjść, na np. czyjeś urodziny.
Przed tym oczywiście bardzo się bałem, jak się będę tam czuł, czy derealizacja mi się powiększy, to oczywiście dawało obawę, że tam zwariuję.
Będzie tyle ludzi, tyle bodźców, że nie dam rady, zacznę mówić od rzeczy i przy wszystkich zeświruję.
Strach przed schizofrenią, zwariowaniem był ogromny.
Ale nieraz było tak, że musiałem po prostu iść i szedłem.
W trakcie imprezy oczywiście wystraszony przez swoje wcześniejsze rozmyślanie i obawy czułem duży lęk, obawy, że może już zwariowałem albo zaraz się to stanie.
No ale to była impreza, ktoś próbował rozmawiać, zagadywać i nawet moja uwaga chciała po części się skierować na zabawę, rozmowę. (to jest to samo co mówienie „sprawdzam cię nerwico” bo tym sposobem robisz na przekór obawie, chcac ją zignorowac i sprowadzić do poziomu bez żadnej wartości.)

Ale...próby kierowania uwagi na zajęcie się rozmową z kimś powodowały w środku lęk ;)
(wiecie co to za lęk? To lęk ten sam, który przychodzi w momencie kiedy powiedziałem świadomie do nerwcicy „dawaj, pokaż tą schizofrenię” jest to lęk, który wynika z ignorowania obawy, bo zmienia on naszą postawę)
I ten lęk powodował, że znowu wracałem do zamartwiania się.
Ale, że momentami było naprawdę zabawnie, ktoś coć powiedział śmiesznego, coś zaspiewał, to ignorowałem ten lęk i nagle sam (nawet nie zauważając) lęk znikał :)
Dopiero po czasie zauważałem, że go nie ma :)

Ale rozumiecie co chce powiedzieć?
Czemu to w takim razie, jak siedząc w domu, mam obawy przed schizofrenią i ją chce zignorowac i sprowadzić do zerowej wartości i mówię jej na przekór
„dawaj tą schizofrenię” ,ma to być niebezpieczne?

Skoro będąc na zabawie, kierując uwagę na towarzystwo, tak samo ignorowałem obawę, czyli sprawdzałem nerwicę czy naprawdę coś może, i następnie ignorowałem lęk, który w wyniku tego pojawiał się, i jakoś nie było żadnego niebezpieczeństwa.
Ta druga opcja wynika po prostu z zajęcia uwagi spontanicznie, a ta pierwsze wynika ze świadomego zignorowania obawy sprowadzając ją do zera, bo nerwica nic nie może i wtedy okazuje się, ze te obawy podsyłane przez nią, nie są groźne.
A przecież nie można w nerwicy być ciągle zajętym ;)


Ale i w tym i w tym wypadku nie ma ŻADNEGO NIEBEZPIECZEŃSTWA.

A jeszcze warto przypomnieć, że przecież podczas swojego zaburzenia nie miałem tej jednej obawy ale wiele, różnych zmieniających się, znikających nagle, zastępowane przez inne :)
Więc co się stało z tamtymi obawami? ;) Ziściły się ? ;)
Pewno, że nie. Bo nerwica nie może nic.

Ci, którzy mają jedną obawę TO bez paniki, wam też nic nie grozi ;)
A jeśli macie jedną obawę i czytajac to co wyżej napisałem, pomyśleliście, że skoro victor napisał, że wiele obaw oznacza, że nic nie grozi to jak mam jedną to może mi grozi...to od trazu znaznaczam, że nie grozi bo to oznacza, że jesteście tylko nerwicowymi świrami ;D

Do tego jeszcze raz powtarzam, że wszelkie obawy nie są prawdą, wynikają z mechanizmu nerwicowego, czegoś zewnętrznego, dlatego nie mogą realnie nic oprócz straszenia i objawów.
Więc smiało możesz porzucać kontrolę! A porzucanie kontroli opisałem właśnie powyżej.
Wobec tego nie pytaj znowu – jak porzucić kontrolę przy nerwicy ? – tylko ją zacznij porzucać :)

A żeby jeszcze dopicować to przypominam czym jest mechanizm nerwicowy?:

Przede wszystkim jest on można powiedzieć czymś zewnętrznym – BO NIE WAMI.

Wynika z uwagi na pierwsze przyczyny, bowiem z powodu stresu, czy jakiegoś innego powodu powoduje pojawienie się pierwszego objawu, może ataku paniki, a może jakiejś dziwnej myśli czy obrazu myślowego (zastraszonej wyobraźni) co wynika z naturalnego mechanizmu kazdego człowieka - reakcji walcz bądź uciekaj.
Ten to pierwszy objaw czy myśl powoduje od razu mega strach o zdrowie i powoduje jakąś obawę.
To z kolei powoduje badania, bieganie po lekarzach, upewnianie się na forach, podejmowanie działań mających pomóc, rozpoczynanie terapii, racjonalizowanie sobie itp.
Tutaj zależy wiele od temperamentu danej osoby i charakteru, bo wielu udaje się zdusić ten proceder w zarodku ale wielu ulega strachowi, googluje, doszukuje się chorób.

A wynika to nadal z mechanizmu nerwicy, który to zaraz po pierwszych objawach, lękach, wpaja nam ANALIZĘ, POSTAWĘ WYŁAPUJĄCĄ WSZYSTKO CO PODEJRZANE
(a w tej postawie podejrzane są nawet za mocne kichnięcia), która niestety w ciągu paru momentów staje się powoli nawykiem.
Dlatego potem nerwicowiec zapominając, lub niewiedząc że nerwica to nie zdenerwowanie, i potrzeba nawet paru dni lub tygodni na wyciszenie, zaczyna wyłapywać objawy układu nerwowego - jako rzekome powody do wierzenia w lękowe myśli i obawy, które pojawiają się PRZECIEŻ z uwagi na sam stan lękowy, a to powoduje kolejne obawy i kolejne i kolejne i kolejne.
Dlatego nazywa się to błednym kołem.

Nasze nawyki zapisują się w podświadomości i zaczynamu po krótkim czasie automatycznie reagować strachem i czarnymi wizjami.
I stan emocjonalny zaczyna chorowac i krecić się w kółeczku.


To jest własnie mechanizm nerwicowy, zaczynający się i trwający bez znaczenia jakie były przyczyny jego pojawienia się.

Pewne problemy

Tutaj przy okazji mówienia czym jest mechanizm nerwicy i obawy, chcę poruszyć pewien problem jaki może wynikać niestety podczas psychoterapii analitycznej czy psychodynamicznej.

I tutaj od razu mówię to nie jest atak na te psychoterapię!
Nie jest to także mówienie, że te terapie są do niczego ani nie pomagają.
Nie ma w tym co pisze nawet 1 % zachęty do tego aby nie korzystać z tychże psychoterapii!
Wręcz nawet uważam, że są często bardzo potrzebnym elementem do poznawania siebie!

Niestety jest też widoczny problem, który ja przynajmniej widzę i którego nie powinno się pomijać.

I nie chodzi może tyle o samą psychoterapię psychodynamiczną czy analityczną, co o NIEKTÓRYCH psychoterapeutów, którzy wszystkich z zaburzeniem lękowym leczą na podstawie jednych i tych samych założeń terapii w jakiej się kształcili.

Niestety obydwa nurty psychologiczne choć w wielu sprawach genialne, często pomijają zupełnie bez mała kwestię mechanizmu nerwicowego i powstawania postawy i nawyków lękowych w wypadku zaburzeń nerwicowych.
Dlatego też wielu z psychoterapeutów, którzy nie wdrażają innych możliwości podczas terapii, tłumaczą wiele obaw z wachlarzy trwajacej u nas nerwicy konfliktami wewnętrznymi, lub tłumaczą jakimiś zawiłościami z dzieciństwa, bądź realnymi problemami, bądż elementami terapii.
A to owszem mogą być przczyny pierwszych objawów ale często jest tak, że psychoterapeuta tłumaczy tak niektóre konkretne obawy powstające z uwagi na sam lęk, mechanizm lęku.

Np. ktoś ma obawę przed rakiem czy nagłą smiercią, to terapeuci tłumaczą to jakąś zawilością i choć w niektórych wypadkach to się może pokrywac z problemami w dzieciństwie, w stylu, ze np. ojciec umarł tej osoby nagle, czy ktoś miał ciężka chorobę.
To często zapomina się, ze ta osoba z nerwicą oprócz tej obawy miała jeszcze podczas swojego zaburzenia 300 innych obaw.
I dlatego sądzę, że jak mamy zaburzenie nerwicowe to mamy wiele obaw i nie warto tak wyszczególniać konkretnie osobnych obaw i próbowac ich tłumaczyć logicznie bo to mało zwykle zmienia.
Bo niby rozumiemy ale zarazem nie idziemy dalej, nie puszczamy kontroli, tylko uczepiamy się myśli, że dojdziemy do podświadomych problemów to obawa ta zniknie.
A zwykle jest tak, ze ta obawa ma związek z po prostu lękowym kołem i uczepiła się nas, bo akurat ta wartość jest dla nas ważna - czyli zdrowie i życie.
Nie puszczając kontroli, powodujemy, że strach przed rakiem ciągle blokuje, a do tego nakręca stale stan lękowy powodując różne objawy, kolejne obawy i inne lęki.
I koło się zamyka, mimo genialnej pracy nad sobą na psychopterapii i poznawania siebie.


Przedstawie to na pewnym przykładzie, takich przykladów mógłbym podać niestety sporo ale podam ten jeden, bo też pytałem tej kobiety o to czy moge o tym napisać.

Otóż ponad 3 lata temu miałem okazję na gg rozmawiac z dziewczyną, która napisała do mnie z uwagi na właśnie objawy derealizacji i strach przed schizofrenią.
Pojawiły się one z uwagi na problemy zdrowotne dziecka oraz krzyżujące się z tym kłopoty z pracą.
Spowodowało to pojawienie się objawów nierealności i wielu innych z czasem lęków, obaw i objawów samej nerwicy.

Jak oczywiście każdy kobieta ta próbowała sobie radzić z tym wszystkim a także zapisała się właśnie na psychoterapię.
Na psychoterapii zajmowała się przykładowo problemem tego, że nie była w dzieciństwe szanowana i nie potrafiła przez to poradzić sobie z „wchodzeniem jej na głowę” w pracy.
Poznawała swoje reakcje różne, i to akurat było bardzo dobre.

Problemem według mnie było to, że w trakcie terapii, wszelkie objawy jakie miała oraz różne obawy o coś tam, psychoterapeutka tłumaczyła to tym, że jest to wynik terapii czy jakiś tam faz dziecka i jakiś podświadomych problemów.

Dlaczego uważam to za problem?
Bowiem przez to dziewczyna ta swoich myśli, objawów, lęków nie traktowała jako całości i nie traktowała tego jako całokształtu mechanizmu nerwicowego, nie traktowała tego jako zewnętrznych chochlików.
Na domiar złego przy swoim wielkim strachu przed schizofrenią, jak powiedziała terapeutce, że poddaje swój skarb (bo czytała blog Szafdera) usłyszała aby tego nie robiła, bo sobie coś wywoła stresem...

I to jest właśnie częsty kłopot z psychoterapeutami.
Zakazują oni w wypadku zaburzeń lekowych „sprawdzać nerwicę” czyli jednym słowem zakazują ignorowania lęku.
Mówiąc, że ten lęk, który pojawia się podczas tego jest szkodliwy!
To jest według mnie przy zaburzeniach lękowych kłamstwo, bo lęk to emocja, która zawsze pojawia się przy ignorowaniu obawy i zmiany postawy lękowej, która kształtuje się wraz z pojawieniem się w naszym życiu nerwicy.
Ale najpierw trzeba dokładnie wyjaśnić czym jest sama nerwica i czemu taki lęk może się pojawić!

Natomiast dla psychoterapeuty, który trzyma się tylko jednego określonego nurtu, wszelki lęk i obawy wynikają tylko z podświadomomych konfliktów, z jakiegoś okresu naszego życia oraz z przebiegu terapii.
To jest niestety w wypadku zaburzeń lękowych nie do końca słuszne założenie.
Oczywiście terapia i poznawanie siebie może być emocjonujące ale sprowadzanie do tego całości zaburzenia wynika moim zdaniem ze stosowania tylko jednej wyuczonej drogi leczenia przez psychoteraputę i nieznajomości innych mozliwości.
Więc terapeuta jest jakby organiczony w tłumaczeniu skąd objawy i obawy do swojej wyuczonej wiedzy.
I chociaż docieranie do spraw zadawnionych, pokazuje nam jak źle reagujemy obecnie i czemu mógł powstać stresor wywołujący pierwszy atak (co jest właśnie w psychoterapii bardzo istotne), zapuszcza się jakby kwestię samego mechznizmu lękowego.

Dziewczyna jednak ignorowała możliwość poznawania czym jest mechanizm nerwicowy a jak już poznawała to tylko pobieżnie aby się uspokajać i po jakiś 6 może 8 miesiącach ponownie napisała do mnie.
Tym razem z pytaniem czy leki to dobry pomysł, bo terapeutka uznała, że pora wprowadzić leki, bowiem docieranie do głębin podświadomości wyzwala emocje.

Nie lubię dyskutować o zaleceniach lekarzy i terapeutów, no bo jeśli sami także nie zabiegamy o zrozumienie czym jest nerwica, no to jesteśmy jakby zdani na wybór jakiejś drogi leczenia.

Jednak ja jak rozmawiałem z tą dziewczyną to widziałem wyraźnie, że problemem objawów i obaw nie są raczej dokopane tajemne sekrety podświadomości ale zwykle lękowe koło.
Bowiem ciągle ta bidulka bała się schizofrenii, trudno się dziwić skoro od swojej terapeutki usłyszała dosłownie, że skoro nie może „poddawac skarbu”, czyli nie może porzucać kontroli bo tak to się to stanie.
No ja tak rozumiem zakaz „sprawdzania nerwicy”.

Do tego zawierzała iluzji nerwicowej, jak z kimś rozmawiała to ciągle zastanawiała się, czy dobrze mówi, czy słowa dobrze brzmią, czy nie zwariowała mówiąc jakiś bredni.
Ciągle utwierdzała się, że objawy ma normalne.
Czyli po prostu robiła to co każdy z lękiem... siedziała po uszy w mechanizmie nerwicowym a co gorsza nie robiła nic aby tą postawę i nawyk odwrócić, nie wpływała realnie na swoje szalejące stany emocjonalne.
Zresztą jak mogła skoro nie rozumiała mechanizmu nerwicowego dokładnie? A na koniec wszelkich lęków czekała z myśla, ze miną jak dojdzie do podświadomych problemów.

No ale zaczęła przyjmowac leki i one zadziałały, pamiętam, ze pisała mi, ze wyzdrowiała i terapią naprowadziła ją na poznanie siebie.
Problem pojawił się po kolejnych jakoś 10 miesiącach, kiedy terapeutka stwierdziła, ze leki zrobiły swoje i pora je odstawiać.
I znowu do mnie bidulka napisała, że nie wie co robić bo wszystkie objawy wróciły i znowu boi się, że zwariuje.

Ta historia światnie pokazuje plusy psychoterapii oraz wielki minus psychoterapeuty.
Bo dzięki temu konkretnemu nurtowi terapii, ta kobieta poznała swoje reakcje, czyli np. coś dzieki czemu w pracy i w domu każdy wchodził jej na głowę co powodowało presję.

Oczywiście zmiana tej postawy i tak dopiero przed nią :D

To jednak psychoterapeuta poprzez trzymanie się tylko tej drogi leczenia (co jest bardzo częste niestety!) zupełnie zignorował sam mechanizmu nerwicy, przez to nie pozwolił tej kobiecie wyjść prawidłowo z zaburzenia lękowego, z błędnego koła nerwicy.
Interpretując wszelkie obawy i objawy jako wynik terapii oraz podświadomych konfliktów, wprowadził tą dziewczyne w zasadzie błąd, każąc jej wrecz utożsamiac się z tym, i zabraniając w zasadzie ignorowania tych lęków i obaw.

Czyli jakby przeszkodził jej zarazem w zmianie swojej postawy nerwicowej, która wyłapuje wszystko i sprowadza do sprawiania wrażenia, że bez mała „wszystko” nam zagraża.
Nie zmieniła przez to tego nawyku, reagowania strachem i poczuciem niebezpieczeństwa.

Dlatego też proszę wszystkich abyście mimo wszystko, czy korzystacie z psychoterapii czy nie, uzyskiwali jak największą wiedzę o zaburzeniach lękowych, o tym czym jest sam lęk i o tym, że przełamywanie go a w sumie to ignorowanie w przypadku nerwicy nie jest szkodliwe.
Co do dziewczyny z opisu jakby ktoś mysłał co u niej, to zdecydowała się na kolejny lek ale mam nadzieję, że kiedyś dojrzy swoje nieprawidłowe reakcje i postawy i wstawi między to knebel i zacznie uparcie działać, działać inaczej niż do tej pory, bo tym razem świadomością i logicznym uporem na emocję i mimo emocji.

Proszę też zauwazyć, że to moja prywatna refleksja, która jednak wpłyneła na moje wychodzenie z zaburzeń, bo w końcu z uporem maniaka potraktowałem je jako mechanizm nerwicowy i mogłem odważniejszym krokiem choć z oporami a także dużym strachem odnieść się co do samych objawów, myśli oraz obaw.

Bo tak wiele czytałem czym jest nerwica, tak wiele rozumiałem ale...nie traktowałem myśli, lęków, objawów i obaw jako właśnie tego zewnętrznego utrwalonego we mnie mechanizmu nerwicowego, utrwalonej postawy.


Przykłady kolejnych obaw


Będąc jeszcze w tym temacie opiszę inną dla przykładu obawę

- strach, że wyskocze przez okno z uwagi na to, że zwariuje od myśli i lęku.

Była to u mnie silna obawa. Często unikałem ze strachu podchodzenia do okien, miałem nachodzące mnie automatyczne obrazy myślowe, (obrazy myślowe wynikają z wyobraźni, są tak samo jak myśli spowodowane przez stan nerwicowy - wystraszone emocje podsyłają straszne obrazy).
W stylu, że widzę jak spadam i rozbijam się o chodnik.
Mysli typu „nie wytrzymasz lęku, skoczysz, zabijesz się, zwariujesz i to zrobisz”

Ale chciałem zmienić upór trwania w tym na upór trwania w logice.
Wyjście z nerwicy najlepiej zapoczątkować postanowieniem uporu.
Powiedzieć sobie – chce z tego wyjść, upieram się teraz na opak stanowi emocjonalnemu.

Więc do obaw, których nie mogłem zingnorować zajęciem się, niereaktynością (czyli brakiem reakcji) stosowałem „sprawdzanie” - ryzykowanie.

Podszedłem więc do okna, odsłoniłem firanki i spojrzałem (mieszkam na 2 piętrze).
Co się stało? Oczywiście lęk się zwiększył ale ja nie czułem się tym zaskoczony, przecież wiedziałem, że się zwiekszy :) Przyzwalałem na to.
Tak samo jak wyżej opisałem sytuację na imprezie, jak próbowałem zatopić się w rozmowie lęk zwiększał się ale czy był niebezpieczny lub szkodliwy?
Nie.

W tym wypadku także nie.

Ja nawet przed podejściem do okna wiedziałem, że się zwiekszy – akceptowałem to.
I właśnie to trzeba zrobić i widzieć, że lęk może się zwiększyć, być na to gotowym psychiczni ei akceptować to.

Akceptowałem to, że zwiększyły się też myśli, oraz obrazy myślowe, to było jasne, że się zwiększą – w końcu próbuję zmienić nawyk.
Wcześniej na obawę, że skoczę z okna reagowałem bezsensownym upewnianiem się, że to się stać nie może, czytaniem o tym w necie, pytaniem o to ludzi, psychiatrów i psychologów, reagowałem unikaniem podchodzenia do okien.
To są zabiegi krótkotrwałe jak już nerwica trwa a postawa lękowa jest utrwalona.

Więc wiedziałem, że próby zmian tego ciągną za sobą efekty w postaci emocji (chocby lęku) i naporu mysli (jak lęk to i lękowych).
W końcu to wiedziałem od dawna ale dopiero wtedy uparłem się na stosowanie tego.
Zamiast pytać jak porzucić kontrolę, zacząłem ją porzucać.

Podchodząc do okna poczułem lęk i więcej myśli i myślowych obrazów.
Reakcją nieprawidłową na nie będzie wikłanie się w te myśli, płacz, że się pojawiły, ucieczka od okna, mentalne szarpanie się aby natychmiast sobie poszły one i lęk i pewnie może jakieś objawy.

Ale to nie odejdzie - na pewno nie od razu - trzeba być upartym i nie słuchać tym razem emocji.
Można objawy, lęk, myśli ignorować, zachowywać się wobec nich niereaktywnie ale ja muszę przyznać, że w takich wypadkach trudno było mi to zrobić aby stosować - brak reakcji.

Bo myśli było wiele, lęk bardzo mocny. Z czasem już mogłem ale na początku stosowałem zabieg wybicia się z tego, że myśli, lęk i objawy próbują skupić moją uwagę na sobie i doprowadzić do załamania się i kolejnego ulegnięcia im.
Chochliki tego chciały i ja wiedziałem o tym ale już tym razem ja też chciałem się uprzeć.

Więc wziąłem kartkę i próbowałem uwagę skupić na czymś innym pomimo szalejących emocji i myśli.
W sumie ciasteczko fajnie to opisała.
gra-w-zarzadzanie-natretnymi-myslami-t5041.html

Ja wtedy otworzyłem okno i oparłem się o parapet, lekko wychylając się.
Na kartce zaczałem pisać, co choruje w tej chwili?
Czy mam dużo myśli i obrazów myślowych? Czy mam objawy i czuje się tragicznie?
Czy narasta mi lęk, kiedy sprawdzam nerwicę?
A więc co choruje? Jak zwykle stan emocjonalny.
Ale to nie ma co użalac się nad sobą tylko wszystko to wrzucić do kartonu z napisaem nerwica.
BO powodem myśli, lęku i objawów jest mechanizm nerwicowy, lękowy nawyk, który próbujemy zmienić.
Bronią na to jest logiczne uparcie się na swoim, mimo emocji i myśli, tak samo jak w wypadku lizaka z przykładu dużo wyżej.

Potem pisałem co nerwica może, czy może mi podnieśc lewą nogę, czy może prawą nogę?
Nie może, czy może zmusić mnie do skoku? Nie może.
Tym pisaniem, raz, że chciałem sobie pomóc przy logicznym uporze, to także chciałem aby uwaga była zajęta bardziej pisaniem, niż wikłaniem się w panikowanie.

Potem odszedłem w końcu od okna. Myślicie, że od razu to minęło?
Nie, bo to były początki mojego upierania się, i bardzo często jednak jeszcze dawałem się chochlikom zastraszyć ale jednak był to momen poczatkujący moje prawdziwe leczenie.
Bo coraz czesciej tak robiłem, coraz częściej się udawało a z czasem nie musiałem już nawet robić „sprawdzeń” tylko mogłem po prostu nie reagować i nie narastał już lęk.
A to dlatego, że tak właśnie koryguje się postawę.
Tak samo jak z początkowego przykładu o zmianie nawyku nieasertywnego zachowania się.

Ile czasu mi to zająło oraz jak radziłem sobiez np. atakami paniki, jak z lękiem przed lękiem itp. opisze jeszcze później, w kolejnych rozdziałach.

Teraz jeszcze warto napisać o tym czemu i co mnie zmotywowało do tego uporu.
Motywował mnie - efekt. Działanie logiką zmiast emocjami daje zawsze konkretny efekt.
Do samego spakowania myśli, objawów, lęku i obaw do pudełka – zaburzenie, a także do postanowienia , że naprawdę chcę zmiany i strącenia chochlików z siebie, aby w końcu poczuć wolność, motywowało mnie to, że mimo tego, iż to będzie mnie kosztowało dużo pracy, emocji i strachu, robię to tylko dla siebie, robię to dla własnego życia.
A robiąc to dla własnego życia i dla siebie, robie to zarazem także dla innych.


Więc cierpienie akceptowałem z uwagi na cel – wolne życie od ograniczających mnie lęków.
Wynikało to z w końcu prawidłowego uszeregowania wartości o jakie powinienem dbać.
Lęki nerwicowe atakują największe wartości ale my bojąc się o nie i pozwalając rządzić stanowi emocjonalnemu i pozwalając mu bezkarnie chorować sobie, tracimy największą wartość
– życie, nasze własne życie.

Natrętna obawa

Jak pisałem w pierwszej części nerwica natręctw była ze mną od małego. Jak pojawiły się w wieku 22 lat zaburzenia derealizacji, lęk wolnopłynacy i ataki paniki to jakby natręctwa zeszły na drugi plan ale jednak wiele z nich nadal było.

Dla przykładu miałem natręctwo, że przed wyjściem z domu robiłem znak krzyża np. 3 krotnie, inaczej czułem się niepewnie a wręcz miałem często lęk, że przez to mnie lub np. mojej mamie stanie się jakaś nieokreślona krzywda.

Często czytam - mam natręctwa, co robić?
Przestać ich słuchać, bo natręctwa to rady chorego stanu emocjonalnego. Natręctwa to inaczej lęk. A obawy to po prostu obawy i lękowe myśli.
Schematy są te same.
Zaraz czytam no ale jak przestaje to czuje lęk, czuję się dziwnie, niepewnie itp.

No jasne, że tak! Gdybyś nie czuł lęku to byś nie musiał prostować swej postawy.
A jak masz lęk to niech to nie będzie dla ciebie wyznacznikiem poczucia krzywdy i niesprawiedliwości, tylko oznaką, że pora zmienić ten cholerny nawyk!

Któregoś dnia wychodząc z domu, nie zrobiłem znaku.
Całą drogę czułem się źle, miałem jeszcze odrealnienie inne objawy, napięcie ciągłe, więc to też nie ulepszało sprawy.
Ale już był to okres gdzie coraz częściej odmieniałem nawyki logiką, ignorowaniem i sprawdzaniem nerwicy, więc często wyśmiewałem chochliki.

Dlatego idąc (szedłem wtedy do rodzinnego domu) spojrzałem w niebo i sobie powiedziałem
„i co trafi mnie grom z jasnego nieba”?

Zawsze wychodząc z zaburzeń próbowałem stosować ironię na swoje chochliki, lub im uprzykrzać życie żartem.
Wchodząc do domu spytałem mamy „ mamo trafił cię dziś piorun” ?
Odpowiedziała „zwariowałes już do reszty”

I wiecie co? Chochlik zrobił mnie w konia :D
bo podsunął myśl, że widocznie faktycznie może zwariowałem ;) I poczułem się jeszcze gorzej :D
Tak więc zobaczcie spryt chochlików i efekty jakie może dać mechanizm nerwicy ;)

Być może też myslicie „tak mu łatwo to szło”
Więc wyobraźcie sobie, że taki „guru” victor :D wychodząc od mamy z powrotem do swojego domu, zrobił znak krzyża ;) Bo zwyczajnie ustąpił choremu stanowi emocjonalnemu, ze strachu ;)
Więc zmiana tych nawyków to proces, podczas, którego trzeba być dla siebie także wyrozumiałym. Nie oskarzać się, nie krytykować ciągle ale jednak mając przed oczami „konkretny cel” uparcie jak tylko jest okazja akceptować, ignorować, „sprawdzać” oraz mieć sporo zajęcia. ;)

Czy odeszły ode mnie całkiem natręctwa, które były ze mną od małego?
Tak, nie mam sladu po nerwicy natręctw i całość ją potraktowałem uporem i logiką przy zapatrywaniu się na CEL.


Życie bardziej logiką niż emocjami daje ogromne plusy w całym życiu, zresztą Ciasteczko tutaj też o tym wspomniała:
realistyczne-oczekiwania-po-odburzeniu-t4917.html

ale ja dzięki czytaniu o tym w książce o asertywności, zrozumiałem, że nie ma różnycy między np. tymi poniższymi przypadkami.

Ostateczne wyjaśnienie:

1 przypadek:


Jak pisałem w części pierwszej moim jednym z problemów była kwestia potrzeby akceptacji, i co za tym idzie emocjonalnego ciągłego wikłania się w problemy innych, mimo że na te problemy mogli oni tak naprawdę poradzić sobie tylko sami.
Ale wikłałem się bo chciałem być doceniony, lubiany, mimo, że to mi szkodziło emocjonalnie.

To był właśnie jeden z tych można powiedzieć problemów wynikających z doświadczeń dzieciństwa i dorastania.

Osoby z najbliższego otoczenia przez to, że same nie potrafiły żyć, ciągle wmawiały mi, że to ja muszę życ za nich a jak nie dawałem rady, to krytykowali i powodowali poczucie odrzucenia.
Wiadomo, że dziecko nie jest zdystansowane i ono się takich rzeczy po prostu uczy, wchodzi mu to do części jego zachowań, osobowości.
To wyzwoliło we mnie taki nawyk, że o akceptację trzeba zabiegać, a na wszelkie odrzucenia i krytykę byłem bardzo wrażliwy.

Z uwagi na to w późniejszym życiu trudno o prawidłowe relacje z innymi i brak stresu.

Tego właśnie można dowiedzieć się choćby na psychoterapii, często jest tak, że ktoś pyta:
„jak poradzić sobie z poczuciem odrzucenia, jak poradzić sobie z nachalną potrzeba akceptacji”?

Stosuje się różne wtedy racjonalizowanie, jak np. mówienie sobie, lub pisanie np.:
mam prawo żyć swoim życiem
- mam prawo do własnego zdania mimo niezrozumienia przez innych
mam prawo...itd

Całą kwestią jest, że to są ważne sprawy.
Czyli po pierwsze albo sami bądź poprzez psychoterapię widzimy te nieprawidłowe wbite w nas reakcje i przez to potrzeby, po drugie racjonalizujemy sobie ale cały sęk w tym, że to nie zmienia wcale tej naszej nieprawidłowej reakcji :)

Choćbyś miał tapetę w domu na wszystkich dostępnych ścianach z tymi prawami, to realnie niestety nadal nie zmieni to twojego zakodowanego systemu.
Bo nadal twoim wyznacznikiem życia są tylko emocje. Tylko nimi się kierujesz a do tego traktujesz emocje często jako wroga!
A to właśnie jest problem.

Na swoim przykładzie z matką:

Moja mama często z uwagi na swoje różne słabości, dawała sobie wchodzić na głowę, wynikało z tego wiele problemów, kłótni, awantur, spraw, które oczywiście któś musiał rozwiązać, za nią.
Oczywiście ja byłem w to wikłany i jak mi się nie udawało to od razu szła krytyka, szło twierdzenie, że nie poradzę sobie w życiu.
Jak się udawało to z uwagi na swoją słabość emocjonalną, matka po 2 dniach zmieniała zdanie i znowu szła krytyka.

To zrodziło we mnie tą nadwrażliwość. Nie było w moim życiu od początku pokazane, że trzeba logicznie i odpowiedzialnie myśleć, a pierwszymi reakcjami jakimi mnie karmiono były tylko emocje.
I to jest problem osób jak ja, osób, które miały w dzieciństwie, czy młodości jakieś trudności w domu, szkole itd.

Zaczynamy nie tyle co być tylko emocjonalnymi ale emocje stają się dla nas wyznacznikiem naszego działania, myślenia i życia.
Brakuje działań logicznych, świadomych, konsekwentnych.
A co gorsza z uwagi, że jesteśmy emocjonalni i reagujemy emocjami, to traktujemy emocję, głównie te negatywne jako coś czego przecież rzekomo nie powinno być a jak jest to znaczy, że jest źle.

Zauważyłem, że efektami tych tak zwanych konfliktów wewnętrznych jakie wynikają z doświadczeń z przeszłości, są zwykle są zwyke:

potrzeba akceptacji, nadwrażliwość na punkcie swojej osoby, czyli wrażliwość na każdą krytykę, idzie za tym niska samoocena, (czyli w sumie brak asertywności), za duże ambicje i potrzeby wobec realnych możliwości a także zakładanie masek, czyli często udawanie kogoś kim nie jesteśmy z uwagi na strach przed odsłonięciem siebie (wynik często tych pierwszych czynników)

Jak to zmienić? Samo docieranie do głebin konfliktów tego nie zmienia, choć jest także ważne.
Jak zmienić więc takie życie emocjami na życie w logicznej konsekwencji?
Nie poznałem innej skutecznej metody jak rozpoczęcie życia konsekwentnymi i praktycznymi decyzjami.
Czyli konkretnym działaniem – mimo emocji! Ale z konkretnym celem.
I tym celem jest nasze życie, które zostaje postawione jako priorytet najwyższy (co wpłyneło na to, ze swoje życie wybrałem w końcu jako najwyższy priorytet opisze w kolejnej części)
I co ciekawe to nie egoizm.

Czytając tą książkę o tej asertywności dotarło do mnie, że wszystko to właśnie co powyżej to są po prostu jedne wielkie cholerne nawyki zakodowanych reakcji.
I takim samym nawykiem jest właśnie zaburzenie lękowe, które być może z uwagi na efekty (które przed chwilą wypisałem) konfliktów wewnetrznych się pojawiły, to jednak dalsze ich trwanie, nie ma z nimi aż tak wiele wspólnego.
Tylko to moja postawa, zaczęła kształtować się pod wpływem tego pierwszego lęku wynikającego z nadmiernego stresu i presji, a swoim nakręcaniem spowodowałem wejście w zaburzenie a to dalej kształtowało moją reakcję.

Wejście w zaburzenie lękowe jest jak stres pourazowy. Pojawia się pierwszy atak, lęk, dziwna myśl a to powoduje zakodowanie się odruchów strachu i od tej pory stale jesteśmy w poczuciu zagrożenia, a im dalej pozwalamy znowu emocji rządzić, tym bardziej utrwalamy tą „chorobę stanu emocjonalnego”.
Dlatego włąsnie mówi się, że osoby emocjonalne łatwiej wpadają w zaburzenia, bo zwyczajnie nauczeni oni już są, aby w ich życiu wyznacznikiem była emocja.

I wracając do mnie:

Jak mama moja znowu potrzebowała mojego zaangażowania emocjonalnego i decyzyjnego w swoją sprawę, która i tak musiała sama rozwiązać.
Zacząłem konsekwentnie mówić, że z tym poradzić ona może sobie tylko sama, ale, że jej nie zostawiam, to doradziłej jej CO MOŻE ZROBIĆ.
Oczywiście to było za mało, obrażała się, mówiła:
„nie to nie, jak zwykle od nikogo pomocy.”
A potem oczywiście do kogoś innego krytykowała mnie za to.

No cóż na krytyke odczuwałem automatycznie żal, smutek, frustrację.
Na odmowę i jak ktoś robił wtedy z siebie „osamotnioną ofiarę” poczucie winy.
Wszelkie emocje kazały zrobić to co ten ktoś chciał, ten nawyk tak kazał.

I właśnie o to chodzi – przychodziły emocje.
Dla osób co zawsze kierowały się emocjami, przyjście silniejszej emocji oznacza zaraz coś co musi być zrobione, coś co jest od razu całkowita prawdą, coś co oznacza, ze jest coś nie tak.
Często może się bać odczuwać niektóre emocje.

I to jest właśnie element, (obok rozpoczęcia życia także logiką), którego mi brakowało do mojego odburzania.
Czyli właśnie zrozumienie tego, że emocją możesz pokierować ty a nie ona tobą, a co jeszcze lepsze i na początku korzystniejsze, możesz mimo emocji zrobić co chcesz, uparciem się.

Więc po odmowach angażowania się emocjonalnego w sprawy, które i tak zmienić ktoś może tylko sam, ddczuwałem oczywiście poczucie winy, mega poczucie winy szczególnie, że to chodziło o matkę, z którą od małego byłem bardzo związany.
Ale uparłem się tym razem i każdym nastepnym. W uparciu się pomagało mi jak zawsze postawienie celu, spojrzenie na efekt jaki mogę tym osiągnąć.
A efektem było moje życie na stabilniejszym poziomie emocjonalnym a za tym idzie polepszenie życia we wszelkich dziedzinach.

Ja swoje nawyki życiowe zmieniałem właśnie już po tym jak wyszedłem z mechanizmu nerwicowego czyli zaburzenia nerwicy lękowej i natręctw, więc wiedziałem już, że to zadziała.
Zresztą o zaburzeniu napiszę w drugim przykładzie.

Dlatego to, że czułem wyrzuty sumienia, poczucie winy nie było złe, to było konieczne bo tym kierował się do tej pory ten nieprawidłowy nawyk.
Tak mi zostało to utrwalone.
Ale właśnie dlatego mówię, nie bój się pojawienia emocji, bądź uparty a emocje takie zwyczajnie ignoruj, nie rób z nich czegoś złego. To są zwykłe emocje wynikające z nawyku jaki przez lata w tobie tkwił.
Zajmuj się innymi sprawami, a emocje takie przepuszczaj, niech płyną, nie szarp się z nimi.
Takie emocje po prostu zanikają, jak będziesz wariował wokół nich to nie znikną bo mają twoją uwagę.

Wielu będzie nadal zawierzało emocji, bo poczucie winy będą interpretowali jako egoizm, słabość itd.
tu też trzeba to zastopować uporem, spojrzeniem na cel i możliwy efekt.
Dzieki temu, że zacząłem być asertywny, ale działaniem a nie tylko założeniami na papierku czy w gabinecie psychologa. Nie wikłałem się już w presję, problemy których i tak naprawić nie mogłem. Nauczyłem się, że emocja to nie jest zło ani wyznacznik mojego życia.
(to tak jak w przykładzie z lizakiem i dziewczynką)

Dzieki temu ogólnie stałem się stabilniejszy emocjonalnie, bo nauczyłem się tego właśnie uporem i nie robieniem z emocji wroga!
Postawa zmienia się z czasem automatycznie, to nie wystarczy raz czy drugi odmówić i olać poczucie winy, bo pielęgnowałeś to latami, więc nieraz trzeba setki razy odmówić, nie rozdmuchując emocji.

A w końcu wiesz co się dzieje?
Teraz jak ktoś mnie próbuje uwikłać w coś emocjonalnego, czego zmienić i tak za niego nie mogę, od razu działam logiką, już nie mam wyrzutów sumienia, poczucia winy.
Bo zbudowałem sobie nowy sposób reagowania.
Twój umysł sam się uczy tego, jeśli ty z uporem i świadomie w to brniesz bez względu na początkowe emocje.
Ale zarazem rozumiejąc, ze te emocje to nie zło! I rozumiejąc, że te emocje pojawią się, rozumiejąc i akceptując to.

Z początku trzeba się pilnować co bywa trudne i energochłonne ale przecież masz cel prawda?
Po czasie już nie musisz się pilnować. Są, zobaczysz, że reagujesz już samoistnie, logiką i praktycznie.
Są oczywiście różne sytuacje, gdzie emocje także będą ale to już wtedy ty wybierasz a nie emocja i strach przed samą emocją ;)

Bycie emocjonalnym to nie wada! Ja nadal jestem emocjonalnym człowiekiem!
Wadą jest kierowanie się tylko emocjami.
Zmień to.

I o ile moja mama tego nie rozumiała, ja dzięki uporowi i zmianie mam o wiele lepsze życie jakościowo, i dzieki temu o wiele więcej mogłem wspomóc matkę w innych sprawach, niż kwestie, które i tak były z góry przegrane bo to ona tylko mogła je zmienić.
I to jest właśnie to co trzeba zrozumieć.
Jeśli dbasz o swoje życie, wybierasz je jako główny priorytet, i przepuszczasz emocję i nie trraktujesz ich jako zła, tylko rozumiesz, że to są twoje emocje, którymi nie musisz się kierować, i wybierasz logiczny upór bo to daje konkretny efekt.
To twoje życie ulegnie poprawie ale też wszystkich bliskich dookoła.
Bo nie będziesz sfrustrowany, agresywny, zły, poddenerwowany ;)

Kierując się logiką, jak byłeś zawsze emocjonalny, nie zmieniasz się w potwora i egoistę!
Bo emocjonalnośc zostaje ale jednak twój umysł po praktyce, przestaje reagować tylko emocjami jako pierwszą linią automatycznego działania.
Reaguje także logiką ale to ty masz nadal wybór do wszelkich decyzji.
Tym uporem oraz znajomością odwracania nawyków (choćby z zasad kształtowania asertywnych odruchów) zmieniłem dosłownie wszystkie efekty tych swoich konfliktów emocjonaolnych.
Może jedynie jeszcze nie do końca - nie zakładanie masek - mi wychodzi.
Ale to porusze w późniejszym czasie.

I zaznaczam, że ja do upartych osób nigdy nie należałem ale chciałem w końcu mieć inne życie.
A nie ma sposobu na zmiane postawy jak tylko działanie, najpierw zrozumienie, nabycie wiedzy, uświadomienie sobie a potem tylko działanie.
A że działanie utrudniają emocję bo zazwyczaj kierujemy się tylko nimi, trzeba na początek uprzeć się.


Przykładowo na krytykę od razu reagowałem smutkiem i złością.
Często nawet na zwykłym jakimś forum jak ktoś zwrócił mi uwagę, rozmyślałem o tym co napisać, odpisać, przeżywałem to jak ostatni kretyn.
Albo bałem się gdzieś iść, coś zrobić, bo opinia, bo krytyka.

Radziłem sobie z tymi emocjami potem grając w sumie w taką grę, gdzie efektem i motywatorem moich starań było:

poprawa jakości życia i wyjście z ograniczeń
kiedy tylko mogłem grałem na nosie emocji


Jak mnie ktoś krytykował to emocja szalała na początku oczywiście, to ja po złości jej, twardo mówiłem – nie odpowiem.
Szalała, szalała i przestała a świat trwał dalej a ja miałem satysfakcję. Co zresztą z czasem przyczyniło się, że jak była krytyka to nawet emocja już się jakoś specjalnie nie pojawiała, a jak pojawiała to w rozsądnej ilości, naturalnej, która nie zaburzała mi logicznych odpowiedzi.

Krótko mówiąc jeśli czegoś nie umiesz zrobić? Rób to! I ignoruj pojawiająca się emocję, która zawsze i tak mija.
A ty stajesz się powoli kimś lepszym, stajesz się wojownikiem :D


Tak się zresztą wkręciłem pamiętam w to aby zamiast życia emocjami, żyć uporem logicznym, że to stanęło na pierwszym miejscu w mojej uwadze.
Więc te opinie ludzkie samo przez się stały się mało wartościowe :D
Zmieniłem po prostu tym podejście do życia, bo dojrzałem coś dużo ważniejszego niż wszystkie moje inne obawy.
To, że czas płynie a życie ucieka a ja mogę stać się tylko w taki chyba sposób w końcu emocjonalnie sprawny.
A wszyscy ci, którzy z emocji walą krytykę, bezsensowną, oceniają nic nie wiedząc, nie są warci denerwowania tylko żal mi ich było.
Bo są ograniczeni przez działanie emocjami.

Tak więc od teraz nie tylko logicznie sobie tłumacz, wypisuj na kartce i cuduj za jakimiś technikami, tylko także rób to co sobie logicznie wytłumaczyłeś, uprzyj się, działaj, mimo tego, że na początku to kosztuje emocję.
Przypominaj sobie wtedy czemu to robisz i dlaczego i przede wszystkim dla kogo.


Teraz kwestia leków

Może ktoś w takim razie spytać, czy nie warto dlatego brać leków aby zmieniając postawę swoją i nawyk nie odczuwać tych emocji.
Ogólnie można.

Jednak ja jestem zdania, że problemem jest właśnie ta nieumiejętność odczuwania emocji bez reakcji na nią. Nie umiemy ignorowac emocji i robić to co chcemy robić logiką.
Więc jeśli leki wyciszą emocję to zmiana postawy wydawać by się mogła, że zaszła dośc szybko po jedynie zrozumieniu.
Problem może wystąpić po tym jak odstawimy leki i przy jakiejś sytuacji pojawi się emocja, i wówczas się okaże, że my znowu nie wiemy co z tym zrobić i znowu kierujemy się emocjami zamiast logiką.

A teraz

2 przykład:


Durgi przykład opisze już krócej :D
Chodzi oczywiście o zaburzenia lękowe.
Bo ogólnie przed tym przydługim :D opisem pierwszego przykładu zapodałem, że wychodzenie z nerwicy jako mechanizmu lękowego, nie różni się niczym od wychodzenia z nawyków związanych z konfliktami wewnętrznymi.

Wyżej opisałem właśnie te efekty.
Teraz krótko zaburzenie lękowe, choć w sumie pisałem o tym cały czas w tym wpisie od początku.
Weźmy tą obawę z oknem, strach przed zabiciem się i utratą kontroli.
Przy wychodzeniu z zaburzeń kluczowa jest także akceptacja, działanie na lękowe myśli na rozmaite sposoby od ośmieszania do odwracania uwagi na coś innego:

przyzwalanie a także właśnie często w przypadku obaw bardzo upierdliwych (bo mimo tego wszystkiego o coś się boimy, że się to jednak stanie) potrzeba jest „sprawdzenia nerwicy”, „poddania skarbu” ale to już wszystko wyżej opisałem.

Tu chcę tylko pokazać podobieństwo.
Sprawdzając nerwice i podchodząc do okna, odczujemy lęk – czyli emocje z uwagi na próbę zmiany nawyku, zmiany w naszym chorym stanie emocjonalnym, chcemy wpłynąc tym działaniem na podświadomość, która ma zakodowane, ze „jest się czego bać co z tym oknem jest związane”.

Jeżeli uprzemy się i logiką z myślą o celu i wyobrażeniem sobie efektu (wyjście z zaburzenia) i nie ulegniemy lękowi a przepuścimy go i pozwolimy mu trwać – bo przecież tak ma być.

To w sumie właśnie przekazujemy stanowi emocjonalnemu, że nie ma powodu być chory.
I dzieki temu krok po kroku wychodzimy z tego.
Tu też jest kłopot, że początkowo musimy się pilnować świadomie, świadomie sprawdzać, odwraca uwagę itd. A to męczy.
Ale z czasem zaczynamy robić to automatycznie, naszą reakcją na obawy jest powoli brak reakcji, odruchowa pewność, że to nic groźnego.
Dlatego tak się dzieje, że na początku uporem świadomym uspokajaliśmy stan emocjonalny.

Leki

Z lekami jest kwestia taka sama, uspokoją, ale jak się odstawi je to nawyk lęku i brak umiejętności odczucia tego wszystkiego, może spowodować, że przy najbliższej okazji jak powróci objaw, znowu wpadniemy w mechanizm nerwicy.

Teraz taka kwestia:
Najpierw konflikty, potem zaburzenie.


U mnie w sumie zrobiłem na odwrót, najpierw skupiłem się (tymi elementami o jakich mówię na forum), wyjść z zaburzenia lękowego a dopiero potem zająłem się asertywnością, krytyką, stosunkiem co do rodziny itd.

Bo zarówno efekty konfliktów wewnętrznych to są nieprawidłowe wyuczone reakcje, to według mnie trwające już zaburzenie lękowe to także nieprawidłowa wyuczona już reakcja, postawa polegająca na traktowaniu wielu rzeczy naturalnych jako zagrożenie, oraz wielu objawów układu nerwowego jako zagrożenie.
A poprzez dalsze wikłanie się w to, problem lękowy tylko narasta.
Dlatego potem trzeba to jako osobny nawyk odwrócić.

Nie upieram się przy swoim, są to tylko moje spostrzeżenia.

W kolejnych rozdziałach opiszę jak to praktykowałem w wypadku ataków paniki, w wypadku lęku wolnopłynącego, w wypadku natręctw i lęku społecznego oraz osobowości lekowej i unikającej.
A na koncu jak wpływałem tym na życie.
Choć to co wyżej jest opisane oraz w innych moich wpisach stanowi podstawowy wzór.

A teraz kwestia, co pomogło mi wynieść moje życie jako najważniejszy priorytet, spośród wielu wartości i obaw, do tego stopnia, ze to moje życie było celem uporu.


W poście poniżej poruszę kwestię uszeregowania prawdziwych wartości oraz zrozumienia prawdziwego sensu istnienia samych emocji.
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

26 listopada 2014, o 14:05

3. USZEREGOWANIE PRIORYTETÓW, ZNALEZIENIE PRAWDZIWEJ WARTOŚCI NADRZĘDNEJ.


Otóż jest to trochę kwestia religii i filozofii :D
Mianowicie może jak niektórzy również z was podczas zaburzenia lękowego próbowałem szukać jakiegoś pocieszenia a w zasadzie nie pocieszenia a pewności..., że warto toczyć „walkę”z nerwicą.

Każdy chyba z nerwicą boi się najbardziej porzucenia kontroli.
Bo boi się, że coś się wtedy stanie najgorszego z ich obaw.
Dlatego szukałem czegoś co pomogłoby mi w tym porzuceniu.
Dla przykładu szukałem upewnienia się, że śmierć nie jest końcem.
Bo wtedy nie wydawałaby się taka straszna oraz coś by temu wszystkiemu jakby nadawało sens życia i zmagania się, utraty jakiś wartości.

Dlatego czytałem wiele o śmierci klinicznej, potem od tego wątku doszedłem do buddyzmu i ogólnie religii wschodu.
Były to bardzo pouczające lektury z, których wyniosłem ważne kwestie.
Jednak nie dały mi ukojenia bo wiadomo, że tak naprawdę żadne księgi ani ksiązki ani filozofowie nie odpowiadają na najbardziej kontrowersyjne pytania, (bo potrzebna jest bardziej wiara) a jak to bywa w przypadku stanu lękowego, tam gdzie nie ma odpowiedzi tam od razu zjawia się dodatkowy lęk :)

Szukałem czegoś co pomoże mi oswoić te wszystkie lękowe obawy i któregoś dnia obejrzałem kawałek wywadu w którym brał udział Stanisław Lem.
Nie znam jego twórczości za bardzo. Jednak przykuło moja uwagę pytanie dziennikarza, o to co według Lema istnieje po śmierci.
Odpowiedział on, że według niego nie ma nic.
Dziennikarz zapytał czy to nie jest zbyt przerażające?
A on odpowiedział, że nie bo taka jest natura ludzka, żyjesz, kształtujesz się, umierasz.
Pomyślałem sobie wtedy kurde jak można mieć taką postawę, jak z taką postawą można spokojnie życ i rozwijać się??

Ale w późniejszym okresie to i właśnie zainteresowanie się religiami wschodu spowodowało, że właśnie wpłyneło to na moja postawę wobec lęków i obaw i samego życia.

I chcę tutaj zaznaczyć, że nie zostałem żadnym joginem :D

Ogólnie jestem osobą, która nie potrafi się zidentyfikować z konkretną religią, bo uważam, że każda religią ma czynnik ludzki, wiele zasad wprowadzone zostały przez człowieka, rzekomo w imię Boga.
Zasady te stawiają często znak zapytania czy tak naprawdę nie stoją w sprzeczności z Bogiem bo są zwyczajnie nielogiczne.
Ale to kwestia na inny temat :D

Po prostu religie wschodu a dokładnie to co o nich wyczytałem najbardziej mi przypadły do gustu, bo poruszają kwestię świadomości, podświadomości, wewnętrznego spokoju ducha.
Zwracają uwagę na emocje jako na coś pozytywnego. Poruszają kwestie opanowania, medytacji jako wyciszenia i relaksu.
Moim zdaniem jako jedyne prawdziwie poruszają duchowość ale w otoczeniu nie tylko ciała, lecz też właśnie psychiki.
A spełnienie można uzyskać nie tylko będąc szczęsliwym ale także i cierpiącym.
Poprzez nauki wyważenia emocji wobec zmienności losu i utraty różnych wartości.

Religie te stawiaja głównie tak naprawdę na zarazem rozwój osobisty jak i duchowy i przez to stabilizację psychiczną.
Jeżeli kogoś z was interesuje to czy skłaniam się w stronę jakiegoś wyznania czy kultu z tych religii, to nie.
Ale wyciągnąłem z tego wiele ciekawych treści.

Bardzo przydało mi się zrozumienie samej medytacji jako relaksacji i umiejętności przepływu emocji oraz myśli, podczas gdy świadomie robię co innego – relaksuje się.
Bardzo wiele dało mi pojęcie - skup uwagę na czymś innym.
Czyli idziesz ulicą jest hałas, mnóstwo ludzi, obserwują cię a tu za to uwagą obserwujesz ptaki, drzewa, niebo. Brzmi to być może dla wielu jak wizja mnicha oszołoma :D
Ale jednak świadoma uwaga i umiejętność jej kierowania na co innego była niezmiernie dla mnie ważna.
Bo nauka tego wymaga praktyki.

I nie, nie chodzi o to, że zmieniłem się w podskakującego z radości na widok wróbelka gościa w rajtuzkach :D

Ale jednak co by nie mówić uczenie się podczas medytowania (mimo początkowych trudności z uwagi na lęk) tego aby położyć się i świadomie uwagę kierować na inne rzeczy niż szalejące myśli i emocje, dało mi podstawy do wychodzenia z zaburzeń.
Dało mi podstawy do zrozumienia o co w tym wszystkim chodzi.

Inną sprawą były kwestie reakcji na zmienności losu.
Co prawda czytałem o ludziach, którzy potrafią okazać spokój emocjonalny na wielkie tragedie, na utratę wielkich wartości.
Ale to już zostawiam dla mnichów i osoby, które bardzo się z taką religią identyfikują.

Mnie na tym nie zależało ale wyciągnąłem z tego bardzo ważną nauczkę, w połączeniu z tym co wtedy Stanisław Lem powiedział o śmierci, doszedłem do jednego wniosku.
Czemu ja te wszystkie obawy o swoje najwieksze wartości uznaję za największe?

I tu w sumie doszedł do mnie sens mojego istnienia, sen tego po co tu jestem.
Sens ten pozwolił mi nie szukać już tak usilnie nagrody, która będe za to miał po śmierci, i pozwolił mi przestać szukać po co tu zyję i jestem.

Otóż zauważyłem, że osoby czy to duchowe jak mnisi, jogini o, których czytałem czy naukowe jak choćby Lem, stawiają na rozwój życia.
Układają się emocjonalnie, mają jakieś własne wartości, dążenia ale ogólnie stawiają na własne życie jako coś co jest nagrodą i dążeniem.
A to dlatego, że jak układasz sobie życie i nie chodzi tu o układanie życia tylko materialnie ale także filozoficznie a przede wszystkim emocjonalnie, układają ci się także inne rzeczy o wiele łatwiej, niż jak chcesz mieć wszystko i zaniedbujesz swoją emocjonalność.

Dlatego zastanowiłem się nad tym, że mam tak dużo strachu przed różnymi nerwicowymi obawami, mam w sobie tyle lęku o to, że stanię się to co mi nerwica podsuwa a tak naprawdę umkneło mi coś co jest ponad tym wszystkim bo z tego wychodzą pozostałe elementy, a mówię tu o swoim życiu i jego rozwoju.

Obawiam się o rodzinę, choroby, życie, szaleństwo, opętanie, kary od Boga, obawiam się tak wielu rzeczy a czemu nie obawiam się NAJBARDZIEJ tego, ze w tym całym galimatiasie tracę wartość, która jest ponad tym wszystkim!

I tutaj warto poruszyć sprawę rozwoju życia, rozwoju osobistego, bo zauważyłem, że dla wielu rozwój osobisty to zostanie chirurgiem plastycznym :) a wszystko poza tym wydaje się nieistotne, ewentualnie jeszcze dom, rodzina, fajna laska, samochód. Są priorytetami.
Ja to rozumiem, sam jestem człowiekiem co ma parcie na materializm.

Problemem nie jest dążenie do bezpieczeństwa materialnego czy jakiejś stabilizacji po prostu finansowej.
Nie dajmy sobie wmawiać, że to jest coś złego mieć jakąś ambicje czy pragnąć jakiś dóbr materialnych.
Tak to ja mógłbym myśleć gdybym wybrał drogę jezuity czy mnicha.
To wtedy owszem potrafiłbym z miejsca odrzucić te potrzeby.

Kwestia jaka się tu pojawia to pragnienia, ambicje a realne możliwości.
Nie oszukujmy się, nie każdy może być i nie każdy będzie chirurgiem plastycznym :)

Często jest tak, że warto zaakceptować jakiś obecny brak czegoś co pragniemy, czy jeśli próby zdobycia tego nie wychodzą ustawicznie, czasem warto skupić się na czymś innym.
Bo jak uczepiamy się tylko jednego pragnienia a ono nie nadchodzi lub umyka nam, stajemy się nieszczęśliwi i trwanie w tym blokuje z czasem samo w sobie zdobycie tego pragnienia, które ten galimatias spowodowało.
Czasem brak nam miłości, przyjaźni, chcemy ją mieć natychmiast a nie możemy bo to, że nam nie wychodzi powoduje presje, zaburzenie, i to w zasadzie uniemożliwa zdobycie jej.
Więc warto wtedy przerzucić naszą potrzebę na inne zajęcie, zając się czymś innym, inną dziedziną, która może nam pomóc podrasować życie.
Najczęściej dzieje się tak, że dzieki temu nie zamykamy się na dalszy rozwój życia, a czas i postępy sprawiają, że ta potrzeba, którą wcześniej tak pragneliśmy zdobyć, staje się faktem lub się przybliża.

Tak więc ogólnie mając na myśli rozwój własny nie trzeba wyobrażać sobie wybitnych osiągnięć.
Oczywiście jeśli masz możliwości a tylko np. potrzeba ci bardziej przyłożyć się do nauki czy wcześniej wstawać to trzeba się po prostu postarać.
Ale czasem nie da się przeskoczyć pewnych spraw i niektóre potrzeby mogą być zbyt daleko od naszych możliwości.
Wtedy warto szukać czegoś w co możemy się zanurzyć, bo rozwój życia to rozwój w choćby małych drobnych pracach, szczegółach, obowiązkach.
Czekanie na wybitne osiagnięcie i nie robienie przez to nic nie jest rozwojem.

Ale mówiąc o rozwoju własnym mam na myśli przede wszystkim emocje.


Zauważyłem kiedyś czytając o różnych terapiach, choćby terapie dla DDA/DDD (dziecko dorosłego alkoholika, dziecko z domu dysfunkcyjnego) czy inne terapie, to wszelkie konflikty w podświadomości sprowadzają się do emocji.

Wszelkie negatywne wydarzenia w życiu, złe wychowanie, krytykowanie itp. powodują, ze dana osoba dorasta i potrafi reagować w zasadzie tylko emocjami.
Przez to nie radzi sobie choćby z krytyką, bo na każdą zamiast reagować logiką i emocjami po równo, reaguje tylko emocjami. To powoduje duże ilości stresu, z czasem pogłębia się, powodując wpadanie w zaburzenia.

I sądzę, że wszelkie konflikty i powody sprowadzają się
właśnie do tego. Mówimy „bo jestem emocjonalny”.

W sumie możesz być taki, to nie jest złe.

Kwestią jest nauczenie się oprócz emocji myślenia logiką.

Problematyczne jest to, że często w swoim życiu nie zauważamy tego, chcemy brnąć do przodu sądząc, że emocje powinny same się ustawiać.
Być może są ludzie, którym się dobrze złożyło i nie mają z tym aż takich kłopotów.
Ale jednak duża ilość ludzkości ma, jedni większe drudzy mniejsze.

Dalszym problemem jest to, że jakoś panuje chyba przekonanie, że emocja za silna to emocja zła, emocja patologiczna.
Oczywistym jest, że jeśli ktoś nas skrytykuje, nie powinnismy odczuwać mega strachu, wstydu, upokorzenia, złości, żalu lub gniewu.
Ale przypominam, że dzieje się tak dlatego, iż tak się wyuczyłeś tego, taka reakcja w tobie siedzi, reakcja emocją zamiast po równo z logiką.
Z jakiś powodów tak reagujesz.

I tu problematyczne jest również to, że mam wrażenie iż trafiając do psychiatry czy psychologa również zostaje ta ważna kwestia pominięta.
Ale to nie dla tego, że to są źli fachowcy, tylko oni wykonują swoją prace zazwyczaj jako naukowcy. Czymś czego się nauczyli.
Niewielu psychoterapeutów odchodzi od tego co się wyuczyli choć prawdopodobnie nieraz zdają sobie sprawę z tego, że działaniem upartym i logicznym mimo emocji doszłoby w końcu do sukcesu ale nie mogą sobie na to zwykle pozwolić.
Dlatego, że jako osoby do, których pacjent powinien mieć zaufanie i traktując zaburzenia lękowe naukowo, jak na specjalistów przystało nie mogą oni jakby narażać pacjenta, na to, że przy nauce nowej postawy aby zamiast reagowania tylko emocją, reagowali również logiką, będą oni odczuwali silne różne emocje.
A to jako naukowiec i specjalista ograniczają zwykle lekami.
I wtedy często tworzy się kółeczko, bo na terapii dowiadujemy się wiele, zaczynamy siebie poznawać, widzieć różne sprawy a zarazem wszelkie trechniki racjonalizowania sobie, techniki mówienia sobie, afirmowania siebie, spalają na niczym, bo brak jest konkretnego uporu w działania logiką, pomimo tej emocji.
A znowu jak bierzemy leki i to one wygaszają tą emocję, to potem rodzi się problem, że jak leki odstawimmy, to my nadal nie wiemy co zrobić jak emocja się pojawi choćby po krytyce.

Dajmy na to masz wrażliwość na krytykę.
Powodem może być matka, która wiecznie krytykowała, a także może być co ciekawe matka nadopiekuńcza ;), może być środowisko gdzie cię krytykowano, rówieśnicy, różnie.
I każda krytyka dotyka cie do żywego, daje różne emocje, żal, strach, powoduje różne zachowania jak złość, albo wycofanie.

Jak idziemy na terapie, dowiadujemy się, ze to od matki nam się tak robi, że byliśmy krytykowani i teraz mamy taką nieprawidłowość w sobie.
Zaczynamy terapię, dostajemy racjonalizowanie, mówienie właśnie mam prawo do własnego zdania, mam prawo aby sprawdzić się itd.
Dostajemy wiele wyjaśnień i tłumaczeń.
Jak próbujemy podczas krytyki wdrożyc logikę pojawia się emocja, strach, lęk, niepokój.
Ta emocja jest wręcz koniecznością.
Problemem jest, że nie dostajemy zwykle o tym informacji.
I te emocje traktujemy jako coś zlego, jak zaburzenie. A zwykle po konsultacji dostajemy na to leki.
Leki może i owszem mogą przytłumić to i nam wydaje się, że wszystko razem idzie do przodu.
I to racja jest, leki czasem, pomagają skupić się na terapii.

Problem nastepuje jak leki odstawiamy a nasze emocje wracają do stanu sprzed leków.
I nagle krytyka – znowu emocja a my znowu czujemy, że się gubimy.
A tu trzeba powiedzieć sobie śmiało, jak czujemy krytykę i jesteśmy dotknięci do żywego, to z uporem logicznym trzeba przedstawić sobie racjonalne kontr-myśli - że np.
każdy ma prawo myśleć sobie o mnie co chce, ale ja mam prawo żyć i podejmować decyzje jak chcę.

I oczywiście, że to nic od razu nie da bo jak próbujemy wrażliwość na krytykę tak zbyć, to pojawia się jakaś emocja, czujemy nadal żal, smutek, przygnębienie.
Dlatego właśnie musimy mieć świadomośc tym razem, że ta emocja to nie jest zło!
To nie jest zaburzenie, ta emocja przyszła, bo próbujemy zmienić swoją postawę.
Ona odejdzie, jak każda emocja. Możliwe, że pomęczy długo, będzie dawała myśli różne.
Ale my przecież mamy także inne sprawy do roboty niż nadawanie temu uwagi, prawda?
Po czasie emocja znika a my mamy inny pogląd na emocję. Dzięki temu coraz łatwiej nam będzie zacząć do naszego tylko emocjonalnego życia i emocjonalnego reagowania wprowadzać logikę.

Z czasem staje się to tak oczywiste, że już nie potrzeba się pilnować i świadomie dawać sobie racji logicznych i założen, bo potem dzieje się to z automatu.

I to jest właśnie dla mnie rozwój osobisty. Nacisk w rozwoju położyłem na emocję.
Zrozumienie, że nie są złe, nie muszą być też dobre ale przede wszystkim mogą być neutralne mimo istnienia.
Jak cofnę się w lata wstecz, to najbardziej żałuję nie tego, ze nie poszedłem do razu na terapię, nie tego, że nie brałem leków ale tego, że swoją emocjonalność oraz wszelkie emocje, które wynikały z nieprawidłowych postaw i które wynikały z zaburzeń, taktowałem jako zło ostateczne.
Coś czego nie powinno absolutnie być i szarpałem się z tym, nadawałem im przez to ważności.

Nie dość, że jak próbowałem cokolwiek zmienić i pojawiaja się emocją to z nią się szarpałem, to jeszcze stosowałem zachowania unikające, czyli np. unikałem miejsc gdzie może być krytyka itp.
Ale podstawa zła leżała w braku zrozumieniu emocji.
Więc jak zmieniasz logicznym racjonalizowaniem i uporem w trwaniu w tym, swoje złe reakcje życiowe, czy może złe reakcje w zaburzeniu (strach przed chorobami, przed lękiem itp.) i samo racjonalizowanie nie pomaga, to znaczy, ze brakuje ci uporu.
A uporu zwykle brakuje dlatego, że zmiany te powodują przychodzenie emocji, a my je uważamy za zaburzenie, za coś czego ma nie być natychmiast, za coś co jest złem.
Do tego staramy się unikać tego aby one się pokazywały a to powoduje, że nasza reakcja nie zmienia się.

Dlatego trzeba pamiętać, emocja taka nie jest zła, jest ona efektem naszego uporu w logice, do czego nie przywykliśmy.
Mimo, że nas męczy, możemy robić inne rzeczy, zajmować się innymi sprawami, zbijac myśli (choćby zajęciem czasu) jakie ta emocja nasuwa, (nauczyła mnie tego dość dobrze medytacja o której napiszę później).
I wtedy nagle się okazuje, ze emocja zanika, myśli także nie są trwałe i im więcej takiego działania, tym bardziej wdrażamy w nasze odruchy logikę.

Tak samo jest w wypadku zaburzeń lękowych.
Nawet osoby, które przed swoją nerwicą, nie miały jakiś złych nieprawidłowych reakcji, a jedynie jakiś uraz stresogenny, który spowodował pierwszy objaw a potem narastanie mechanizmu nerwicowego, muszą wiedzieć, że własni o ni w nerwicy także po prostu przestają działać logiką, natomiast zaczynają dominować emocje.
I to już omówiłem w poprzednim rozdziale,.
Zasady uporu logicznego są takie same.

Oczywiście oprócz uporu logicznego, konsekwencji, które są według mnie podstawą do konkretnej zmiany, to mamy do pomocy potrzebne rzeczy takie jak np:

akceptacja, ignorowanie, niereaktywność (czyli brak reakcji na emocje i myśli), rozmaite działanie na mysli lękowe, a także medytację jako relaksacje i naukę przepuszczania i myśli i emocji mimo działania logiki i świadomości, hipnozę jako relaksację, i wiele innch technik i różnych sposobów na odprężanie. A także psychoterapię i wszelką pomoc specjalistów.
To wszystko co mi pomogło będę opisywał etapowo, w kolejnych rozdziałach.

Teraz wracam do tego co skłoniło mnie do znowu przydługiego :D opisu.

Więc zrozumiałem czym jest rozwój osobisty, zrozumiałem też, że żyjąc dłużej emocjami i strachem przed tak wieloma obawami, że utracę różne wartości, życie, zdrowie, rodzinę itd. stracę największą wartość, życie i rozwój emocjonalny.

A to tak naprawdę powoduje, że bez życia i rozwoju nie będe miał ani wartościowej egzystencji, ani zdrowia jak nalezy ani wartościowego wpływu na rodzinę.
Dlatego też moją duchowością wręcz można powiedzieć stały się emocję ale właśnie już nie aby tylko nimi dalej reagować i tylko nimi działać.
Teraz chciałem wdrożyć też w nie logikę a jak pisałem wcześniej wielokrotnie, to wymaga praktyki i jest możliwe tylko przez praktykę, i wymaga zrozumienia, że na początku tego będą pojawiały się emocje i będą one dłuższy czas trwały.
Dzięki temu życie i rozwój stanęły w szeregu wartości o jakie się obawiałem jako pierwsze.
Dołączyłem je tam przed wartościami o jakie mnie męczyła nerwica, że niby je rzekomo stracę.
Zrozumiałem też po swojemu sens życia.
Nie ważne czy stworzył mnie Bóg czy natura, chodzi o pielęgnację właśnie tego własnego życia najpierw, a potem dopiero idzie wszystko inne.

GŁUPIE PYTANIA :D

Tutaj chcę też poruszyć kwestię tego, że to, iż ja stosowałem „sprawdzanie nerwicy” logiczny upór mimo emocji, było kierowane na to aby dzięki temu mechanizm lękowy ze mnie zszedł, chochliki odeszły.
Natomiast upór mimo emocji logiką, na różne reakcje życiowe jak ta choćby nadwrażliwość na krytykę itd. było po to aby można było w relacjach międzyludzkich i na co dzień jakościowo lepiej funkcjonować.

Natomiast dostaję pytania w stylu:

„to ty teraz nie boisz się już w ogóle chodzić po ciemnym np. lesie?”
„to ty teraz jak idziesz nocą między kamienicami nie boisz się napadu”?


Jasne, ja teraz to ogólnie nocami brykam z łopatą na cmentarz i z wykopanych kości robię sobie wisiorki.

Kochani, to, że ja wdrożyłem w swoje automatyczne działanie w końcu także logikę, to nie znaczy, że całkiem wyeliminowałem swoje emocję.
Jak pisałem wcześniej po prostu z reagowania emocjami, teraz reaguję logiką z emocjami.
Już nie muszą się wysilać aby na krytykę dawać jakieś argumenty, teraz po prostu automatycznie od razu mam ją gdzieś, choć wiadomo, że krytyka czasem jest uzasadniona i są emocje, które mobilizują do zastanowienia się nad sobą.
Ale to już nie jest to co miałem kiedyś, gdzie każda krytyka powodowała, że trzęsła mi się z nerw głowa.
A wyeliminowałem to tym co opisałem w całym powyższym tekście.
Dlatego też, czuję w różnych sytuacjach realnego zagrożenia czy wyolbrzymionego przez np. ciemny cmentarz - strach :)

Zmienność życia

Dalej to co mi pomogło zrozumieć zainteresowanie się religiami wschodu to była kwestia pogodzenia się z stratami różnych wartości.
Często mówi się aby wyjść z zaburzeń czy być szczęśliwszym trzeba pogodzić się ze stratą życia czy czegoś co możemy stracić a jest dla nas ważne.

Nie wiem czy jest choćby ze 1000 osób na świecie, które by to potrafiły zrobić :D
No chyba, że jak pisałem wcześniej dla osób, które bardzo żywo interesują się formami „bycia świadomym” czyli różnymi religiami wschodu, mocno medytują i szkolą się w zakresie przepuszczania emocji, przy różnych wydarzeniach.

Sądzę, że to jest możliwe ale nie było dla przeciętnego gościa jakim jestem.
Dlatego też zrozumiałem, że to nie jest kwestia rozmyślania o możliwych tragediach i próby godzenia się z tym zawczasu.
Raczej kwestią jest pogodzenie się z tym, że żaden człowiek nie może kontrolować całkowicie swojego życia.

Nigdy nie będziesz w stanie tego zrobić, to jest fakt bezsporny.
Dlatego też to mi dało motywację do uporu w logice przy różnych obawach.
Bo choćby strach przed rakiem, który towarzyszył mi od 15 roku zycia w mocnej formie, czasem zanikał ale po krótki czasie pojawiał się na nowo, stale zajmując moje myśli a często i czas sobą. Bardziej się „rakiem” często zajmowałem niż innymi sprawami, które były czy to przyjemniejsze czy po prostu ważniejsze.

Dlatego trzeba zdać sobie sprawę, że świat rzeczywiście obfituje w choroby, wypadki, różne zdarzenia.
Natomiast co tobie własciwie dzieje się teraz?
Zaburzenia emocjonalne i ewentualnie nieprawidłowe reakcje życiowe.

I dlatego nie do końca rozumiem osoby (choć sam tak robiłem), które na dźwięk słowa rak albo schizofrenia trzęsą się.
Teraz wiem, że to błąd.
Rozumiem osoby, które wpadły w nerwicę i nie chcą o tych tematach nic słyszeć przez pierwsze miesiące.
Ale osoby, które po roku, 2, 7 na dźwięk słowa "rak" dostają drgawek już teraz nie rozumiem.
I nie dlatego nie rozumiem bo cwaniakuje i zapomniałem jak to jest ale nie rozumiem, że wybierają strach, nieprawidłową reakcje lekową, reagowanie emocją, niż logikę i własne życie.

Tak, trzeba powiedzieć, owszem na świecie są choroby jak rak czy schizofrenia.
Owszem nikt nie może mnie zapewnić, że kiedyś tego nie dostanę ale jak pisałem jesteś duchem świętym?
A skąd wiesz, że dostaniesz?
„abo objawy...”STOP.
A gdzie podstawowa praca i spakowanie objawów, mysli i lęków do kartonu z napisem zaburzenie, po zrobieniu badań i uzyskaniu raz od specjalisty potwierdzenia, że jestesmy zdrowi?

To mechanizm lękowy, więc to nie powoduje chorób żadnych.

Warto takie obawy „o coś co się nigdy nie wydarzyło” ustawić z innymi jak np. to, że możesz sobie siedzieć w domu i na głowę spadnie ci doniczka i utracisz swój zywot :)

Myslisz, ze to mało prawdopodobne?
Tak samo jak twoje obawy choćby o schizofrenię, czy utratę kontroli nad swoimi czynami.
Pamiętam kiedyś czytałem, że szedł sobie facet polaną i nagle skoczył bóbr mu do szyi i przegryzł aortę.
Tragedia ale wydało mi się to w tej tragedii komiczne, że facet zginął przez bobra.
Ale pomyślałem, że przynajmniej się nie bał.

A ja to w sumie czego się bałem się bałem? Wyobrażeń.

Tak samo może mnie też ugryźć bóbr, jak mogę dostać schizofrenię czy jakąś ciężką chorobę.
Nie mogę tego całkiem wykluczyć i nie ma sensu tego wypierać na siłę.
Ale jest sensem to aby zastanowić się, co tracę teraz w tym czasie póki nic się nie dzieje?
Tracę życie i jego rozwój i dlatego te obawy są tak naprawdę mimo wszystko mniej ważne.

Bo jeśli na strach przed schizofrenią reaguję zamiast tylko emocją, logiką i uporem, racjonalizacją,
„obecnie nic mi nie jest a jak będzie to i tak nie mam na to realnie wpływu, a życie tym i ciągłe upewnienia zabierają mi cały prawdziwy sens życia”

Oczywiście przyjdzie emocja jak, strach i niepewność, że jak przestanę o tym myśleć, to jednak dostanę ale jak ulegniemy emocji, to nic się nie zmieni, będziemy się tak stale bali czegoś.
Ale jak pójdziemy w uparte mając przed oczami cel (wolne życie od ograniczającego strachu) i emocję tą zignorujemy, czyli mimo niej nie będziemy czytać ponownie czy mamy szanse na raka czy nie, a do tego będziemy uwagę (na początku z wielkim trudem) kierowali na sprawy domowe, życiowe, przyjaciół, znajomych, gry, uprawianie seksu, pracę, szukanie rozwoju w pracy (kursy itp.)
To zwyczajnie emocja zniknie a my wpajamy sobie teraz powoli reagowanie na słowo „rak” także logiką.

Ja jak słyszę "rak" czy "schizofrenia" obecnie, to oczywiście wiem, że nie chcę tych chorób ale nie telepę się już.
Wiem, że nie mam wpływu na to, a ciągłe życie strachem zabrałoby mi ponownie wiele miesięcy i lat.
A moja uwaga szła by na bzdury niż na coś co może sprawić mi przyjemność i rozwój.

Dlatego wybierz w końcu najważniejszy priorytet.

Na koniec chcę dodać, że to też nie było tak, że poczytałem o joginach i nagle uświadomiło mnie i olśniło i wyzdrowiałem.
Wiele osób czytuje różne rzeczy, bo chce przemienić swoje życie ale to wszystko może mieć na ciebie wpływ.
Jednak jeśli emocjami żyjesz i podejmujesz decyzje, to i tak potrzebujesz zacząć działać logiką mimo emocji.

Tu jeszcze chciałbym dodać, że w taki sam sposób poprawiłem swoje optymistyczne podejście choćby do stresu. Do dziś się staram tego trzymać.
Zawsze potrafiłem się stresować nawet małymi sprawami.


Zawsze jak przychodził stres z uwagi na nawet choćcby małe zlecenie w pracy to miałem czarne wizje, myśli „nie uda się”. Bowiem jak zawsze pierwsze było co? Emocja.
Więc do dziś niektóre stresy wytrącają mnie przecież z równowagi, obawy czy się uda, czy nie polegnę przy tym zadaniu itp. Najczęściej mówie:
„będzie okey, przemyślę praktycznie czy dam rade to zrobić i się uda, jak nie spróbuję później lub spróbuję czegoś innego.”


I nie mam już obecnie takich emocji negatywnych a na początku jak próbowałem zagłuszyć reakcje emocją - logiką, to emocje szalały.
Tematy stresu męczyły, powracały co chwila ale to potrzeba wyrabiać sobie sumienność w tym a także wyrozumiałość dla swoich dzialań i ewentualnych porażek.
Zajmowałem myśli jak męczyły czymś innym, a sam stres i martwienie się traktowałem jako emocję, która jest ale mogę mimo to trzymać się logiki i oczywiście mimo wszystko szedłem zrobić co było do zrobienia a powodowało ten stres.
No bo jako człowiek mam jednak wolną wolę.
To naprawdę zmienia, obecnie jak się stresuję to poważniejszymi zadaniami a nie wszystkim co mnie dotyczyło.
A przede wszystkim - DAJE TO W KOŃCU EFEKT a nie jak wcześniej nerwy, nerwy, nerwy, i rzeczywistość i tak jaka miała być taka była :)

Ważne!

Trzeba też powiedziec sobie coś bardzo ważnego, ja te zmiany przestałem traktować jako dopust boży a zacząłem jako rzecz potrzebna i tak naprawdę w moim życiu najważniejsza.
Bo widziałem przed sobą cel i możliwy efekt, i sprawdził się, moje życie wygląda zupełnie inaczej bez zaburzeń i wielu wielu innych ograniczeń.
Dlatego ja nie traktowałem tego jako karę, potraktowałem to jeszcze zanim mi się poprawiło jako coś, co widocznie było potrzebne.

Ktoś może pomyśleć, że strasznie to upraszczam wszystko do jednej sprawy.

Otóż biorąc udział na forach internetowych, rozmawiając z ludźmi, bazując na ich i swoich doświadczeniach, stwierdzam, że psychologię i konflikty emocjonalne, zaburzenia lękowe, można sprowadzić do reagowania po prostu emocjami.
Mimo, że wiele osób przeżywa rózne rzeczy na swój sposób, mimo, że mieli rózne doświadczenia z przeszłości, to reakcje nieprawidłowe, które utrudniają życie czy relacje międzyludzkie, wynikają z zapatrywania się na wszystko emocjami.
A osoby, które wpadły w zaburzenia lękowe, wpadają w myślenie i życie także emocjami lęku, niepewności, depresji oraz obawami.

Więc dlatego upór i wdrażanie w swoje decyzje, działania logiką jest jedną z podstaw, która mnie pozwoliła wyprowadzić się na prostą.

Jeżeli chodzi o szybkośc z jaką można to wdrozyc, to oczywiście zależy w dużej mierze od twojej sumienności ale także od temperamentu danej osoby.
Jedni są ogólnie bardziej optymistyczni, inni mniej, bywa różnie.

Ja akurat zawsze należałem do najmniej optymistycznych ludzi jeśli chodziło o moje życie, a także nigdy nie należałem do osób, które myślały, że kiedykolwiek będzie u mnie możliwe reagowanie czymś innym niż emocjami.
Nie należałem do wojowników życia :D

A jednak zmiany poczyniłem wielkie, dlatego mówię, że ty także możesz.
Znajdź cel, znajdź wyobrażenie sobie efektu, chodź na psychoterapie, poznawaj siebie i upieraj się mimo emocji, czymś co cię ogranicza, lub powoduje, że stoisz w miejscu.
Napisałem tu także sporą krytykę leków :D
Nie chodzi mi jednak o to, że uważam wsparcie lekami za całkowity bezsens, jednak jestem zdania, że w całościowej zmianie powinny stanowić ewentualnie margines a nie główne leczenie.


O tym napisałem teraz a w dalszych częściach, opiszę pozostałe elementy układanki, które mi pomogły i te, które również dla mnie były niezbędne.

Podkreślam raz jeszcze, że to są moje tylko własne spostrzeżenia, a dokładnie jest to to, co mnie wyprowadziło na prostą.



W kolejnym wpisie napisze o AKCEPTACJI, MEDYTACJI (jako zrozumienie przepuszczania emocji i myśli), ATAKACH PANIKI.
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

30 listopada 2014, o 20:45

A więc zrobiłem pewne podsumowanie dotychczasowych elementów części 2.
Nie jest to streszczenie ale takie podstawowe punkty, choć i tak polecam odczytać uważnie całość i powoli :)


Zrozumiałem że aby zacząć wychodzić z nerwicy, należy uświadomić sobie czym w ogóle nerwica jest. mechanizm-lekowy-charakterystyka-t5227.html
Zrozumieć czym jest mechanizm lękowy. Nie jest on zdenerwowaniem się a jego regeneracja trwa dłuższy czas, i jest utrudniona przez podążanie za myślami lękowymi, skupianiem na objawach oraz lękach i często sytuacjach i "objawach" zuepełnie naturalnych nadając im rangę "niebezpieczny".


Dzięki temu mogłem bardziej stanowczo zapakować poszczególne elementy mechanizmu lękowego do kartonu z napisem - zaburzenie emocji - i traktować jako całość.

Doszedłem do wniosku, że samo zaburzenie jest tak naprawdę nawykiem, reakcją i postawą wyczuloną na "wyszukiwanie zagrożenia" utrwaloną z pojawieniem się pierwszego objawu lub ataku paniki bądź dziwnej myśli.

Zrozumiałem, że po krótkim czasie zaburzenie zaczyna żyć swoim życiem, zupełnie obok przyczyny, która to wywołała.
A dzieje się tak dlatego, że poprzez skupianie się na objawach oraz myślach wynikających z samego mechanizmu lękowego, oraz poprzez nadawanie rangi "niebezpieczny" zjawiskom naturalnym, stale SAMI przedłużamy regeneracje tego stanu.

Dlatego w końcu rozdzieliłem zaburzenia od innych problemów emocjonalnych, konfliktów jak np nadwrażliwość na krytykę. (dało mi to wytchnienie od obaw, że muszę poznać tajniki podświadomości bo inaczej zaburzenie nigdy nie minie)

Zrozumiałem bowiem, że odpowiednimi zabiegami oraz krokami i działaniem, mogę wyjść z mechanizmu lęku, zmienić na nowo postawę "wyszukiwania zagrożenia" na postawę zwykłą, tryb zwykły a nie defensywny i dzięki temu pracować nad ewentualnymi problemami osobowymi (jeżeli taki są bo wcale ich być nie musi) bez konieczności sięgania po leki, które mogłyby w przyszłości sprawić, że nadal nie będeęmiał rozpracowanego osobnego nawyku "siedzenia" w zaburzeniu.

Choć oczywiście wychodząc z zaburzenia, wychodząc w końcu z mechanizmu nerwicowego i postawy (spowodowanej przez zaburzenie) lękowej może zdarzyć się tak, że niektóre osoby mają dalej problem choćby dajmy na to nadwrażliwości na krytykę.
I np jakaś krytyka mocna może powodować doły czy też jakieś niepokoje.
Ale dzięki temu, że uzyskaliśmy świadomość czym jest lęk, nerwica oraz potrafimy już reagować na nie inaczej, niż poprzez zanurzanie się w tym i zastępowanie tym głównych problemów czy stresów, wikłaniem się w bezsensowny mechanizm lękowy, nie zrobimy z "muchy słonia" i nie wpadniemy w zaburzenie.
Innymi słowy doły i niepokoje miną a my możemy skupić się na realnym stresie czy problemie a także z powolnej zmianie choćby tej wrażliwości na krytykę.


Doszedłem do wniosku, że te wszelkie konflikty wewnętrzne to także po prostu nawyki pewnych reakcji nadmiernymi EMOCJAMI, które zostały utrwalone z uwagi na pewne wydarzenia/traumy z przeszłości.
(z uwagi na tego typu problemy warto korzystać chocby z terapii)


Dlatego np. wrażliwość na krytykę jest efektem wydarzeń z przeszłości, traumy, (krytyka rodziców, brak z ich strony zainteresowania, bądź choćby nieprzychylne środowisko szkolne. Co dalej za sobą ciągnie zwykle niską samoocenę i z uwagi na chęć "wybicia się z tego" dochodzić może do przerostu ambicji, potrzeb nad realne możliwości, co rodzi dużo presji i stresu) może rozpocząć naszą postawę reagowania na każda krytykę rozmaitymi nadmiernymi emocjami.
A, że nie rozumiemy tego to stale reagujemy tylko taką reakcją. Do tego jak próbujemy inaczej reagować p to pojawiają się różne emocje przez, które szybko rezygnujemy.
To powoduje ciągłe trwanie w jednej postawie.


Jednakże wychodzenie z zaburzeń, z mechanizmu lękowego pokazało mi, że w zasadzie nawyki siedzenia w zaburzeniu nie różnią się wiele od nawyków i nieprawidłowych reakcji osobowych, będących efektami różnych dawnych traum, stresujących ciągów wydarzeń.

Dzięki temu pojąłem, że to iż próbuję czasem postąpić inaczej niż dotychczasowa reakcja, (czyli np do tej pory się wszystkim przejmowałem a zaczynam się po prostu nie przejmować), powoduje różne emocje ale to nie jest to złe ani nieprawidłowe.
O ile oczywiście to wiemy i to rozumiemy bo tak to te emocje będą nas nękać a jak to rozumiemy to zwyczajnie możemy te emocje sprowadzić do ich prawidłowego miejsca.


Prawidłowym miejscem emocji jest takie, że jeśli nawet występują możemy mimo to kierować się dalej umysłem praktycznym i logiką.
O ile na początku jest to trudne z czasem kształtujemy mimo wszystko nowe postawy.
Bo dzięki temu do reagowania emocjami zaczynamy w końcu dodawać logikę i zamysł praktyczny.


Zrozumiałem, że czy to w zaburzeniach czy w wypadku zmian postawy powiedzmy to życiowych, emocje przy tym występujące to norma, a nawet potrzebna norma.

No i ostatnie uszeregowałem priorytety:

w wypadku zaburzeń:
przestałem tak bardzo stawiać na pierwszym miejscu te wszelkie obawy nasyłane mi przez nerwicę, (no bo przecież wynikały one tylko z mechanizmu lękowego)
a postawiłem jako cel nadrzędny wszelkie działania przeciwko temu, bo efektem miało być w końcu wolne życie od lęków. Chciałem bez obaw i wiecznych myśli lękowych i objawów w końcu sobie żyć.


W wypadku korygowania nawyków nieprawidłowych reakcji życiowych:
przestałem tak bardzo stawiać na pierwszym miejscu opinię innych, krytykę, potrzeby wybitnych osiągnięć ponad możliwości a skupiłem się na tym jak moge praktycznie i całkowicie na opak emocją zmieniać swoje działanie, aby stało się ono bardziej logiczne niż emocjonalne.
I to pomimo tego, że na początku emocje i tak są silne i próbują dominować moje reagowanie i wybory życiowe.


Powyższa część jest to wstęp.
W dalszych elementach będę wyjaśniał poszczególne swoje zaburzenia oraz życiowe skrzywione postawy i sposoby w jaki na nie reagowałem.
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

5 grudnia 2014, o 14:59

4. AKCEPTACJA

O akceptacji w zasadzie wiele nie będę tutaj jednak pisał. To znaczy tak w sumie o akceptacji to już na potrzeby tego wpisu wcześniej napisałem ale...potem skopiowałem omyłkowo plik na plik i wpis o akceptacji się niestety usunął.
Jednakże w tym samym czasie robiłem z Divem nagranie i wszystko to co w wpisie było zostało nagrane :)
Dlatego też odsyłam na do nagrania segment-1-istota-akceptacji-t5203.html a takze i na przykład do tego wpisu gdzie o akceptacji pisałem podsumowanie-leczenia-plus-nowy-wazny-e ... t3862.html a w sumie o akceptacji także jest ten wpis choc także o czymś innym akceptacja-zaburzenia-oraz-wiara-ze-to- ... t3619.html

Tutaj w zasadzie nakreślę ogólnie kwestię akceptacji oraz wymienię jak akceptacją posłużyłem się ja.

Akceptacja jest w zasadzie przeciwieństwem skupiana się na swoich lękach, objawach i myślach natrętnych.
Oczywiście pierwsza myśl wielu z was to – jak się nie skupiać skoro to jest tak silne.
Owszem jest, bo stan emocjonalny, który przy nerwicy jako jedyny w zasadzie można powiedzieć choruje, potrafi wpływać na ciało i dawać rozmaite objawy fizyczne ale także psychiczne, potrafi również zapewniać nam świeżutką porcję natrętnych straszaków myśli oraz obaw.
Jednakże nie jest niebezpieczny.
To oczywiście mało kogo pociesza.

Ale okres pocieszania powinien w którymś momencie waszą własną decyzją minąć :) i powinien zostać krok po kroku wprowadzany okres wychodzenia z mechanizmu lękowego w którym mocno siedzimy.
A to właśnie można robić poprzez choćby te praktyki opisywane na forum.
Wtedy w zasadzie pocieszanie się i tylko "uspokajanie" powinno schodzić z pierwszorzędnej lini naszej obrony, bo stosując tylko te dwa aspekty czyli pocieszania się i uspokajania, nie robimy za wiele jeżeli chodzi o samo wychodzenie z nerwicy.
Chociaż te etapy uspokajania są moim zdaniem również potrzebne bo tym także zdobywamy wiedzę.
Ale w którymś momencie mimo trudności należy iść dalej.

Aby ruszyć dalej dość potrzebna jest do tego akceptacja. Dzięki temu oraz wprowadzając w życie techniki mające na celu wybicie się z mechanizmu lękowego, coraz mniej będziemy skupiali się na objawach czy myślach natrętnych.
Nie ma to oczywiście polegać tylko na odwracaniu uwagi od natrętnych myśli czy objawów.
Bowiem również trzeba praktykować (dzięki posiadanej wiedzy) z uporem brak nadawania dużej wartości takim natrętom czy objawom.

Ale powoli, teraz akceptacja:

Zaakceptowałem fakt, że zaburzenie lękowe nie oznacza, że jestem słaby.

Ogólnie rozpatrywanie zaburzeń emocjonalnych na "słaby" – "silny" jest bezsensu.
Po prostu te słowa źle się kojarzą, bycie słabym dołuje.
Bardziej jak już miałbym rozróżniać to stosowałbym "emocjonalny" - "logiczny, praktyczny".
I też nie stosuję takiego różróżnienia dla pokazania co jest złe a co dobre.

Jak pisałem we wcześniejszych wpisach bycie np. emocjonalnym nie jest według mnie wadą o ile nauczymy się wdrażać też logikę w swe działania..
I to tyczy się nie tylko życia ale także zaburzeń gdzie przecież reagujemy wkoło na wszystko choćby strachem i idąc za tym blokujemy logiczne i świadome myślenie.
Reagowanie tylko logiką czy praktyką w całym życiu też nie jest aż takie super, chyba, że tyczy się to samego zaburzenia, to według mnie owszem bo dość szybko wychodzimy wówczas z mechanizmu nerwicowego.

I dlatego mówiąc o zaburzeniach to właśnie choćby udział na forum i poznanie setek ludzi i ich historii przekonało mnie, że podział na słaby i silny jest błędny.
Podział na emocjonalny i logiczny jest bardziej słuszny choć też nie we wszystkich przypadkach.
Wiele osób mówi takie często słowa "byłem słaby psychicznie i mam teraz nerwicę".
To jest takie dobijanie się w sumie i nie chodzi tu tylko o grę słów ale pokazuje brak zrozumienia swojej emocjonalności.
Bowiem ta "słabość psychiczna" to po prostu nadmierna emocjonalność, kierowanie się emocjami zamiast często w potrzebie logiką i zamysłem praktycznym.
Ale o tym pisałem w 3 elemencie części 2.

Natomiast sama emocjonalność może owszem prowadzić szybciej do zaburzeń, z uwagi na to, że jak reagujemy prawie TYLKO emocjami to często niesie to za sobą wiele ciężaru, presji, stresu zakładania różnych masek czy udawania kogoś kim nie jesteśmy.
Łatwo wtedy wpaść w mechanizm lękowy.
Dlatego też taka osoba powinna powiedzieć:

akceptuję to, że zawsze byłem emocjonalny i przez to doprawiłem się zaburzeń emocji, czyli zaburzeń lękowych.
Ale zarówno emocjonalność to nie koniec świata bo wprowadzenie do tego umiaru i reakcji logiką jest możliwe, to i samo zaburzenie także nie koniec życia bo z kręgu lęku się WYCHODZI.


Ktoś może więc pomysleć a jeśli ja nie byłem aż tak emocjonalny? Zawsze lub często twardo stałem na ziemi?
Otóż to również wcale nie chroni przez zaburzeniami emocjonalnymi.
Wystarczy duży stres, jakaś trauma (choćby zażycie substancji psychoaktywnej) i możemy wpaść w mechanizm lękowy.
A wpadnięcie w zaburzenie oznacza nie mniej nie więcej, że nagle stajemy się emocjonalni jak cholera :) Bo głównymi emocjami jakimi wtedy żyjemy jest strach i lęk bądż depresja.
To częsty problem osób, które przy nerwicach nagle trzęsą się, boją, płaczą, czują bezsilni, wrzeszczą, złoszczą a do tego zawsze byli "stabilni."
Ale to przy zaburzeniach możliwe.
Więc takie osoby powinny mówić:

akceptuję to, że to, iż zawsze stałem twardo lub mocno na ziemi ale jednak wpadłem w bezsensowny stan lękowy i potrzebuję teraz wykroczyć poza jego barierę.

Co by nie mówić uparte trzymanie się logiki, czyli wiara w zdrową własną świadomość mimo emocji i całego mechanizmu lękowego zawsze szybciej powoduje wyjście z zaburzenia.

Miałem o akceptacji napisać krótko a tu pierwszy punkt i się zaczyna :D A więc:

zaakceptowałem to, że zawsze byłem bardzo emocjonalnym człowiekiem i to szybko spowodowało u mnie zaburzenia.
Jednak moja emocjonalność nie była wadą a jedynie problemem, z uwagi na to że była najczęstszą reakcją jaką się kierowałem.
Zaakceptowałem również to, że mam stan zaburzeń emocji, czyli zaburzeń lekowych. W których jako jedyne pochorowane są emocje i wpływają na ciało, myśli ale nie są w stanie zrobić mi krzywdy.


Zaakceptowałem to, że myśli strasznie głupie, dziwne przerażające, a zarazem przeskakujące z jednej na drugą w różnych odstępach czasowych, są wynikiem samego wystraszonego stanu umysłu, który jest opisywanym przeze mnie często mechanizmem lękowym.
Zaakceptowałem fakt, że ciągle analizując daną myśl i nadając jej rangę "niebezpiecznej" sam przedłużam swoje stany i bardziej wpajam postawę wyczulenia.


Zaakceptowałem fakt, iż objawy jakie nagle się pojawiają mimo, że czuję się w danej chwili "spokojny" i " o niczym nie myślę" są efektem samego stanu lękowego.
I mogą się pojawiać nawet wtedy gdy pracuję nad sobą.
Mogą się także pojawić objawy, które już minęły bo wychodząc z nerwicy nie wychodzimy z objawów ale całości zaburzenia.

Zaakceptowałem to, że przy nerwicy, dopóki mój stan emocjonalny nie wyciszy się (samemu świadomie się go do tego przekonuje) mogę odczuć lęk "bez powodu", napięcie, a nawet atak paniki może nagle nadejść, mimo, że dawno nie odchodził.
Zaakceptowałem, że to nie są nawroty "do początku".
Przyjąłem do wiadomości również fakt, że przy "chorym stanie emocjonalnym" mogę szybciej wpadać we frustrację, złość, gniew, i nie jest to nic nienormalnego.


Zaakceptowałem fakt, że nerwica to nie tylko myśli – obawy, lęk, czy objawy ale także to, że mój stan umysłu przez rozbiegane emocje jest nastawiony na "wyczuwanie zagrożenia".
Powoduje to wyolbrzymianie swoich stanów oraz objawów z nich wynikających ale co gorsza traktowanie wielu zwykłych spraw (jak choćby czasowej dezorientacji po szybkim wybudzeniu się) jak objaw nadchodzącego realnie kataklizmu.
Zaakceptowałem więc to, że teraz będę łapał się na tym i odpuszczał – "sprawdzał nerwicę" zamiast się uspokajać.
Oraz zaakceptowałem, że ta postawa zmieni się jak będe mimo emocji i obaw trzymał się logiki, nie tylko tłumaczył sobie ale także mówił "zapraszam".


Zaakceptowałem również to, że na to potrzeba niestety czasu oraz, że samo uświadomienie sobie tych rzeczy nie sprawi, że z tego nagle wyjdę.
Bo uspokajanie się pomaga i daje wazne punkty ale nie odburza, a z czasem robi się pewną formą ucieczki przed odburzaniem, formą "użalania się" i skupiania na objawach, lękach i myślach.


Teraz kwestią jest to, że mnie wiele miesięcy zajęło dojście do tego co akceptować.
I niech nikt z was nie pomyśli, że ja sobie to zaakceptowałem powiedziałem czy napisałem i trolololo byłem zdrów.
Bowiem dłuższy kolejny czas kosztowało mnie to wiele cierpliwości i wahania się tych stanów.
Choć nie mogę powiedzieć, bo gdy poważnie zacząłem z uporem trzymać się tych wszystkich technik wychodzenia z mechanizmu lękowego to ostre stanu poprawiły się w ciągu dość szybkim bo 3-4 miesiące.
To jednak kolejne miesiące to były stałe wahania przy pojawianiu się i wracaniu różnych objawów, ataków czasem nawet paniki, lęków, wielu emocji rozdrażnienia, a także wielu myśli natrętnych i straszaków.
Wiele nocy było nieprzesypianych z uwagi na to.
To nie było tak, że minęło mi to w tydzień.
Swój w miarę dokładny czas wychodzenia z zaburzeń napiszę na koniec całej części 2.

Jednak było to warte tego, bo po pierwsze "naumiało" mnie świadomego życia pośród emocji i myśli.
Dzięki temu powiedzmy w przyszłości w razie gdyby dajmy na to zostawiła mnie żona i czynnik ten byłby stresogenny na tyle, że przyszłyby objawy stresu, które łatwo mogą przemienić się w zaburzenie, już nie doszłoby u mnie do tego.

Moim uporem a dokładnie motywacją w tym uparciu się było to, że:

zaakceptowałem fakt, iż wszelkie obawy jakie nasyła mi lęk nie są warte mojej uwagi.
Bo właśnie przez to, że tą uwagę im nadaje, moje życie samo w sobie jest bez wartości, nie ma w nim praktycznego celu. To chciałem w końcu zmienić i to stało się moim priorytetem.



4. MEDYTACJA / Co wyniosłem z nauk mnichów :D


Wyniosłem na pewno sporo choć akurat ja czytając o filozofiach/religiach mam tendencję czytania o tym z tak zwaną otwartą głową, a to mi w sumie pomaga w interesowaniu się takimi tematami.
Bo nie biorę od razu wszystkiego za pewnik a jedynie wybieram to co kluczowe dla mnie.

Tak samo było z religiami wschodu, oświeceniem :) i w zasadzie pomogło mi to zrozumieć zależność a zarazem możliwą odrębność świadomości a myśli i emocji.
A także pomogło mi poszeregować priorytety.

Poszeregowanie priorytetów było kwestią niezmiernie ważną w moim procesie odburzania.
Dlatego jak po wklejeniu wpisów 2 części, które znajdują sie powyżej, zacząłem dostawać pytania czemu nie ma opisu jak wyjśc z lęku, zacząłem się zastanawiać czy ja to niezrozumiale napisałem, czy może po prostu ludzie chca się skupiać tylko na konkretnym czymś co pomoże wyjść z lęków.

Takie konkretne coś może wymagać jednak zrozumienia również naszego stanu emocjonalnego, zrozumienie jego istnienia, niezależnie od świadomości a także choćby wyjście naprzeciw obawom.
Mnie nie odburzyło tylko i wyłącznie ignorowanie objawów i sprawdzanie nerwicy a także niereaktywność.
Bowiem trzeba mi było także prostego zrozumienia zaburzeń emocji oraz innego spojrzenia na nie i objawy oraz obawy.

I to właśnie praktyki różnych joginów dały mi podstawy aby to zrobić, dały mi podłoże do gruntownych przemyślunków.

A mianowcie zrozumiałem, że żadna z osób dążących do oświecenia poprzez rozwój wewnętrzny/duchowy nie miała praktyki "stoickiego spokoju" nabytej od razu.
Wielu z nich dążyło do tego miesiącami a zaawansowani zapewne latami praktyk.

Oczywiście ja to uprościłem sobie, bowiem są różne nazwijmy to kulty dążenia do oświecenia, nurty, szkoły, ale mnie w zasadzie do niczego ta różnorodność konkretnie się nie przydała.
Natomiast zrozumiałem, że dążenie do stoickiej postawy, czyli zachowania spokoju wobec zmienności losu, jak i straty było poprzedzone zapewne dłuższa praktyką.

I osoba, która do takiego nazwijmy to oświecenia dążyła, musiała na początku odczuwać silne emocje jak każdy z nas w wypadku jakieś np. złej wiadomości.
Dążenie do stoickiego spokoju, spokoju ducha to jednak nie szarpanie się z emocjami, a także to nie kontrolowanie emocji siłą woli. Emocji nie da się tak kontrolować, bo to przynosiłoby odmienny skutek.
Osoba, która dąży do umiejętności zachowania spokoju, potrafi rozdzielić strefę emocji od sfery myśli oraz świadomości.
Dzięki temu puszcza emocje a dokładnie stosuje wobec nich brak reakcji. Nie szarpie się również z negatywnymi myślami, dostrzegając je ale traktując neutralnie a nie jako wyznacznik zachowania.
A co tej osobie pozwala na takie działanie? Własnie świadomość/logika.
Taki mnich jako swój główny cel stawia sobie rozwój wewnętrzny, nauka zachowywania stoickiej postawy, jest dla niego w tym momencie najwazniejsza, ma on rózne powody aby to osiągać, a to jego wiara, a to po prostu dażenie do takiego stanu i umiejętności. Nie ważne są powody celu, on po prostu taki cel chce osiągnąć, mimo innych trudności czy obaw.

I w momencie złej wiadomości lub nawet tragicznej informacji, oczywiście, że odczuwa on emocje, ma również wiele myśli ale logicznie trzyma się tego, że musi to przepuścić, bo dzięki choćby medytacji uczy się tego, że emocje i myśli przemijają.
A świadomość nie, decyzje świadome nie przemijają i dają konkretne efekty.
Z czasem takich praktyk coraz mniej emocji pojawia się w nadmiarze (nie znikają one jednak całkiem) a działa coraz częściej sama świadomość, i tak osiągają oni w zasadzie spokój ducha.
Bo potrafią się logicznie odnieść do różnych wydarzeń ale zarazem nie są robotami bez uczuć.
Wręcz przeciwnie, potrafią okazywać ciepło i miłość, bo sami są spokojni.

Zrozumienie tego bardzo mi pomogło.
I czy ja pisze to bo stałem się jak jakiś jogin odporny na wszelkie zmienności losu?
Nie.
I chociaż imponowały mi umiejętności różnych joginów, którzy żyli bardzo świadomie, to akurat to nie było moim celem.
Chociaż wychodzenie z zaburzeń oraz różnych cech osobistych, które mnie blokowały, pokazały mi, że spokój ducha osiągany w taki sposób jest w zasadzie realnie do osiągnięcia.

Jednakże ja wykorzystałem to u siebie do poprawy różnych reakcji, reakcji na stresy a także własnie zaburzenie.
Bo jak się czymś wkurz to musz sobie ryknąć :D choć wiem dobrze, że wcale bym nie musiał ;) .

Dojrzałem w zasadzie jakie możliwości mam dzięki temu w wypadku własnych zaburzeń lękowych.
A mianowicie mimo różnych starań, w którymś momencie blokowało mnie zawsze jakieś nerwicowe ALE, jakaś obawa, której się bałem.
Porzucanie skarbu, sprawdzanie nerwicy (ryzykowanie) czyli innymi słowy porzucanie kontroli wydawało mi się bardzo trudne.
Stosowałem akceptację, ignorowanie objawów, starałem się w którymś momencie mocno ale - ALE było jednak nadal silne.

Jednak robiłem błąd tego typu, że jakby ktoś mnie się zapytał co jest moim celem? Powiedziałbym, że wyjście z zaburzenia.
Ale jak tylko przychodziła dajmy na to jakaś natrętna myśl (a przychodziły ciągle), która dawała obawę, to mimo wszystko zapominałem o celu i drążyłem samą obawę, analizowałem myśl, bałem się przestać o tym myśleć, zwracać na to uwagę.
Dotyczy to także objawów oraz samego lęku.
No bo jak można mówić, ze celem jest wyjście z zaburzenia a zarazem ustawiczne zwracanie uwagi na jego straszaki i przez to tkwienie w nim.
Nasze świadome działanie mija się z celem w takim razie.
Dlatego te postawy joginów różnego rodzaju pokazały mi, że oni mając także objawy, emocje, myśli (tak, oczywiście, że zdaje sobie sprawę, ze przy zaburzeniu to jest wszystko cięzsze i mocniejsze ;) ) ale zarazem trzymają się celu i świadomie przepuszczają to, pozwalają na to i tkwią we własnym uporze, który ma im dać okreslony efekt.

Dlatego własnie ja część 2 zacząłem od pisania o logice, świadomym uporze względem zaburzeń, obaw nerwicowych.
Bo to również była dla mnie kwestia ważna, bo zacząłem patrzeć na zaburzenie i wszystkie jej elementy jak - mysli, objawy, obawy, lęk, postawa wyłapująca zagrożenie, - nie jak na coś co mnie atakuje a ja musze z tym się szaprać i walczyć.
Bowiem stany te mimo wszystko wynikają ze mnie, a dokładnie z mojego chorego stanu emocjonalnego.
Pozwoliło mi to powoli oczywiście, nie traktować już objawów, lęku, myśli i obaw jako czegoś co mi zagraża, bo to powoduje, że oddalam się od celu a nie przybliżam.
I powoli mogłem coraz bardziej z automatu na wszelkie obawy, objawy, myśli i lęki reagować nie strachem ale od razy myśleniem jak rozbić i zignorować, daną myśl, obawę, objaw czy lęk. Bo to przybliża mnie własnie do celu.

Czyli na myśli, obawy, objawy przestawałem powoli reagować pytaniami "skąd to", "dlaczego to", "po co to", "kiedy minie, "a co jeśli się to stanie" itp tylko w końcu własnie świadomym wyborem (to jest zawsze sprawna rzecz w zaburzeniu – świadomość) akceptowałem, ignorowałem, ośmieszałem, wyszydzałem, a także porzucałem skarb- "ryzykowałem"-"sprawdzałem nerwicę", bo wybrałem ratowanie ogromnego bogactwa. Czym było życie wolne od takich lękowych ograniczeń.

Więc może też spróbuj teraz świadomie dokonać wyboru i na myśli, objawy i obawy takze tak reaguj?
Bo przecież świadomość działa tobie doskonale, masz pewnie już wiedzę na tematy czym jest nerwica i natręctwa, a jeśli nie to poszerzaj ją.
Dobrze wiesz, że myśli natrętne cię strasza po raz któryś, pozwól sobie na sprawdzenie ich realności. Jeżeli nawet nie możesz ich sprawdzić w tej chwili, bo np. straszą cię, że jesteś homoseksualistą, to logicznie sobie postanów, że i tak żyjesz dalej, bo dobrze wiesz w głębi siebie, że nim nim jesteś ;)
Daj czas tak to natręctwom aby pokazać realnośc tego, niech czas zweryfikuje ich rzekomą prawdę, ale ty teraz żyj pełnią życia i zajmuj się różnymi swoimi sprawami, porzuć kontrolę i nie weryfikuj co godzina czy natręctwo ma rację czy nie!
Odpuśc to i kieruj się logiką i intuicją, ignoruj natrętne straszaki.
A zobaczysz, że ignorowany lęk, i straszaki odpuszczą a logika i twoja świadomość wygra.

Porzucaj kontrolę w imię większego bogactwa, świadomie, bo nic ci nie zagraża, to jedynie szalejące emocje. Ale o tym już pisałem w poprzednich elementach części 2.
Bo to jest ogólnie rzecz biorąc twój wybór a cel przecież dobrze znasz.

Uszeregowanie tych priorytetów, czyli postawienie na czele największego bogactwa - życia własnego - zamiast drążenia obaw i myśli, ciągłego poszukiwania co mi jest i kiedy minie, oraz zamiast szukania wymówek do działania dla przykładu - "bo ja to niby mam gorsze", zacząłem powoli myśli i obawy oraz inne elementy mechanizmu lękowego mechanizm-lekowy-charakterystyka-t5227.html traktować jako coś co mi JUŻ NIE zagraża ale coś co jest upierdliwie natrętne, i szukałem momentalnie sposobu jak mogę to natręctwo oszukać i je zignorować. Sprowadzić do poziomu wartości - "śmiecia." Bo cel był przecież jakże wybitny i opłacało się upierdliwie trzymać nowego postanowienia i nowej perspektywy.

To co mnie pokazało czym różni się świadomość od myśli i emocji jest MEDYTACJA.
Nie mam tutaj na myśli jakiś medytacji rodem lewitacji :D
Tylko wyciętą na potrzeby relaksacji i psychologii medytację relaksacyjną, o której chocby Divin medytacja-relaksacyjna-t3421.html napisał na forum a ja dodałem swoje 3 grosze medytacja-relaksacyjna-czesc-2-oczyszcz ... t4590.html

I własnie tutaj poruszę pewien temat

Medytacja a kwestie religijne

Często osoby będące katolikami mają obawy czy kwestia medytacji nie jest sprzeczna z ich wiarą.
Z uwagi na to, że czesto w nerwicy występują natrętne myśli, to mogą one dotyczyć kwestii medytacji jako grzechu. Ja np. tak miałem.
No ale wiadomo, że natręty to NIE wyrocznie :)
Ogólnie od księży również w większości można usłyszeć, że medytacja to jest grzech, niewierność wobec swojego wyznania.

Wynika to z uwagi na łączenie medytacji od razu z wszelkimi religiami jak np.buddyzm.
Jednak medytacja relaksacyjna nie ma kompletnie żadnego związku z jakąkolwiek religią, ona ma uczuć nas po prostu relaksacji oraz umiejętności skupienia świadomej uwagi mimo myśli i emocji.
Medytacja taka to nie tylko przecież siedzenie okrakiem i wymawianie oooouuummm,aaaauuummmm :)
Medytacją, są również choćby spacery i skupianie uwagi na ich pięknie.
Sam Jan Paweł II, który spacerując po górach "wyłączał się" i swą uwagą podziwiał piękno, tak naprawdę medytował.
Nikt tu nie mówi przecież o modlitwie poprzez medytację, czy kłanianie się glinianym bożkom.

Bóg miałby poczuć się zniewazony przez to, że ćwiczy się uwagę i dzięki temu można wyuczyć się innego spojrzenia na myśli i emocje, a dzięki temu choćby na stres?

Moim zdaniem osoby, które mówią, że taka forma ćwiczenia uwagi jest grzechem i skazuje nas na potępienie, stawiają samego Boga w niekorzystnej sytuacji, jako nielogiczną istotę.

A przecież Bóg stwórca wszystkiego, niewątpliwie sama potęga miłości, stwórca materii, wszechświata, działania grawitacji, stwórca matematyki, zasad fizyki kierującymi wszystkim co widzimy i słyszymy jest zapewne istotą całkowicie logiczną.
W głowie mi się dlatego nie może pomieścić, że miałby karać za to, że ćwiczę świadomą uwagę i dzięki temu staję się lepszym człowiekiem. Bo to byłoby całkiem nielogiczne, niepodobne do stwórcy.
Straszenie według mnie, że medytacja relaksacyjna, czyli nauka skupiania uwagi i zarazem relaksowanie się przez to, nie wynika raczej z zasad wiary katolickiej czy innej ale zwykłego ignorancji oraz niewiedzy.

Ale to oczywiście moje przemyślenia, nie zmuszam, jedynie wyjaśniam jak ja to sobie zrozumiałem.

Tak więc medytację relaksacyjną chciałem zacząć stosować z uwagi na relaksowanie się.
Jednakże mnie akurat medytacja nie przydała się za wiele do tego.
Podczas zaburzenia ciągle byłem w lękowym pogotowiu, napięty z lękiem wolnopłynącym, obawami i reagowaniem wyczuloną postawą.
Dlatego nie mogłem się jakoś podczas zaburzenia relaksować.
Mimo to próbowałem i podczas tego miałem problem jaki ma sporo osób z nerwicą.
A mianowicie podczas prób siedzenia czy leżenia i relaksowania się, oczyszczania umysłu dochodzi do wzmożonego lęku lub napięcia, bądź jakiś objawów jak np. poczucie zapadania się w łóżko, lub kręcenia się razem z łożkiem itp.

Z czego to wynika?
Wynika to z teg co wszystko w nerwicy :), czyli mechinizmu lękowego. Jak opisywałem sam mechanizm to są to myśli, lęki, objawy, obawy a także wyczulona przede wszystkim postawa na wyłapywanie zagrożenia ze wszystkiego.
A to jest przeciwieństwem relaksacji a skupianie uwagi na jakimś medytacyjnym słowie czy liczeniu jest ignorowaniem nerwicy.
Czyli innymi słowy podczas medytacji relaksacyjnej uczymy się puszczać kontrolę, to może powodować nasilenie lęku bo lęk i cały mechanizm nerwicowy nienawidzi ignorancji.
Więc szarpie się.
Nieprzyzwyczajone ciało do relaksowania się, bo w nerwicy często stale napięte, powoduje, że samą relaksacje nasze nerwicowe wyczulenie traktuje jako coś strasznego.

Ale w gruncie rzeczy nic się nie dzieje, jak zwykle zresztą.
I własnie to mi medytacja pomogła unaocznić, zrozumiec różnice między emocjami, objawami, myślami a świadomą uwagą, logicznym uporem.

W medytacji choćby relaksacyjnej za skupienie uwagi może odpowiadac skupianie się na jakims słowie, jak np. "cisza" lub "relaks" bądź na liczeniu od 1 do 10.
To ma w zasadzie ułatwiać skupienie się na czymś innym niż właśnie myśli czy jakieś inne bodźce i dzieki temu zwracając uwagę na słowo, czy liczenie a można i oddech (choć w nerwicy nie polecane bo zaraz będziemy się bać o duszności :D ) możemy spowodować, ze myśli jest coraz mniej i mniej i mniej, a jak się jakaś pojawia to tylko przepływa i zanika.

No ale przy nerwicy jak się kładłem do tej medytacji to od razu czułem większy lęk, miałem zaraz myśli, że może stracę kontrolę, usnę i nie obudzę się, wpadnę w trans i zwariuję. Czyli jak to zawsze w zaburzeniu bałem się wszystkiego co rzekomo się zaraz zdarzy.
Dlatego początkowe próby medytacji polegały na analizowaniu myślenia, co mi się stanie, czy zapadnę sie w sobie? To wzmagało niepokoj, dawało potrzebę ucieczki czasem.
Wiec wstawałem.
Często też miałem objawy jak poczucie zapadania się w sobie ale to z uwagi na to co wcześniej pisałem, ciało nie było przyzwyczajone do relaksowania się.
Denerwowałem się na początku też strasznie, że mi to nie wychodzi, że nie mogę się zrelaksować.

I dlatego od razu ci powiem, że nerwy nie pomagają, ja i tak w końcu przy zaburzeniu nigdy nie zrelaksowałem się do końca, ale za to właśnie zrozumiałem skupienie uwagi.

Bowiem mimo niepowodzeń próbowałem dalej, to sprawiło, że w końcu mimo nadal różnych myśli i obaw, natrętów i poczucia niepokoju, powtarzałem słowa ciiiszaaaa. Starałem się już nie robić, presji, że musi się udać.
Jak sie nie udawało lub nie mogłem dać rady to odpuszczałem, próbowałem później lub na drugi dzień.

Więc świadomą uwage zrozmiałem i pojąłem jej znaczenie w nerwicy jak mimo odczuwania lęku, obaw, że coś mi się stanie od samej medytacji, mimo myśli, swoją uwagę kierowałem na słowo ciiiszaaa i chociaż emocje usilnie chciały mi pokazac swoje wyimaginowane zagrożenia, ciągle świadomością i wolną wolą kierowałem uwagę na ciiiiiszzzzaaaa.

Z początku wychodziło to średnio ale podczas zaburzenia jednak stosowałem medytację codziennie a czasem po kilka razy. To pokazało mi, że świadome skupianie uwagi na głupim słowie, powoli powoduje, że te mysli przelatują i znikają, przychodza co prawda zaraz nowe ale dalsze skupianie uwagi na słowie powoduje, że one mijają a nic się nie dzieje.

Poprzez medytację sam lęk oraz moja wyczulona postawa oczywiście nie minęły, bo to wymaga pracy nad mechanizmem lękowym ogólnie przy codzienności, życiu technikami jak choćby akceptacją, ignorowaniem, niereaktywnością, zrozumieniem nerwicy ale takze własnie świadomą uwagą.

Własnie te praktyki kierowania tej uwagi były dla mnie bardzo ważne, bo potrafiłem oddzielić emocje oraz mysli i obawy, które podczas medytacji przychodzą i odchodzą a ja robię swoje, czyli w tym wypadku powtarzam świadomie słowo i totalnie nic się nie dzieje.
Dla mnie było to jeszcze raz podkreslam nie mniej ważne niż akceptacja i "sprawdzanie nerwicy" bo dało mi do zrozumienia, że wszystko to co nerwica (mechanizm lękowy) czyli zastraszony stan emocjonalny mi podsyła nie jest prawdą, a do tego moge to z uporem maniaka wręcz :) przysłaniać świadomym krokiem, czyli choćby głupim świadomym skupieniem uwagi na czymś innym (słowie cisza), co daje ignorowanie całej nerwicy i obaw.

W przyszłości w wychodzeniu z zaburzenia przełożyło mi się to na takie sytuacje:
kiedy w pracy miałem wykonać jakieś zadanie, policzyć towar przed sprzedażą klientowi, to zamiast znowu pocić się z uwagi na to, że brak koncentracji powodował pomyłki, i zamiast ulegać myślą, ze "to nigdy nie minie i nie będe mógł pracować", "widocznie masz chory mózg skoro nie umiesz liczyć, to nie może być nerwica", z uporem pamiętając o celu mówiłem krótko, racjonalizowałem, "to wynika z mechanizmu, zrobię wszystko aby go ośmieszyć" i skupiałem uwagę na zadaniu, choćbym miał 10 razy liczyć to w końcu policzyłem.
W ten sposób AKCEPTOWAŁEM OBJAWY, STAN I STOSOWAŁEM IGNOROWANIE.
Na początku z dialogami, ośmieszaniem myśli i obaw a z czasem powoli samą reakcją był brak reakcji, czyli Divinowska niereaktywność.

Bądź np. biorąc sytuacje rozmowy z kimś.
myślałem czy to co mówię (mój głos był jakiś obcy i dziwny ) ma sens, czy nie zwariowałem i przez to ciągle byłem pochłonięty obawami.
Skupiałem więc uwagę na rozmowie, rozmówcy, mimo, że to nie do końca wychodziło i często rozmowa nie szła a ja nie mogłem się skupić do końca, bo miałem objawy derealizacji i ta osoba wydawała się np. dziwna lub oddalona.

Ale im dłużej to robiłem tym lepsze efekty były, bo oprócz medytacji, która nauczyła mnie oddzielać prawdę od iluzji i pokazała mi, że teraz świadomość może wplywać na stan emocjonalny a nie odwrotnie, uszeregowałem priorytety, jak pisałem wczesniej.
Od tego momentu przy obawach zamiast znowu wdawać się w nie i analizować, od razu szukałem sposobu jak to zgnoić i wyszydzić, ośmieszyć, zneutralizować, zmniejszyć ich rzekomą wartość, przy równoczesnej akceptacji objawów i tego, że nie wszystko szło jak chciałem.
A do tego sprawdzałem nerwicę, czyli poddawałem skarb - pozornie oczywiście bo nic nam nie grozi ale jednak o tym musimy właśnie świadomie przekonać stan emocjonalny.
Jednak robiłem to przecież aby ochronić największe bogactwo, czyli swoje życie i jego rozwój, zablokowany przez zaburzenie i inne cechy osobowe.

I na tym kończę w sumie te pierwsze elementy 2 części odburzenia.
Napisałem specjalnie to na samym początku, bo kwestie lęków, myśli lękowych, akceptacji opisywałem nie raz i nie tylko ja, na forum.
Ale nie pisałem do tej pory o roli swoich przemyśleń i upartego postanowienia zmiany z uwagi na cel.
A rozmawiając z ludźmi czesto widzę, że ich problemem jest to ostateczne porzucenie kontroli, i tym co powyżej napisałem chciałem przedstawić jak sobie to ułatwiałem.
Bo poszeregowanie wartości i upór ułatwiają to ostateczne porzucenie nerwicowych "ALE i "CO JEŚLI" o ile mamy dostateczną wiedze co to jest mechanizm lękowy i czym nam realnie grozi - przypominam, że niczym, oprócz męczenia.

Ten początek był podstawą, w dalszej części opiszę teraz jak poradziłem sobie z atakami paniki, lękiem wolnopłynącym, natręctwami.
A później jeszcze dalsze części :)
Myślę, że tą następną cześć skończę do końca grudnia a może i wcześniej jak mi czas pozwoli.

Chociaż nic nowego nie powiem niż to co do tej pory na forum :) jeśli chodzi o nerwicę.
Ale opiszę to pod swoją historię, zarazem to jak sobie poradziłem z zaburzeniami lękowymi a póżniej z cechami osobowości lękowej, unikającej, lękiem społecznym a na końcu problemami ze soba, rodziną i brakiem nieasertywności oraz samooceny.

Więc ogólnie sporo jednak widzę mi tego jeszcze zostało :D
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

20 stycznia 2015, o 15:30

5. Najpierw zaburzenia lękowe :)


Teraz więc dalej (jak masochista) kontynuuję pisanko i w tej części poruszę najpierw to za co wziąłem się jako pierwsze, czyli zaburzenia lękowe, natrętne myśli, objawy, zachowania nerwicowe itd.
Na potrzeby tego wpisu podaję linki gdzie opisałem swoje objawy:

zbior-naszych-natretnych-mysli-i-obrazo ... tml#p50742

nerwica-objawy-mala-encyklopedia-naszyc ... tml#p50577

Całość powyżej napisana jest taką formą podstawy, która pomogła mi zrobić resztę.
Powyżej przedstawiłem rozmyślania, które poprzedziły w końcu działanie.
Podsumowanie tego powyższego tekstu już jest wyżej zrobione, jeszcze tutaj dodam, że głównym założeniem i taką próbą nowej filozofii życia było:

- Z uporem do reagowania emocjami (również w wypadku właśnie zaburzeń lękowych) wdrażanie logiki i trzymanie się jej, mimo obaw i różnych emocji.

- Dięki poznawaniu różnych filozofii o których pisałem wcześniej, podjalem się nowej postawy wobec życia i świata a dokładnie:

1.
Nie ma sensu nigdy wróżyc z fusów, czyli w wypadku lęku czy nawet samego stresu, nie warto żyć i wierzyć w obawy czy myśli, bo nie można przewidzieć przyszłości w taki sposób.
A obawy oraz myśli to wynik emocji.

2.
Życie jest naprawdę nieprzewidywalne ale obawy i myśli płynące ze stresu czy nerwicy nie są zwiastunami tych nieprzewidzianych zdarzeń.
Wierząc w nie i żyjąc tym nie dość, że i tak nic się od tego nie staje to tylko i wyłącznie cierpimy emocjonalnie i marnujemy energię życiową, którą można by poświęcić na cokolwiek innego.

Ale to oczywiście były założenia, gdybym może nie miał zaburzeń lękowych to łatwiej by mi było je "przecisnąć w działanie" ale ja miałem wiele problemów, mimo różnych przemyśleń i powyższej podstawy, której zamierzałem się dopiero trzymać.

Wyżej gdzieś napisałem jakie miałem główne problemy ze sobą, teraz krótko przypominając, mając tak 25 lat moimi głównymi problemami były:

- okropna podatność na krytykę i zabieganie o akceptację, przez to nie byłem zupełnie asertywny, przeżywałem każdy drobiazg, kazda opinię o sobie.

- Moja osobowość była nastawiona na lękowe odbieranie świata, czyli zawsze martwienie się wszystkim nadmierne, nadmierne przeżywanie stresu, czarnowidztwo, przezywanie duperelek i wyolbrzymianie wszystkich problemów.

- Byłem również nastawiony na brak umiejętności konfrontacji z jakąkolwiek przeszkodzą w życiu, nie potrafiłem być odpowiedzialnym bo odpowiedzialność niesie czasem za sobą obawę utraty "czegoś", a to rodzi stres przed utratą tego "czegoś".

- Wolałem wszystkiego co złe i niewygodne unikać, bo bałem się emocji i złego samopoczucia oraz krytyki.

- Niska samoocena i pewność siebie, pogrążona w dużym lęku społecznym.

- Żal do rodziców za swoje dorastanie i brak pewnych szans

- Zaburzenia lękowe, ataki paniki, depersonalizacja, lęk, objawy, hipochondria.



Generalnie jak również pisałem wcześniej któregoś razu zastanowiłem się co mnie blokuje w pierwszej kolejności?
Wyszło mi, że zaburzenia lękowe, ta iluzja. Nawyki, które karzą mi ciągle skupiać się na sobie, zdrowiu, objawach.
A także to, że zacząłem to traktować jako zastępstwo momentami i ucieczkę od realnych problemów.

Pamiętam, że jedną z przyczyn, która mnie drażniła był fakt, że miałem sporo wiedzy ale wszystko to wydawało mi się tak cholernie rozbudowane i rozwalone jak tylko się da.
Bo z jednej strony sama nerwica, derealizacja a z drugiej podatność na stres, z trzeciej problemy życiowe a z czwartej rozmyślania o samej egzystencji.
Bałem się wówczas, że nie dam rady tego ułożyć ale to była w tym i moja wina, bo wszystko chciałem układać naraz.
Dlatego właśnie zastanowiłem się nad tym co na ten moment blokuje mnie najbardziej.
Wyszło mi, że to są właśnie zaburzenia lękowe, brak zajęcia, pracy.
I tym postanowiłem zająć się na początku.

Ale to co muszę przyznać i zapewne wielu mi nie uwierzy to to, że przestałem pragnąć natychmiastowego odburzenia tak na 100 % full wypas natychmiast.
Zrozumiałem, że taka presja jest błędna a kto jak kto ja najlepiej powinienem zdawać sobie z tego sprawę, bo dużo czasu spędzałem na rozmowach z osobami z zaburzeniami.

Dlatego moim założeniem stało się na początek poprawienie jakości życia a nie całkowite natychmiastowe przeobrażenie wszelkiego zła jakie powoduje u mnie cierpienie.

Do tego miałem dużą w sobie motywację, która była spowodowana chyba tak naprawdę dotknięciem można powiedzieć "dna" do którego mnie to wszystko naraz sprowadziło.
Wcześniej moim błędem było wkurzanie się na siebie, mówienie - jesteś słaby, do niczego, nie potrafisz sobie poradzić z lękiem, inni sobie radzą ale ty jesteś do niczego albo, że mam to za silne, gorsze od innych.
Robiłem błąd bo złość kierowałem na siebie a podczas odburzania złość zacząłem kierować na głupi stan emocjonalny, (a dokładnie może złość zamienioną w zrozumienie), który zaburzył się i był powodyrem tych wszelkich sensacji.
Mówić zacząłem do niego – zorientuj się!


Czego mi brakowało do podjęcia prawdziwego odburzania przez duże O :D

To, że trzeba się konfrontować z lękiem wiedziałem od dawna, to, że trzeba robić na przekór nerwicy również ale teraz wiem czego mi brakowało do sklejenia całości układanki.
Pomimo swojej wiedzy oraz chęci również zabrakło mi:

- wiedzy o tym czym są lękowe myśli, te natrętne myśli.
Mimo, że czytałem wiele książek o nerwicach, pytałem psychologów nie uzyskałem przez cały ten okres zadowalających odpowiedzi, i dlatego wierzyłem w te myśli, jakbym wierzył, że mysli mają tą moc sprawczą.


- Nie akceptowałem cierpienia, które daje zaburzenie nerwicowe.
Byłem tak naprawdę nadal egocentryczny. Skupiałem się na sobie i na tym jak się źle czuję i na tym jak cierpię.
Ciągle się pytałem "jak żyć" z tymi objawami.
Wiecznie pojawiały się pytania i wiecznie poruszałem kwestię:"czemu ja", "kiedy to minie", "czy to na pewno nerwica", "czy nic mi nie będzie od tego na bank" itp.
Ciągle nie dopuszczałem do siebie tak naprawdę i solidnie tego, że musze to przecierpieć świadomie, że musze teraz się tak czuć i wręcz pozwolić na to, a wobec obaw i wątpliwości "ryzykować."
Czyli nie chciałem tego poczuć jako coś normalnego, ciągle to wypierałem, traktowałem jak wroga.


- Trzecia sprawa to nie rozumiałem nadal, mimo czytania o tym co to znaczy tak naprawdę "wpływac na stan emocjonalny".

- I czwarta sprawa, nie kumałem właściwie co to znaczy "nie szarpać się z nerwicą".


I tu może zacznę od 3 z elementów jakich brakowało mi do zrozumienia prawdziwie zaburzeń lękowych.

Wpływaj na stan emocjonalny!


Często czytałem - wpływaj na stan emocjonalny, no niby okey ale za chwilę myślałem co to właściwie kurde jest ten stan emocjonalny!
A to jest powodyr! :)
Jak pisałem w poprzednich częściach zainteresowanie różnymi nurtami filozoficznymi nauczyło mnie, że człowiek to nie jest efekt tylko tego co mówią myśli i emocje.
Oraz nabyłem wiedzę na potrzeby wyjaśnienia sobie co to jest stan emocjonalny, że człowiek ma 3 główne podstawy:

świadomość/logika
myśli
emocje - czyli właśnie stan emocjonalny

Można jeszcze tu napisać o czwartym czyli poswiadomości, która jest według mnie zbiorem pamięci i nabytych nawyków. Ma ona też swój duży udział w zaburzeniu lękowym.

Świadomość:

W tym - wszystko to czym możemy kierować to nasza świadomość/logika, ale nie kontrolować, tylko kierować!
Świadomością możemy wpływać i na podświadomość, czyli zmieniać nawyki, oraz wpływać na własne myśli bądź po prostu te niechciane myśli świadomie ignorować.
Możemy też wpływać na stan emocjonalny, choć nie całkowicie ale do stopnia takiego aby zrównoważyć logikę – świadomość zrównać z emocjami.

Stan emocjonalny:

Stan emocjonalny odpowiada za reagowanie emocjami.
Jest to druga najważniejsza częśc każdego człowieka.
Podkreślam to dlatego aby w końcu przestać mówić – "nerwica nie może dawac takich objawów." ;)

Przykładem takim z udziałem podświadomości może być sytuacja:

Wiele osób ma zakodowane w podświadomości, że czarny kot przebiegający drogę to oznaka nieszczęścia.
I teraz taki człek idzie, kot przelatuje drogę, świadomość to rejestruje, podświadomość także, nawyk się odzywa i stan emocjonalny wysyła niepewność.
To są milisekundy i na to wpływać nie można.
Można za to odwrócić nawyk.

Mimo strachu przejść tą drogą a następnie wracać się i przejść ją jeszcze ze sto razy i za każdym razem jak kot przebiega drogę, świadomie przekraczać ją.
Logicznie tłumacząc sobie to, że akurat czarny kot nie może sprowadzać nieszczęścia w większym stopniu niż kot biały czy różowy.
Stosując jednocześnie niereaktywność na emocje, które na początku będą mimo wszystko niepokojące.
Po czasie nabierania takich doświadczeń, zdobywamy pewność, że to zabobon, i na kota już stan emocjonalny nie reaguje "biegunką".
Podświadomość wyrzuca z siebie ten zabobonny nawyk.

W wypadku zaburzeń lękowych jest tak samo.
Stan emocjonalny odpowiada właśnie za tą reakcję rozpoczynającą zaburzenie lękowe, reakcje walcz bądź uciekaj. - reakcja-walcz-badz-uciekaj-czyli-nerwic ... t3411.html
Potem po tej reakcji zaczyna mieć miejsce mechanizm lękowego błędnego koła. - mechanizm-lekowy-charakterystyka-t5227.html

Reakcja walcz bądź uciekaj wiąże się z odpowiedzią organizmu człowieka na realne zagrożenie.
Biegnie w naszą stronę napastnik?
Stan emocjonalny w mili sekundy działa, lecą emocje i różne także objawy, serca, koncentracji, oddechu, poczucia realności.
Gdyby ktoś wtedy kazał wam poczytać książkę (podczas tego realnego zagrożenia) zrozumielibyście, że to jest to samo co zaburzenie lękowe.

Podczas zaburzenia lękowego a dokładnie jego początku stan emocjonalny został zrobiony za przeproszeniem w h***, a co gorsza my świadomie w to brniemy i robimy sami siebie w tego h***.

Początek zaburzenia może być przecież różny, jedni mogą przeżyć jakieś załamanie psychiczne z jednorazowego dużego stresu, inni znowu z uwagi na jakiś przewlekły stres, a ktoś znowu z uwagi na wieloletnie problemy ze sobą, swoim nastawieniem do stresów czy samego siebie (brak odporności na krytykę itp.) i z uwagi na kumulację takich czynników w wypadku stresu zaczyna się zaburzenie.
Ale to już wyjaśniałem we wpisie o reakcji walcz bądź uciekaj.

Jakby nie było to stan emocjonalny z uwagi na to, że jakiś zapalnik, stres, presja czyli przyczyna - czy długo trwająca i kumulowana, czy krótka a silna i nagła, zostaje wprowadzony w błąd.
A dzieje się tak dlatego, że wszelkie przyczyny jak - presje, stresy powodują nadmiar negatywnych emocji, nadmiar hormonów stresu w organizmie, nadmiar myślenia o tym co złe, smutne, problematyczne, a na coś takiego stan emocjonalny nie potrafi inaczej zareagować jak właśnie reakcją walcz bądź uciekaj.
Bo on tylko to zna, tylko tak umie sobie radzić.

A już z chwilą pierwszego ataku paniki, martwienia się o zdrowie, lęku, objawu, myśli natrętnej stan emocjonalny wchodzi w iluzję, nie widząc realnego zagrożenia tworzy sobie własne zagrożenie w postaci chorób, myśli, wyobrażonych zagrożeń czyli tego znanego strachu " o coś".
I wtedy powstaje nam mechanizm lękowy. - mechanizm-lekowy-charakterystyka-t5227.html

Dobra ale powiesz ja to wiem! Po co on się powtarza! Ale JAK TO ZROBIĆ!

Ano właśnie ja powtarzam się o tym dlatego, że nie ma 100 % pasującej każdemu odpowiedzi na pytanie JAK.
Tak naprawdę nikt nie powie wam jak, bo to działanie, które trzeba zrobić jest działaniem świadomości na zaburzony stan emocjonalny, oraz podświadomość, która z chwilą pierwszego lęku zakodowała sobie ten strach "o coś" w pamięci.

To co wkoło powtarzam, powtarzam dlatego, że to włanie nie tylko poznanie tego czym jest mechanizm lękowy mnie uwolnił od zaburzeń ale akceptacja tego i trzymanie się tych faktów.

Popełniałem długi czas błąd jaki popelnia wielu.

A mianowicie poczytałem o nerwicy i wiedziałem dużo, jak nie wszystko co możliwe ale zarazem były objawy, dziwne mysli i tych faktów nabytych o mechanizmach lękowych, stanach emocjonalnych w ogóle się nie trzymałem.
Czyli nie wpływałem świadomością na stan emocjonalny ale to zaburzony stan emocjonalny wpływał na moją logikę.
Zamiast pytać JAK to zrobić, zastanów się najpierw czy z tobą nie jest tak samo.
Wiesz już to (jak nie wiesz to poczytaj) ale nie robisz tego wcale albo tylko chwilę licząc na to, że to jest proste? ;)
A następnie frustrujesz się, że ci wiedza nie pomaga?

Ten mój wpis, który tak po kawałkach piszę, został różnie odebrany, widzę to po pytaniach na PW.
A to dlatego, że każdy jest przyzwyczajony do USPOKAJANIA.
Ale ten wpis nie ma na celu uspokajać, nie ma na celu też nikogo odburzać, ten wpis ma na celu pokazać jak ja się odburzyłem, a nie odburzyłem się na pewno wiecznym samym uspokajaniem.

Myślisz sobie teraz, że się mądruje niepotrzebnie? Że zapomniał wół jak cielęciem był?

Jak tak myslisz to nadal nie akceptujesz prawidłowo tego co się z tobą dzieje.
Nie akceptujesz, że to jest naprawdę mechanizm lękowy, który jest zaburzonym stanem emocjonalnym, który u każdego człowieka jest tak samo ważny jak świadomość, dlatego nie umniejszaj znaczenia słowa – nerwica.
Dlatego nadal właśnie żyjesz w iluzji lękowej.

Tak więc pomogło mi zrozumienie czym jest stan emocjonalny, czym jest mechanizm lękowy i zaakceptowanie tego.
Dzięki temu mogłem wpływać (mimo strachu i niepewności) na ten stan, własnym myśleniem i własnym działaniem, czynami, zajmowaniem czasu.

Ale o tym w przykładzie za chwilę.

Najpierw poruszę kolejny element, który błędnie rozumiałem a mianowicie –

myśli, natrętne, lękowe.

W tej jednej rzeczy pomogła mi terapia.
Bowiem popełniałem błąd identyfikując się z tymi myślami.
Terapia poznawczo – behawioralna a dokładnie sądzę, że ludzka i życiowa terapeutka pomogła mi zrozumieć mój błąd w działaniu jeśli chodzi o lękowe myśli.

I tu jest ta sama sytuacja, jeśli chodzi o myśli każdy pyta JAK zrobić aby ich nie było.
A to jest sprawa tak naprawdę drugorzędna.
Pierwszą kwestią jest zrozumienie oraz akceptacja tego faktu, że tak własnie jest, że wszystkie te myśli wynikają z zaburzonego stanu emocjonalnego, sa iluzją. (mimo niepewności, uparcie akceptując).

Myśli moje podczas zaburzenia dotyczyły i zdrowia, chorób, ale też przyszłości, sensu życia, strachu przed wykonaniem jakiś okropnych rzeczy sobie czy innym.
Ciągle pytałem - Jak zrobić aby się tego pozbyć.
Wiedziałem, że konfrontowaniem się można uzyskać wiele ale nie rozumiałem istoty samego myślenia.
Często jest tak, że mówi się:

odwracaj myślenie,
nie myśl o tym,
myśl o czymś innym


i wiele osób zaraz mówi, że to jest działanie czasowe i to jest prawda ale właśnie wtedy jeśli nie rozumiemy i dziwimy się myślą.

To jest ten błąd jaki robiłem - dziwiłem się swoim myślą, pytałem:

"jak to możliwe mieć tak dziwne myśli!"

No i właśnie a co dzieje się z tą wiedzą o mechanizmach lękowych ? :)
Widzę to samo na forum, ludzie znają mechanizmy lękowe, chodzą na terapię a dziwią się stale swoim własnym przecież myślom, ciągle pytają
"ale czemu ta myśl przyszła tak sama z siebie, tak nagle?"

Ja też się dziwiłem. I to jest błąd bo to pokazuje brak zaakceptowania (mimo niepewności), że myśli te wynikają tylko ze stanu emocjonalnego.

Ale jest jeszcze jedna rzecz jeśli chodzi o myśli, przez każdego zbywana a to też jest najważniejsze.
To mi własnie uświadomiła terapeutka.

Myśl nie mówi o tym co się stanie.
Myśl nie jest wróżbitą przyszłości.
Myśl może samoistnie przyjść do głowy ale nie jest wyznacznikiem tego co się wydarzy i tego co my zrobimy.
Myśl to nie CZYN.


Czy to, że pomyslimy o tym aby zamiast cukru pojawiło się złoto to sprawi, że tak się stanie?
Wielu z was pomyśli ale to jest nieracjonalne! Więc wiadomo, że niemożliwe.
A to, że ty stale w myślach boisz się o coś co się nie wydarzyło i wynika tylko z zaburzonych emocji jest racjonalne?
Tak samo nie jak powyższe zdanie.

To, że podczas zaburzenia dostaniesz myśl o tym, iż zabijesz np. własne dziecko jest irracjonalne?
Tobie wydaje się, że tak jest. WYDAJE CI SIĘ!

Czyż próbując to stale wyjaśniac i szukając uspokojenia nie używasz słów np: (?)

Miałem uczucie, że zaraz to zrobię, miałem wrażenie, czułem, że jest to blisko, miałem przeczucie, odczucie...ano własnie, wszystko związane z emocjami i jakimiś objawami oraz myślami.

Bo to wynika z zaburzonego stanu emocjonalnego.

I teraz wiele osób skarży się, że terapia nie pomaga, ta wiedza nie pomaga, a odwracanie myśli jest chwilowe albo powoduje, że nawet jest tych myśli więcej.
Wielu mówi konfrontacja NIC NIE DAJE.
Jak też tak mówiłem.

I dlaczego tak się dzieje?
Bo nie rozumiemy tej podstawy, a jeśli nawet mamy już wiedze o mechanizmach lękowych to nie akceptujemy choćby na siłę tego faktu, że te myśli wynikają właśnie stąd.
I robimy ten błąd – dziwimy się skąd ta myśl, dlaczego ta myśl i nasilamy obawę, że tak się stanie.
Podczas gdy to jest tylko iluzja.
Zagrożenie ze strony myśli – ZERO.

Na przykładzie kogoś kto ma natręctwo, że zrobi krzywdę własnemu dziecku.
Ja miałem tak w stosunku do matki i rodziny, brata z którymi wtedy mieszkałem.

Błądzenie:

Podczas zaburzenia przychodzi myśl:
Zabijesz dziecko, udusisz je.

-Miałam konfrontować tą sytuację, ryzykować.

- Ale czemu ta myśl przyszła tak nagle?
- Bez powodu przecież a jak jestem wariatką i powinno mi się zbarać dziecko? (dziwienie się myśli, brak akceptacji faktu skąd ona jest)
- Ludzie mają rózne myśli na forum ale takie to nie wiem (chociaż dobrze zwykle wiemy) nerwica to ja rozumiem, że serce bije, rece się trzęsą ale mysli żeby zabić dziecko???
- Tak to chyba tylko ja mam

(dziwienie sie dalsze, licytacja, że się ma gorzej, która powoduje nadawanie większej wartości myśla jako zagrażającej)

I to już to zwieksza lęk.
Potem przypominamy sobie, że mieliśmy robić konfrontację i tak bez tej ważnej podstawy jakim jest zrozumienie i akceptacja, że mysli te są iluzją lękową, że na ten moment to stan emocjonalny wpływa na świadomość a nie odwrotnie.
Próbujemy KONFRONTOWAĆ SIĘ, a przez to szarpać z nerwicą z uwagi na złe podejście do samych myśli, objawów czyli elementów mechanizmu lękowego.
Próby konfrontacji zawodzą, bo pojawia się wyobrażenie albo myśl, że jednak udusimy to dziecko, wyobrażamy sobie to.
W panice chcemy uciec.... i tak się to kręci.

Jak nie takie myśli to inne albo inne objawy, bądź znowu ataki paniki.
Zanim opiszę jak mogłoby to wygladać inaczej poruszę kwestię kolejnego elementu jakiego ja nie rozumiałem do końca, a mianowicie -

Szarpać się z nerwicą.

Szarpać sie z nerwicą to oznacza szarpać się z samym sobą, często takie coś czytałem.
I to jest prawda.

Nerwica wynika przecież z nas, nerwica tworzy się z naszej energii, witalności, siada na tym jak pasożyt, utrudnia życie ale mimo wszystko pamiętajmy czym nerwica jest
– zaburzonym stanem emocjonalnym.

Stan emocjonalny to część nas tylko się ta część akurat rozchwiała, zaburzyła.
Stanu emocjonalnego nie jesteśmy w stanie kontrolować na siłę, siłą woli, nie jesteśmy w stanie zastopować objawów, myśli czy emocji bo tak chcemy, bo nas to męczy.

Najgorsze, że nie widzimy wroga a cierpimy, to powoduje, że szarpiemy się sami ze sobą.
Staramy się zwykle nie akceptować zaburzenia ale wypierać je, unikać myśli i objawów jak ognia, bać się ich, podczas gdy to wynika z nas, naszego stanu emocjonalnego.

Często wyżywamy się na sobie - jestem do niczego, nie umiem z tym sobie poradzić, to jest za silne, nie mogę tego kontrolować, to się dzieje samo itp.

Dlatego zamiast szukać wroga i wyżywać się na sobie można zrobić manewr jaki ja zrobiłem, to jest prosty manewr, nic specjalnego ale warto sumiennie do tego podchodzić.
A mianowicie zamiast szukać wroga, postanowiłem spersonifikować sam zaburzony stan emocjonalny, czyli nerwicę.
Pokazałem to mniej więcej w tym temacie:
lekowy-chochlik-myslowy-t5055.html

Zamiast wyżywać się na sobie, i dziwić, że mamy takie lękowe myśli czy objawy czy lęki czy derealizację, zwróćmy uwagę na to co jest tak naprawdę zaburzone?
Emocjonalny stan, tylko on i to on nasyła te myśli i daje objawy oraz lęki, obawy i cały ten strach.
On, który jak pisałem wcześniej został zrobiony w konia i stworzył sobie zagrożenie i stwarzał je będzie dopóki to MY - go nie przekonamy.

Jak ma to nam pomóc?
To inne spojrzenie na nerwicę było dla mnie punktem poniekąd zwrotnym.
Bowiem personifikacja nerwicy, zaburzonego stanu emocjonalnego może nam zmienić punkt odniesienia dla naszej frustracji, złości z siebie na stan emocjonalny, możemy zamiast wkurzać się, że znowu się boimy czegoś, zacząć ośmieszać, wyszydzać to zagrożenie, którego stan emocjonalny się tak boi i które sobie tworzy.

Zaburzony stan emocjonalny można porównać do dziecka, które wystraszyło się czegoś i teraz my musimy go przekonać, pokazując mu naocznie, że zagrożenia nie ma.
Dlatego mając objawy, myśli lękowe zamiast wypierać je, szarpać się z nimi, bać się ich możemy zwrócić się do stanu emocjonalnego, jako do kogoś rzeczywistego, mówiąc np:

Znowu się boisz? Znowu dajesz myśli, objawy bo chcesz się stale bać?


Do obaw natomiast wtedy można mówić z przekorą, wyszydzić je, ośmieszyć, tak jakbyśmy dziecku chcieli pokazywać, że ten pies (obawy), który stoi przed nim jest bardzo łagodny.

Dosłownie tak można wpływać na nerwicę, my naszą świadomością, rozumem potrzebujemy być wyżej niż zaburzony stan emocjonalny.
Póki on dając nam myśli natrętne, lękowe, objawy, odrealnienie sprawia, że idziemy za tym, nakręcamy to, unikamy, wypieramy, szarpiemy się, nie próbujemy zrozumieć i zaakceptować a tylko ciągle się uspokajamy chwilowo - to nie przekonujemy tego dziecka jakim jest zaburzony stan emocjonalny.


Dzięki takiemu podejściu możemy odseparować siebie, swoją świadomość, uwagę od bycia zaburzeniem i z zaburzeniem, bo możemy wyobrazić sobie obiekt naszego cierpienia a nawet pomóc mu dojść do siebie i pokazać, że nie ma się czego bać.
Nie musimy już się tak szarpać z objawami i myślami, z samymi sobą bo możemy skierować swoje działania do czegoś zastraszonego w nas a obawy wysmiewać, łagodzić, wyszydzać, ciągle przekonywać! -
Pamiętając równocześnie o celu, po co to robimy, pamiętając o wiedzy jaką mamy i akceptując to, że teraz jest ciężko.

Będąc przy akceptacji to był to właśnie element, którego też nie rozumiałem jak należy.

Akceptacja

I nie mówię już o akceptacji samego zaburzenia, mechanizmu lękowego bo o tym pisałem wcześniej, tutaj mi chodzi bardziej o akceptację cierpienia wynikającego z zaburzenia i pewnych zmian.

Mając zaburzenie zwykle czujemy się fatalnie, przez to często nie jesteśmy tacy jak wcześniej.
Ciągle robimy sobie wyrzuty, że nie możemy uczyć się jak trzeba, pracować na takim poziomie jak kiedyś, rozmawiać z innymi jak się powinno, być takimi jak wcześniej na 100 %.
A to powoduje, że tym bardziej zespalamy się z zaburzeniem widząc, że nie wszystko jest tak samo.

Warto dlatego zdać sobie sprawę, że przecież stan emocjonalny to nie takie byle co.
Więc może on wpływać na nasze jakieś wyniki pacy czy interakcji z innymi ale to nie powód aby się z nich całkiem wycofywać czy żeby robić sobie wyrzuty,

Podczas zaburzenia jesteśmy tym wszystkim cholernie zmęczeni więc warto być dla siebie wyrozumiałym i akceptować to, że nie możemy być w 100 % sobą.
Do tego z uwagi na taki brak akceptacji tego, że czujemy się źle zaczynamy często robić sobie presję z samego wychodzenia z tych stanów.

Chcemy jak najszybciej, co nie jest dziwne ale problemem jest według mnie, że zaczynamy uzależniać całe nasze szczęście w życiu od tego czy zaburzenia są czy zaburzenia nie ma.
To jest w sumie zrozumiałe ale tak naprawdę podczas zaburzenia też moglibyśmy mieć chwilę szczęścia.
Ale to szczęście psuje nam to, że nie akceptujemy samego zaburzenia, nie akceptujemy, że myśli, objawy są wynikiem zaburzenia stanu emocji, że mogą sie pojawić kiedy chcą przez cały epizod zaburzenia.
Przez to nawet jak jest miło z jakiegoś powodu, od razu po części sami psujemy sobie nastrój
bo – myśl, bo – objaw, bo czuje niepokój itp...

Przez to nie spychamy tego na drugi plan, ciągle jakby to jest dla nas najważniejsze.
Dlatego akceptacja jest naprawdę istotna i oczywiście można powiedzieć, że to jest ciężkie do zrobienia ale przecież mamy chyba cel?
Po to wyżej o tym celu tak długo pisałem, wolność naszego życia od lęku powinna stać się priorytetem.
U mnie się stała i to mnie mobilizowało w końcu do uporu.

A teraz wracając do naszego przykładu z myślą o zabiciu własnego dziecka, natrętną myślą.

Jak przychodzi myśl czy wyobrażenie o zabiciu własnego dziecka czy rodziny, to jak zawsze pojawi się strach, że to zrobimy, pojawią się obawy czy na pewno tak nie będzie.
Czyli będzie co?
To samo co zawsze :)

I znowu nachodzi ochota na dziwienie się czemu ta myśl przyszła, znowu przychodzi strach przed taką myślą, ale właśnie wtedy powinniśmy wdrażać wiedzę a nie o niej szybko zapominać.

Bo jak znowu zapomnimy to pozwolimy temu wystraszonemu stanowy emocjonalnemu, zaburzeniu wpływać na nas samych.
A to musi być na odwrót.

Nie lećmy znowu na forum ani do psychiatry biegiem pytać czy to normalne w tym stanie.
Chociaż na początku zaburzenia uspakajanie się jest potrzebne ale po miesiącach zaburzenia, kiedy stale robimy to samo już nie, teraz pora działać a nie wkoło robić te same błędy.
Błędem głównym jest pozwolić zastraszyć własną świadomość, logikę poprzez zaburzone emocje, które dają myśli oraz objawy.

Więc na początek zracjonalizujmy sobie, raz a dobrze-

psychiatra mi mówi, że jestem zdrów psychicznie, może nawet psycholog, ludzie z forum, którzy też nie są przecież w ciemię bici to mówią.
Ty sam zdajesz sobie sprawę w głębi siebie, że jesteś zdrowy, wiesz, że kochasz rodzinę, dziecko, nawet jeśli masz odrealnienie i odcięcie emocjonalne to na intuicję czujesz, że kochasz i nie chcesz nikomu zrobić krzywdy.

Przypominasz sobie wiedzę jaką zdobyłeś o zaburzeniu lękowym, te fakty, które powtarzają wszyscy odburzeni ale także psychologowie, terapie, książki i artykuły psychologiczne.

Logicznie przypominasz sobie mimo strachu, że myśl nie stanowi wróżby a obawa nie jest czymś co zmienia się w czyny czy rzeczywistość.
To jest tylko lękowe wyobrażenie.
Wtedy przypominasz sobie co tak naprawdę w tobie choruje?
Odpowiedź jest jedna – zaburzony jest stan emocjonalny.
To roztrzęsione dziecko, które nasyła ci pełno myśli lękowych, wyobrażeń, emocji, objawów, próbuje wpłynąć na ciebie, tak jak to zawsze robi widząc realne zagrożenie.

Ale ty mu teraz na to nie pozwolisz, trzeba odwrócić rolę, możesz nawet zwrócić się do niego-
"jak zwykle się boisz próbujesz mnie nastraszyć, dajesz mi ten syf ale ja cię uspokoję bo wiem, że sam nie dasz sobie rady."
W głowie oczywiście obawy - "a czy na pewno tego nie zrobię", właśnie wtedy "ryzykujesz", mówisz-
"sprawdzimy te obawy zaburzenia stanie emocjonalny, sprawdzę czy to się wydarzy własnie po to aby ciebie uspokoić i abyś wyszedł z iluzji."
"Pokażę ci, że ten groźny pies, którego sobie stworzyłeś i próbujesz ten strach przelać na mnie, nie jest groźny, nie ma żadnego zagrożenia."

I np mówisz -
"spędzę tydzień z dzieckiem, z rodziną będę się przytulał do nich, rozmawiał z nimi, bawił z dzieckiem aby pokazać stanowi emocjonalnemu, że zagrożenia nie ma WCALE."

I to jest właśnie cholernie ważne, nie to, że ty dostajesz takie myśli, objawy czy lęki, obawy i strach "o coś", bo to jest gra zaburzenia.
Ważne jest jakie ty masz do tego nastawienie, jeśli akceptujesz fakt, że myśli, objawy wynikają z zaburzonego stanu emocjonalnego, to możesz swoją uwagę i działania zamiast poświęcać na rozkminianie typu - czemu ta myśl przyszła i co ona oznacza,- możesz je poświęcić na to jak ugłaskać stan emocjonalny, jak go przekonać, że tam się nic nie dzieje ani nic się nie stanie.

I mówisz
"pokaże sama sobie i tobie nerwiczko, że przez te 2 tygodnie spędzania czasu z rodziną nie wydarzy się nic złego."

I naprawdę to robisz, bierzesz swoje dziecko i przytulasz je, bawisz się z nim, układasz klocki, oglądasz bajkę, czytasz, robisz co się da aby spędzać czas z rodziną.
Oczywiście podczas tego obawy nadal będą, może nawet przyjdzie więcej myśli oraz lęku, więcej obaw, że - "a może jednak coś się stanie."

Ale ty jesteś na to przygotowany, akceptujesz to, że swoje trzeba przecierpieć.
Najważniejsze abyś rozumiał czym jest nerwica oraz kogo musisz przekonywać do tego i czemu musisz to robić.
I tu może pomóc właśnie zajęcie myśli, bo podczas prób spędzania czasu może się tak zdarzyć, że myśli będzie wiele natrętnych i aby nie ulegać analizie ich, swoją uwagę warto poświęcić na coś innego, np. układanie klocków i skupianiu się na budowli, czytaniu a może śpiewaniu piosenki?

To nic, że źle się czujesz, serce ci wali i boisz się. To normalne. Jesteś właśnie podczas pracy przy porzucaniu kontroli.
Próbujesz stanowi emocjonalnemu pokazać, że ten pies, którego stworzył nie niesie zagrożenia, więc wiadomo, że on się tym bardziej boi i tym bardziej nasila objawy oraz myśli.
Ale ty to wiesz, bo przypominasz sobie tą ważną i niezbędną wiedzę.

Dlatego właśnie wcześniej pisałem o zajęciu myśli, że bez praktyki, bez zrozumienia czym jest nerwica, bez działań, bez próby wpływania na stan emocjonalny świadomością - zajmowanie myśli jest rzeczywiście chwilowe.

Ale kiedy ty pokazujesz samym sobą, że stan emocjonalny wymyśla bzdury i próbuje wpływać na ciebie, na te wszystkie obawy mówisz "no to sprawdzimy to", ośmieszasz te obawy, wyszydzasz je
"nie wygłupiaj się koleżko, tam nic nie ma, zagrożenie sam sobie robisz", "nie pozwolę się znowu zmanipulować."

Akceptujesz fakt, że mysli i objawy są wynikiem zaburzenia to po prostu wykonujesz pracę tak bardzo potrzebną do wyjścia z zaburzeń lękowych.
Wówczas zajmowanie myśli stanowi ważny filar w czasowym pokazywaniu stanowi emocjonalnemu i samemu sobie, że to wszystko to jest pic na wode.
I nie ma mowy aby po czasie nie było widocznej poprawy a z czasem całkowitej regeneracji stanu emocji w nas.

I w zasadzie właśnie na tym polega racjonalizowanie, akceptacja, ryzykowanie, wpływanie świadomością na stan emocjonalny.
Trzeba zrozumieć rzecz świętą, to nie myśl i objawy i lęk są problemami bo to jest nasłane przez zaburzony stan emocji.
Problemem jest na ile się uprzemy aby to pokazać komuś kto zrobił się sam w h*** i teraz nas chce zrobić, czyli ponownie - stanowi emocjonalnemu.

Fakt jest, że takie działanie kosztuje wiele energii, faktem jest, że można powiedzieć, że to jest mega trudne.
Ale ja sądzę jednak, że o wiele trudniejsze i do tego niepraktyczne jest pozwalanie aby to stan emocjonalny, myślami, objawami, lękami wpływał na nas a my świadomie ciągle tylko uspokajamy się, pytając, czytając wkoło to samo, latając po doktorkach i korzystając z terapii tylko po to aby się uspokoić (bo terapia na której trzymamy sie założeń, a nie tylko uspokajamy, też jest dobra). \
Panikujemy już świadomie.

A co do siły to własnie dlatego na początku tyle napisałem o celu.

Przecież każdy z nas chce być wolnym od lęku, dlatego ja ustawiłem w tym czasie jeden jedyny sobie priorytet - wyjść z tego, bo kochałem swoje życie i chciałem odzyskać spokój w emocjach.
Cel powinien być zawsze dla nas widoczny, czemu tak się zamęczamy i czemu tak się staramy, bo jest to gra warta świeczki.
A w zaburzone emocje musimy po prostu wdrażać logikę.

Pisząc to cały czas zastanawiałem sie jak poruszyć ten temat, czy znowu pisać o ryzykowaniu, akceptacji, mechanizmach lękowych ale poczytałem tematy, które napisałem wcześniej i doszedłem do wniosku, że nie ma sensu aż tak wszystkiego tu powtarzać.
Bo to wszystko jest wytłumaczone jak dla mnie mocno solidnie.
Dlatego postanowiłem tutaj opisać parę w sumie przykładów jak ja to zastosowałem.

Musze przyznać, że miałem w sobie dużo uporu do działania, kiedyś w jakimś wpisie napisałem, że 7 dni mi zajęło przekonanie siebie ale nie chodziło to o odburzanie ale o postawę, która mówiła całym mną – DOSYĆ.

I nie dosyć w taki sposób jak zawsze, czyli popłakiwanie i zatruwanie pytaniami rodziny czy będzie dobrze :D
Ale chciałem, wręcz pragnąłem dostać w zasadzie na nowo życie bez ograniczeń stwarzanych przez lęk, stan emocjonalny – co zabawne mój własny przecież :)

Robiąc ciągle to samo...


Gdzieś napisałem, że dotknąłem dna, nie chcę tutaj aby ktoś z was wystraszył sie tego, że Bóg wie co mi się stało.
Bo ludzie z nerwicami obawiają się, że gdzieś tam na końcu czyha depresja straszna, samobójstwa, schizofrenia, a to nic z tych rzeczy.
W zasadzie można podsumować to słowami Divina z jednego z nagrań:

"jak ciągle robisz to samo (żyjesz lękiem, objawami, stan emocjonalny wpływa na ciebie a nie na odwrót) to dostajesz to samo."

Czyli innymi słowy zaburzenie trwa a tobie jedynie co najbardziej wzrasta to FRUSTRACJA i pragnienie lepszych dni. A całość rozważań to ciągłe zaburzenie.

Nazywam to dnem bo już nie chciałem tak dalej w tym trwać, po części ta terapeutka, która pomogła mi zrozumieć myśli sama mi powiedziała –
"o czym mamy tu jeszcze rozmawiać?"
"Z lękiem nie ma kompromisów."


Ale też jeśli bez zrozumienia rzucamy się na lęk, robimy konfrontację nie akceptując faktu, że to tylko stan emocjonalny jest zaburzony często robimy tylko część pracy.
Dlatego jak wyżej napisałem warto pamiętać na co mamy wpływać, dlaczego i po co.

Często dostaje pytania – mam ataki paniki czy z nimi wychodzić czy nie?

Niedawno jeden z użytkowników pytał o strach przed zwymiotowaniem, czy może od nerwicy zwymiotować? Inny czy może zrobić siku na mieście, czyli czy może utracic kontrole nad pęcherzem, bo się tego boi.
Inni znowu boją się, że utracą świadomość, zemdleją, umrą, dostaną wylewu lub zawału.

Każdy z nich ma jakąś wymówę, ja też je stosowałem :)

Najczęściej ci co boją się zsikania, bądź numeru 2, zwymiotowania, omdlenia mówią, że takie rzeczy przecież są możliwe! Bo ci co boją si smiwerci to już sa według nich smieszni :D
No bo to jest niemożliwe :D

Czy możliwe jest zwymiotować od stresu, zsikać się czy omdleć? Owszem :)
Ale najczęściej trzeba mieć do tego predyspozycję, tak jak niektórzy mają do omdlewania przy pobieraniu krwi.
Czyli jeśli już ktoś miał choć raz atak paniki, lęk, jakieś objawy nerwicowe i nie omdlał, nie obsikał się, nie narobił dwójki w spodnie ani nie zwymiotował to się to nie stanie.

Gdyby miało się stać, stałoby się na początku.
Potem to już są tylko lękowe wyobrażenia, obawy nasyłane przez zaburzony stan emocjonalny.

I też to jest trochę kwestia priorytetów o, których wkoło powtarzam.
Ja miałem dość swojego zaburzenia do tego stopnia, że wolałbym zasikać chodnik, zwymiotować w galerii handlowej niż bać się wyjść przez to z domu czy zatruwać sobie tym codzienność.
To jest ta kwestia, którą opisywałem szeroko w uszeregowaniu priorytetów.
Wybrałem w końcu jako priorytet życie, swoje życie a nie ograniczenia.

Oczywiście jak ktoś nie ma skłonności do omdlewania, wymiotów, sikania pod siebie ze stresu to nie stanie się to.
Ale to nie o to chodzi tak naprawdę, to są właśnie te obawy, które wywołuje zaburzony stan emocjonalny.

I teraz często ktoś mnie pyta ale czy to warte jest ryzyka?
Czyta o konfrontacji, mechanizmach lękowych ale myśli czesto błędnie, że ryzyko jest prawdziwe.
Nie jest!
To nie ty masz przekonywać siebie, twoja świadomość wie, że przecież to jest nieracjonalne - mdleć, sikać akurat po wyjściu, a czemu nie w domu?
Albo wie, że to sie nie stanie bo było już tak wiele razy oraz były wcześniej inne obawy.
Tu już nie może chodzic o uspokajanie siebie znowu!

To chodzi o to, że jak ty wychodzisz z domu i boisz się, że zemdlejesz, zsikasz się itp to musisz pamiętać o tym co tak naprawde w tobie jest chore?
Zaburzony jest własnie stan emocjonalny i jeśli pytasz mnie PO CO MASZ to robić, i CO CI TO DA, to właśnie wiedz, że to ma przekonywać nie znowu ciebie i twoją świadomość ale ten zaburzony stan emocjonalny.
Zwracaj się do niego a na obawy ryzykuj i je sprawdzaj, osmieszaj i wyszydzaj.
Czy ja tak właśnie robiłem?
TAK!

Ale tylko z pełnym zrozumieniem.
Czyli wiedziałem już po co tak robie i kogo mam uspokajać. Nie znowu siebie pytając na forum czy się z sikam, umrę, zemdleję i pytając co robić aby takie myśli przeszły.
Bo te myśli przejdą i obawy właśnie wtedy kiedy przekonamy stan emocjonalny.

Ci znowu co boją się umierania po wyjściu czy samego ataku paniki mówią, że takich bzdur jak zwymiotowanie to by się nie bali ale oni mają ważniejsze obawy! :)
Utrata pamięci, świadomości poznawania rodziny, otoczenia, utrata życia, zwariowanie i latanie może na golasa po mieście ;)

Tak się składa, że miałem wszystkie te obawy :D

I to jest to samo, nawet jeśli nie boimy się tego po wyjściu a cały czas.
Ryzykowanie oznacza przeciwstawienie się obawą, ośmieszenie ich, rozumiejąc, że to wynika z zaburzonego stanu emocjonalnego i to on się tak naprawdę boi.
Ty nie musisz się bać, ty powinieneś być ponad tym (skoro dostałeś już wiedzę) i temu zapłakanemu dziecku (stanowi emocjonalnemu) masz pokazywać, że te jego wymyślone zagrożenia nie są REALNE.
Oto w tym chodzi.
Tak wychodzisz z zaburzenia bo stan emocjonalny uspokoi się, przestaje nasyłać myśli, objawy i lęki.
Trzeba załapać bakcyla tego i dalej już pójdzie.

Na początku jak nie mamy wiedzy uspokajamy się, to naturalne, w kryzysach uspokajamy się, to także naturalne ale w końcu trzeba korzystać z wiedzy jaką mamy przez dłuższy czas.
Aby więcej czasu to my i nasza świadomośc była ponad tym zapłakanym dzieckiem a nie większość czasu to zaplakane dziecko przelewało na nas swój strach.

Wtedy i konfrontacje rozumiemy jak nalezy i ryzykowanie i terapia pomaga i książki i złote rady innych :)

To jest kwestia dostrzeżenia i mimo wątpliwości, bo wątpliwości i tak będą czy to na pewno nerwica :) należy zaakceptować fakt wiedzy o tym co "choruje" – stan emocji, jest to rozchwwianie emocji, oraz wiedzy o tym co to jest mechanizm lękowy.

Po czym jak to rozumiemy i rozumiemy po co mamy się konfrontować, po co mamy sprawdzać obawy w czasie, po co mamy porzucać dzięki temu kontrolę, po co mamy zajmować mysli i rozumieć je, możemy zacząć naprawdę rozumieć czemu my nie musimy się tego bać i czemu warto poświęcać na to czas i energię, czemu warto się zmobilizować.
Bo cel też jest przecież szczytny.


PRZERWA, ODPOCZNIJ CHWILĘ....
:D


Podając trochę przykładów.

Lęk wolnopłynący:

Wziąłem ten lęk na pierwszy ogień bo jest on w nerwicach bardzo wkurzający :)
Mówiąc lęk wolnopłynący mam na myśli odczuwanie po prostu lęku, ciągle go czujemy, niby nie wiadomo dlaczego i czego się boimy.
Mam tu też na myśli napięcie, które nie pozwala się zrelaksować, uspokoić, spokojnie nic przeczytać czy obejrzeć.

Zawsze myślałem, że lęk ten jest bo jest, mnie ten lęk na przemian z napięciem utrzymywał się przez prawie cały okres zaburzenia.
Ale potem jednak doszedłem do wniosku, że lęk ten jest wynikiem obaw i stałym zajmowaniem się objawami i obawami.
Choć czasem też po prostu był pewnie z uwagi na sam mechanizm lękowy.

Jeśli lęk wolnopłynący, napięcie ciągle trwa, to jest to spowodowane najczęściej:
z uwagi na sam lęk przed tym lękiem, strach, że on nie minie,
brak akceptacji tego lęku
a także jest on powodowany obawami.

Przykładowo ktoś dostał pierwszego ataku paniki i zaczyna się strach - "co to było", zaczyna się strach przed kolejnym atakiem, lub pojawiają się inne objawy, które powodują obawy "o coś" i w ten sposób ten lęk ciągle trwa a czasem przemienia się w napięcie.

Dlatego jak by mnie ktoś pytał jak poradziłem sobie z lękiem wolnopłynącym to ja nie zajmowałem się nim w sumie jakoś specjalnie.

Co na pewno to ważne jest aby nie bać się samego tego lęku, dobrze to dopuścić do siebie, nie próbować tego lęku na siłę blokować ale pamiętać skąd ten lęk jest.

To szczególnie się tyczy osób takich jak ja, które bardzo wiele czasu poświęcają na skanowanie swoich ciał i otoczenia, które doszukują się zagrożeń w myślach i objawach.
Dlatego, że robiąc to wszystko nie ma sensu skupiać się na tym najpierw - jak pozbyć się lęku i napięcia, - bo to jest robota od dupy strony.
Najpierw warto wpływać na stan emocjonalny, wychodzić z jego iluzji to i lęk i napięcie będzie się automatycznie zmniejszać.

Ale także może się zdarzać, że taki lęk pojawi się nagle i trwa jakiś czas, niektórym np. z rana, innym wieczorem to wtedy warto od razu akceptować ten fakt skąd ten lęk wynika, wydaje się, że znikąd ale to nieprawda.
Wynika nadal z zaburzonego emocjonalnego stanu i dobrze jest się zając wtedy czymś, jednocześnie wiedząc po co się zająć ;)
Nie chodzi o odwrócenie uwagi i tylko o to ale i o to aby nie dopuścić do analizowania tego lęku a stan emocjonalny po czasie go odpuści.

U mnie w zasadzie im więcej przekonywałem stan emocjonalny tym mniej tego lęku i napięcia czułem na co dzień.
Podjęcie pracy pozwoliło mi nawet o nim zapominać całkiem.
Z czasem pojawiał się tylko w wolne dni, a potem odszedł całkiem, jak stan emocjonalny uspokoił się, jak przekonałem go.

Ataki paniki


Ataków paniki podczas zaburzenia miałem wiele, bardzo wiele.
Często po kilka w ciągu dnia, wynikały zwykle z nakręcania lęku, obaw, że coś mi się stanie.
Czasem spowodowany był nagłym objawem.
A czasem też wyskakiwały niespodziewanie, lub po prostu z uwagi na strach przed samym atakiem paniki.

Co robić z atakami, co ja z nimi robiłem?

Kwestią ataków paniki jest to, że są one w zasadzie kumulacją emocji, kumulacją lęku, strachu przed czymś.
Dlatego w zasadzie prawda jest taka, że przy ataku paniki to najlepiej nie robić nic.

Zainspirowała mnie do tego Brownyn Fox, autorka książki Opanować Lęk.
Ona sama podczas próby relaksowania się doznała ponownie paniki i po prostu to przeleżała, to był jej zresztą krok ku zrozumieniu tych stanów.

Kwestią u mnie był także w okresie zaburzenia sam strach przed atakiem paniki, tym, że wystąpi poza domem, stanie mi się coś od niego, przyniesie mi to wstyd.
Ale to jest także gra zaburzonego stanu emocjonalnego, bowiem z samego ataku paniki ten stan emocjonalny robi sobie tego złego psa.
I dlatego często ludzie piszą mi, że to dziwne jest (według nich) żeby się konfrontować jak się ma tak straszne ataki paniczne.
To tych ludzi dziwi bo właśnie nie rozumieją po co mają to robić, po co mają się konfrontować z atakiem paniki.

Konfrontacja to jedno, rozumienie po co to drugie a trzecie to cel, dla którego to robimy.


Więc jeśli bałem się, że wyjdę i dostanę paniki to przede wszystkim wdrażałem logikę od razu w myślenie, czyli
"czemu mam się bać wyjść z domu z uwagi na atak paniki, skoro ten atak miałem już nie raz i co za różnica czy ja go dostane w domu czy poza domem?"

Jak przychodziły obawy, że mnie ten atak zabije, spowoduje, że zemdleję, dostane zawału serca, wylewu bo ciśnienie skoczy, serce stanie to przede wszystkim mówiłem
"sprawdzę to", "no to gdzie to umieranie", "pokaż nerwico co potrafisz, pokaż ataku"
czyli wychodziłem mimo to, konfrontowałem się ale zacząłem w końcu też patrzeć na to PO CO to konfrontuję.
Bowiem już zaakceptowałem ten fakt, który wynikał z mojej wiedzy o zaburzeniu, że to wszystko wynika z uwagi na zaburzony stan emocjonalny.
I po to robiłem konfrontacje, po to wyszydzałem i ośmieszałem obawy, aby pokazać temu zapłakanemu dziecku, że ten pies nie jest groźny.

Czy od razu spowodowało to, że ataki paniki się nie pojawiały?
Nie.
Im bardziej przekonujesz właściwie już stan emocjonalnym, tym bardziej on się boi i ataki i tak przychodziły.
Ale czym jest atak? Skumulowaną emocją i atak tak naprawdę najlepiej przeczekać.

Jak w domu mamy atak spróbujmy go dosłownie przeleżeć.
Nie ważne co tam myślimy, byle się nie nakręcać, możemy też się czymś zająć pamiętając i mając w świadomości, że w ten sposób uczymy się aby atak paniki, nasza skumulowana emocja przeszła przez nas i poszła.

Ważne jest też jak zachowamy się PO ataku paniki, PO należy wzruszyć ramionami -
"przyszedł atak, atak poszedł, widzisz moja emocjo nie było tak tragicznie, nie jest to groźne, czy było się czego bać?"

Atak paniki to także nasza emocja, my sami, przyjdzie, pójdzie a jak my nie będziemy się ograniczali z uwagi na ataki paniki to przestaną być one i strach przed nimi problemem.

Ważne jest aby pamiętać, że to stan emocjonalny ma zostać przekonany, my po to to robimy właśnie.
Zwracajmy się do niego jak się konfrontujemy, odseparujmy tym samym naszą świadomość i logikę bo to nie one chorują, to stan emocji jest zaburzony.
A emocje to nie jest rzeczywistość, emocja zawsze mija, w tym wypadku potrzeba na to po prostu czasu i naszego świadomego zaangażowania.

Więc ja "ryzykowałem",wychodziłem z atakami, kłóciłem się z obawami, ośmieszałem je, bo tym sposobem przekonywałem stan emocji, że to jest jak zawsze NIC.
Czasem musiałem na dworze się zatrzymać, wysiąść z autobusu, usiąść gdzieś i przeczekać panikę, musiała mnie przelecieć :) ale poszła zawsze a ja po prostu wygrałem, wpływając sobą na stan emocji.

Jeśli chodzi o wstyd to cóż, dla mnie zaczęły być ważne nowe priorytety z chwilą kiedy miałem DOSYĆ.

Wstyd nie mógł być już dla mnie wazniejszy niż brak lęku, życie moje stało sie dla mnie numerem jeden.
Kwestia wyboru.


Strach o zdrowie.

Obawy w nerwicy bywają różniste, strasznie częstym jest strach o zdrowie fizyczne i psychiczne.

Zacznę od zdrowia fizycznego.

Mnie trochę psuł zabawę we wkręcanie sobie chorób pewien szczegół.
A mianowicie hipochondrykiem to ja byłem zanim pojawiły mi się te nasilone lęki i obawy o zdrowie.
To mi trochę utrudniało mimo wszystko sprawę, bo ja o swoje zdrowie bałem się od najmłodszych lat.

Wkręcałem sobie raki, guzy, choroby serca, płuc, stwardnienia rozsiane, boleriozy co się dało w sumie a jak już nic się nie dało to po prostu wkręcałem sobie jakąś chorobę ciężką :)
Tajemniczą nawet :)

Ale jednak podczas brania się uparcie za odburzanie mogę powiedzieć, że mnie w sumie też oświeciło :)

A mianowicie zdałem sobie sprawę, że przez ten cały czas szukałem USPOKAJANIA, utwierdzeń, nie tyle czy jestem chory (chociaż to też) ale po czasie padało pytanie: "czy nie zachoruję" :)
I to jest błąd, ja próbowałem wypierać rzeczywistość, logiczną rzeczywistość, jednocześnie wierząc lękowym myślą, które mówiły, że jestem chory albo zachoruję.
Trzeba było to także zakończyć.

I tu przyszła mi z pomocą ta moja nowa filozofia życia przyjęta na prędko ale po prostu logiczna.
DOŚĆ miałem kierowania się emocjami i myślami, bo te nie są wróżbitami, jednym słowem nastąpił koniec wróżenia z fusów.

A mianowicie życie jest naprawdę nieprzewidywalne i ja rzeczywiście mogę zachorować na coś, nie chciałem tego wypierać, chciałem być świadomym życia :)
Ale zachorować mogę i z nerwicą i bez nerwicy także, ale chciałem skończyć z zapewnianiem siebie, że nic mi się nie może NIGDY stać.
Wielu z was zapewne zna to uczucie a dokładnie pragnienie prześwietlenia się całego i utwierdzenia, że NIC nam nie jest :)
Wiecie na ile by to dało efekt, może na tydzień a potem by było
"ale przez ten tydzień mogło mi się coś zrobić" :)

Z tym trzeba skończyć, i to definitywnie, nie można tak obsesyjnie spawdzać zdrowia swojego, to niszczy wartość nadrzędną, którą jest przecież nasze właśnie życie.
Tak bardzo obawiamy się o zdrowie i życie, że psujemy je sobie (życie) sami.

Dlatego też powtórzyłem różne badania, zrobiłem je ostatni raz.
Oczywiście upartość hipochondryka jest ogromna i myśli wtedy, no ale przecież badać się trzeba!

Owszem. Choć nie trzeba a można.
Dlatego postanowiłem sobie twardo, że badania różne będę robił sobie raz na rok, to było moje początkowo postanowienie.
A z medycznego realnego faktu wynika, że ciężkie choroby nie powstają tak szybko, nie da się w ciągu roku nagle mieć popsutego dajmy na to serca, mózgu czy wątroby.

Dlatego te badania, które zrobiłem były moim pierwszym krokiem ofo uświadomienia sobie czemu warto żyć świadomie w końcu a nie unikami, utwierdzając się, że muszę być zawsze i wszędzie bezpieczny.
Nie chciałem już tego (utwierdzania się), bo to zabiera życie, ja już nie chciałem się na to godzić.

Ale przy zaburzeniach lękowych jest kłopot :) A mianowicie są mega cholernie mocne i uciążliwe objawy :)
A objawów fizycznych miałem pełno, drętwienia, problemy z oddechem, sercem w sumie wypisałem to w temacie o objawach, nie będę tu ich teraz znowu wymieniał.
Czasem objawy pojawiały się i znikały a czasem trwały długi czas, były moim konikiem objawowym.

I to właśnie objawy mają niby świadczyć przecież o tej strasznej chorobie i tym strasznym niebezpieczeństwie jakie czeka :)

Cała rzecz w tym, że to jest parodia, bo gdyby to faktycznie straszna choroba odpowiadała za tyle różnych objawów w różnych częściach ciała to ta choroba by musiała być już tak rozwinięta i widoczna, że to każdy lekarz by nam ją rozpoznał i wyszłoby to na głupim badaniu krwi.

Dla przykładu ode mnie – serce.

Wiązały się z nim obawy o zawał, o wylew, zapaść.
Wpadłem w szał mierzemia co chwila ciśnienia, potrafiłem nawet chodzić ulicą i mierzyć puls kciukiem.
Serce mi potykało, stawało, łomotało, miewałem puls blisko 170, ciśnienie jeszcze wyżej.
Uczucie gorąca, czerwona twarz, bóle w sercu, klatce, mostku, wszystko wskazujące na stan zawałowy, stan chorego serca lub wylewu.

Wskazujące lękowo :)


I tu własnie potrzebna była logika i dlatego zrobiłem jeszcze te badania wtedy ostatni raz.
Badanie ekg i echo serca i kardiolog, który mówi, że jest okey znaczy, że jest okey.
Kropka.

Wcześniej mi to nie wystarczało, później też nie :) ale nie chciałem już pozwolić na to aby to stan emocjonalny, myślami, objawami, obawamy i lękiem wpływał na mnie i moją logikę.
Aby psuł mi znowu moje świadome życie.

Więc przyszła pora na wykorzystanie wiedzy, faktów.
Dość uspokajania się, dość robienia ekg i echo serca, dość pytań o to czy to potknięcie to zawał, dość gadania o tym.
To jest spowodowane zaburzonym stanem emocjonalnym, akceptuję to. Tak mówilem.

Trudniej było trzymać się tego jak objawy się nasilały, serce waliło, twarz piekła, co chwilę coś mi potykało w tej klatce, kuło ale muszę przyznać, że od momentu mojego DOŚĆ, moją wręcz obsesją stało się robienie po złości obawom lękowym, ośmieszanie ich, dogadywanie im, odwracanie uwagi przy pełnej wiedzy i pamiętanie czemu to robię –
aby wpłynąć takimi zagrywkami na stan emocjonalny.

Przestałem mierzyć ciśnienie, zwalczałem odruch łapania się za szyję a np. obawy, że dostanę zawału kwitowałem prychnięciem, bo nie mogła ponownie iluzja stanu emocji wpływać na moje działania i zachowanie.
Dla mnie przestało się mieścić w głowie, że ja mogę tak dalej żyć, w paradoksie!
Nic mi nie jest a ja choruję!

Oczywiście same takie gadki i postanowienia to można spuścić w ubikacji xd

Ważny był ten wpływ. Jak potknęło serce, nie zatrzymywałem się w strachu, nie łapałem już za szyję ale mówiłem
"i znowu ty, znowu objaw, znowu obawa, że za sekundę serce mi stanie a ja padnę."
Odczekiwałem chwilę i mówiłem
"i co? Nie padłem."

Ale nie polegało to też na stałych gadkach z obawami, tak można się zakręcić, często dlatego coś robiłem a to grałem, a to rozmawiałem i przede wszystkim poszedłem do jakiejkolwiek pracy.
Jak mówiłem wcześniej samo zajmowanie myśli to sukces połowiczny ale jeśli w czasie nie zajmowania myśli, świadomie ryzykujemy na obawy, ośmieszamy je, robiąc to po to aby uspokoić stan emocjonalny to robimy już ogromny wkład pracy nad zaburzeniem lękowym.

Rzecz drugorzędna - objawy i myśli

Przede wszystkim przestawałem się też dzięki takiemu nowemu podejściu bać samych objawów i myśli.
Bo od tego nowego podejścia, takiego schylenia się nad wystraszonym, moim własnym stanem emocjonalnym mogłem spojrzeć na to z boku, oddzielić się świadomie od tego.
Objawy i myśli to wręcz efekt uboczny!
I to wpływając na stan emocjonalny zacząłem coraz wyraźniej dostrzegać, to jego sprawka!
Obawy są dla niego groźnym psem a ja sam wcześniej nadawałem obawom, myślą i objawom znaczenia – "zagrożenia".
Jak traktować to zacząłem jak efekt uboczny i tym wpływać na stan emocji to ogólnie po czasie to wszystko zaczęło wydawać się o wiele prostsze.

Jak czułem, że serce wali nie liczyłem już pulsu, nie mierzyłem ciśnienia, czekałem, szedłem pograć w coś na kompie, zając myśli, po chwili czułem, że nagle serce nie wali.
I wtedy mówiłem,
"a widzisz? Nic nie grozi ani mnie ani tobie."

Nie uciekałem od własnego stanu emocjonalnego, zaakceptowałem, że on jest zaburzony i nawet jak się lepiej czułem to byłem świadomy, że on jest i nadal się boi bo jednak analiza jest.

Nie pragnąłem już tego BYLE TYLKO myśli i objawy się skończyły. NIE!
Naprawdę tego już nie pragnąłem!
Pragnąłem aby to on się uspokoił bo ja uspokajałem się już za długo.

Sądzę, że to nastawienie, i zrozumienie tego było przełomem u mnie.
Nie było przełomem to, że było mniej myśli czy objawów, czy więcej, to nie był dla mnie przełom.
Przełomem była wiedza, po co to robię i kogo mam w końcu uspokajać ale motywacją były też widoczne z czasem poprawy stanu.

Analiza lękowa

Jak wiemy jednym z elementów mechanizmu lękowego jest stan analizy.
Polega on na skanowaniu ciała, otoczenia i doszukiwaniu się "zagrożenia" on także jest czujem wystawionym przez stan emocjonalny, nasz własny stan.
Taki sam czuj byłby wystawiony gdyby ktoś nam na środku polany powiedział, że w trawie na tej polanie znajdują się jadowite węże.
Skupienie byłoby maksymalne.
W wypadku zaburzeń lękowych doszukiwanie polega na wypatrywaniu zagrożeń wyimaginowanych i dlatego skupia się nasza uwaga na lękowych obawach i całej tej szopce.

Z tą analizą problem był naprawdę duży, bo ja potrafiłem burczenie w brzuchu czy zgagę po posiłku brać za zwiastun katastrofy, wybudzenie się nagłe ze snu i chwilową (naturalną przecież) dezorientację, brałem za oznakę pomieszania zmysłów.
Pisk w uchu, szum tak samo.
Pamiętam nawet raz w dużym lęku mruganie oczami wziąłem za oznakę omdlewania, dopiero po paru chwilach zrozumiałem, że ja mrugam oczami i dlatego się robi na chwilę ciemno...

Więc miałem rozwinięte to mocno, do tego przecież od nerwicy pojawiały się rózne objawy, drętwienia itp. Albo nagle pojawiał się atak paniki.
Ale od okresu – DOŚĆ, coraz bardziej logicznie do tego podchodziłem.

Jak wybudzałem się ze snu w panice, dezorientacji to nie słuchałem obaw od razu idących w parze, mówiłem –
"zamknąc mordy", i leżałem chwilę aż ochłonąłem, wyśmiałem potem nerwicowe jazdy i próbowałem spać dalej.

Jak coś mnie kuło czy drętwiało, mówiłem
"znowu coś, nie wydurniaj się nerwico, nie ma się czego bać, chodż lepiej w coś pogramy, badanka miałem dobre, nastepne dopiero za rok."
albo ostrzej
"wypi..." :)

I tak trwałem na tym posterunku.
Tu jest ważna pewna sprawa.

Bo jak napisałem o tym, że moim priorytetem stało się moje życie, niektórzy mnie pytają czy to nie było egoistyczne.
Źle to w takim razie zrozumieliście.
Ja wybierałem życie ponad lękiem a nie ponad życiem osobistym.
Wręcz przeciwnie można powiedzieć, stałem nie nie egoistyczny, bo egoizmem to jest w sumie egocentryzm, szczególnie jak za długo w nim siedzimy. :)
Do tej pory przez lęk, i objawy wybierałem życie iluzją stanu emocjonalnego, tego co on sobie stwarzał.
A jak świadomie zacząłem na niego wpływać, i zajmując czas i też myśli w ciągu jakiegos okresu dnia, mogłem tą uwagę w końcu poświęcić bliskim, pracy, grze, czy innym rzeczą.
W ten sposób właśnie spycha się istniejące jeszcze zaburzenie na drugi plan.

A teraz weźmy objawy i obawy o zdrowie psychiczne.

Bo skoro napisałem o zdrowiu fizycznym to zaraz niejeden w lęku powie to co ja zawsze mówiłem, to są takie tak zwane wymówki nerwicowca:

NO ALE FIZYCZNY STAN ZDROWIA MOŻNA SPRAWDZIĆ ALE SCHZIOFRENII NP.
NIE DA SIĘ ZBADAĆ.
:D

Bo chorób psychicznych nie ma potrzeby badać, ludzie z zewnątrz ci powiedzą, że nie zachowujesz się normalnie ;)
Nawet ja potrafię schizofrenię poznać po zwykłej rozmowie on-line z kimś a co dopiero psychiatra widząc kogoś.

Schizofrenię i choroby psychiczne można tak naprawdę zbadać bardzo szybko, bo one są widoczne.
I nie, nie są tym myśli lękowe, obawy ani to, że wyglądasz na niewyspanego czy smutnego :)

W strachu przed schizofrenią czy inną choroba psychiczną też oczywiście tymi rzekomymi dowodami na jej istnieje, lub początek, lub to, że jej dostaniemy są rzecz jasna objawy i także analiza lękowa.
Najczęściej obawa moja o zwariowanie wynikała z derealizacji i depersonalizacji, która była u mnie moim jednym z głównych koników objawowych.

Swoje objawy wypisałem tutaj (jak ktoś chce się z nimi zapoznać) encyklopedia-objawow-derealizacji-deper ... 73-15.html

Często tez obawiałem się tego, że po prostu nie wytrzymam od myśli, objawów i zwariuję lub dostanę jakiejś ciężkiej depresji.

No ale obawy obawami, wpływanie zaburzenia na naszą świadomość, czyli jak zwykle w stanie lęku.
I tutaj też utrudniała sprawę ta cała analiza lękowa.
Przez nią na każdy szmer w mieszkaniu, każdy hałas rozglądałem się w strachu czy to nie jakiś omam, każdą dziwną myśl ( a tych było pełno podczas zaburzeń) poddawałem analizie czy nie oznacza ona tego, że zwariowałem.
Ciągle byłem w stanie wyczulenia i sprawdzania oraz kontrolowania się.
Choćby stale zastanawiałem się czy to co mówię jest poprawne, czy to jest normalne, czy moje zachowanie nie jest dziwne.
To wszystko zawsze były główne dowody na to, że nic mi nie jest, że to wszystko jest iluzją zaburzenia.
Ale ja tego nie chciałem dostrzec, choć być może później już dostrzegałem ale pozwalałem aby to zaciemniało mój osąd i powodowało aby logika schodziła na drugi plan a zaburzenie wchodziło na pierwszy.

Jak przestałem?

Po prostu przestałem.
Czyli jak mignęło mi coś w kąciku oka, jak usłyszałem szept, jak miałem jakieś przewidzenia
NIE SPRAWDZAŁEM, tylko od razu mówiłem
"CO CHORUJE, przypominałem sobie – STAN EMOCJI."
"Nie bój się" - mówiłem, często pytałem się swoich obaw – "gdzie ta schizofrenią? Dawaj ją."
"I widzisz nie ma jej."


Zaprzestałem sprawdzania tego czy poprawnie mówię i myślę, czułem oczywiście potrzebę ale mówiłem
"nie mam po co sprawdzać, jak zacznę bredzić inni mnie o tym poinformują a to sprawdzanie to forma kontroli a ja mam DOŚĆ".

Tak naprawdę i szczerze mówiąc zdyscyplinowałem się do wyjścia z tego.
Mówiłem:
"no to gdzie to jest?", "gdzie ta schizofrenia, rak, guz, ciężka choroba, umieranie i wariowanie"
Odczekiwałem chwilę i zajmowałem się czymś innym już niż dalszym myśleniem o tym, a robiłem to bo wręcz obsesyjnie już (bo tak miałem dość) chciałem przekonać stan emocjonalny.

Wiem, że te słowa mogą wydawać się niektórym z was niesprawiedliwe ale ja naprawdę już chciałem z tego wyjść, z uporem maniaka wręcz.
Akceptują fakty czym są moje myśli i moje objawy.
A chocby sam udział na forum mnie przekonywał i pokazywał te schematy, w tym właśnie udział na forum był wręcz dla mnie niezastąpiony, a dokładnie w uświadamianiu siebie.
Tyle, że musiałem sam powiedzieć stanowczo DOŚĆ KONTROLI aby ją puścić.

Pragnąłem najbardziej na świecie przekonać emocję, wyjść z kręgu lęku.
Ale bez już presji czasu, że musi się to stać i to w 100 %, najpierw chciałem chociaż uzyskać jakąś poprawę a potem dalej i dalej i dalej z tym szedłem.

To mi bardzo pomagało, mimo, że byłem zmęczony.

Zmęczenie

Czy ja byłem podczas tego zmęczony?
Podczas zaburzenia ogólnie to ja byłem stale wyczerpany, co nie dziwi mnie za bardzo, chociaż kiedyś był to kolejny "dowód" jak to ciężko chory ja jestem albo jaką to ja depresję dostanę.

Senny byłem, zaspany a zarazem cały w lęku, czułem się ciągle jakbym z jakiś kamieniołomów dopiero wrócił, po 12 godzinach pracy.
Ale stałe lękowe myśli, objawy a przede wszystkim postawa wyczulenia, analizy zabiera strasznie wiele energii oraz koncentracji.

Kiedy zacząłem z uporem odkręcać nawyki, wpływać na stan emocjonalny potrzebowałem jeszcze więcej tej uwagi a do tego poszedłem też do pracy (mowa o pracy zarobkowej), powodowało to, że byłem ciągle zmęczony.
Ja akurat wziąłem to na przeczekanie.
Czy tak czy siak tak podczas zaburzenia byłem zmęczony a ten brak siły to nie jest żadnym stanem chorobowym. Po prostu wynika z tej całej analizy gdzie zaburzenie czerpie po prostu z nas tą energię a skoro czerpie i zaburzenie trwa to my tak naprawdę ta energię posiadamy, tylko idzie ona na inne rzeczy.

Dlatego przestałem sobie wkręcać, że to osłabienie coś oznacza, co tu dużo mówić, zaakceptowałem to, że chodziłem trochę jak zombii.
Bo z jednej strony brak siły ale z drugiej zaburzenie trwa, do pracy chodziłem, starałem się odburzać więc siła była ale no szła na zużycie tego wszystkiego.
To w zasadzie motywowało mnie aby ją odzyskać, tą energię na zwykłe życie a nie śmiesznie i paradoksalnie zaburzony stan emocji.

Czyli to co pisze często – kwestia priorytetów.
Miałem dość, postawiłbym każdą kartę już na to aby z tego wyjść.


Sen

Będąc przy zmęczeniu poruszę i tą kwestię u siebie.
Sen był bardzo ważnym regeneratorem ale to nie znaczy, że jak się wyspałem to zaburzenie mijało :) ale chodzi mi o to, że jak się nie wysypiałem jak należy to i odrealnienie było większe i ogólnie lęki i cała nerwica.
A ze snem miałem problem bardzo duży.

Snu jest potrzeba regularnego, a to właśnie między innymi dlatego, że w ciągu dnia energia idzie na zaburzenie, anlizę, i nasze działania, sen regeneruje energię.
Dlatego warto spać to 7,8 godzin co noc i zauważyłem, ze najlepsza pora snu to 22/23 – 6/7 góra 8.

No ale ja niestety podczas zaburzenia i po tym moim DOSYĆ, sypiałem w kratkę i to bardzo bo zwyczajnie nie mogłem spać.
Lęk to powodował, czułem zmęczenie ale nie zasypiałem, czasem pomagał wysiłek fizyczny na to ale też nie zawsze i nie zawsze była mozliwość żeby aż tak się zmęczyć.

I ja tu przyznaję bez bicia, że korzystałem tak raz w tygodniu z leku uspokajającego na receptę a dokładnie benzodiazepiny – xanaxu.
Moim kłopotem było to, że jak nie spałem dobę to było to do wytrzymania, 2 dobę czy 3 to było już gorzej, trudniej mi było kontynuować tą opcję wpływania na stan emocjonalny.
Brak snu przez 3 doby mając odrealnienie był dla mnie bardzo uciążliwy.
Więc jak szykowało się, że przychodziła 4 noc a ja znowu nie zasypiałem to wtedy brałem 1 mg xanaxu i po prostu zasypiałem a kolejnego dnia trzymałem się dalej swoich wytycznych,
szlaku :D

Zaznaczam od razu, że takie leki trzeba brać po konsultacji z lekarzem, ja akurat zawsze wolałem wszystko robić samemu ale tutaj to, że ja brałem xanax nie ma być już dla ciebie wyznacznikiem, że masz też tak robić.
Xanax działał u mnie maks 4,6 godzin i nie powodował za bardzo zejścia objawów czy myśli ani dd, bardziej uspokajał sam lęk i powodował zasypianie.
Dlatego ja go u siebie stosowałem przez jakoś pierwsze pół roku zmagania z tym jak to nazywam prawdziwym odburzaniem – świadomym.

Po jakoś pół roku tego odburzania spowodowało, że częściej sypiałem a jak zarywałem to tylko jedną noc a to było jeszcze do wytrzymania, nie kolidowało z wpływaniem na stan emocjonalny.

Dieta

Czemu ja w ogóle postanowiłem korzystać z diety?

Nie dlatego, że urzekły mnie słowa – zdrowa żywność jest mega :D

Ale dlatego, że sam zauważyłem jedną rzecz.
Jedząc bardzo syte posiłki, kaloryczne, naładowane węglowodanami do bólu, słodycze, powoduje się skoki cukru, co prawda te skoki są zbijane przez insulinę i nie o to chodzi, że to jakieś tam zaraz groźne jest.
Ale powoduje ospałość - co prawda niewielką, czasem zmęczenie - ale mając zaburzenie to wszystko to składa się do kupy.
Same objawy zaburzenia, to, że ono wysysa i tak energię to jeszcze objadanie się jest dodatkowym minusem.

Druga sprawa to układ pokarmowy i jego obciążanie.
Nadmierne objadanie się powoduję duże trawienie, przyspieszony puls ( co często przez nerwicowców jest źle interpretowane) i kolejna częśc energii idzie aby ciągle coś trawić.
Powoduje to wzdęcia, gazy, zgagę, a układ pokarmowy i tak już jest dość nadwyrężony przez samo zaburzenie.

To jest jedna z rzeczy, którą właśnie wtedy dostrzegłem.
Przestałem traktować słowo "NERWICA" jako wielki nic, jako coś co powinno być słabe.
Nie. Tak nie jest.
To może pomóc nam zrozumieć, że NERWICA nie jest grożna ale też nie powinniśmy się dziwić objawom i myśla ;)

Stan emocjonalny to jedna z głównych części nas, jak on jest zaburzony to zaburzone jest wiele innych rzeczy, zmęczonych i nadwyrężonych, jedną z tych rzeczy jest układ pokarmowy.
Dlatego zdecydowałem się ograniczyć objadanie.

Nie potrafię trzymać się diet z jakiś gazet i robić jakiś posiłków dla dietetyków czy tym podobne.

Po prostu wykluczyłem z diety, biała mąke (ma wysoki indeks glikemiczny), biały ryż, białe makarony, jadam żytnie i ciemne.
Oraz słodycze, i syfy jak chipsy, czasem do dziś pozwalam sobie na ciasto i lody :D
A tak mięsa, warzywa, wędliny, sery, wszystko jem normalnie choć nie w nadmiarach.
Czasem zdarzają się wyjątki :D

Ale ogólnie to te rzeczy wykluczyłem i nagle skończyły się problemy ze zgagą, wzdęciami i problemami żołądkowymi.
Muszę przyznać, że ten sposób odżywiania się, mnie też ogólnie odświeżył i do dziś sobie go chwalę, choć trudno było na poczatku się przestawić.


ZNOWU ODPOCZNIJ.....
:D

Małe podsumowanie

Chciałem tutaj podkreślić pewną sprawę.
To jak wyżej ja opisuje traktowanie obaw, zwracanie się do stanu emocjonalnego, uczenie się wyższości logiki i świadomości było tym co mi pozwoliło czuć się coraz lepiej aż w końcu następowały znaczące poprawy.

Ale też chce powiedzieć, że było mi potrzebne to pewne nazwijmy to oświecenie :)
Świadomość zmienności życia.


A mianowicie w lęku a jak już jak pisałem martwienie się o zdrowie miałem przed tymi mocnymi stanami, człowiek chce się upewniać z czasem już nie w tym co mu jest, ale czy mu na pewno nic się nie stanie, na coś nie zachoruje, czegoś nie straci.
I to jest właśnie najbardziej irracjonalne, - bo żyjąc tym - już straciłeś to co najważniejsze, swoją wolność.
Ale możesz to na szczęście odzyskać.

Podczas zaburzenia zaczynamy obawiać się o utratę życia, zdrowia fizycznego i psychicznego, utratę rodziny, szacunku, wielu rzeczy, ciągle tylko utrata i utrata nam chodzi po głowie.
Strach przed utratą czegoś, strach przed "dostaniem" czegoś.
Dowodami na to mają być objawy, myśli, wrażenia, obawy ale na to można reagować i jak to robić napisałem wyżej, stale o tym piszemy na forum.
Wpływać na stan emocjonalny, obawy ośmieszać, wyszydzać, ignorować, i zajmować myśli nie po to aby uciekać od tematu ale po to aby żyć, życiem a nie zaburzeniem, iluzją.

Natomiast tak naprawdę większość osób uzależnia swoje wyjście z zaburzenia od tego aby ktoś im powiedział – NIGDY SIĘ TOBIE NIC NIE STANIE.
Od nerwicy, lęku, myśli, objawów, odrealnienia rzeczywiście się nic nie stanie, to jest fakt niepodważalny.
Bo taka jest natura organizmu.


Ale to nie każdemu wystarcza, większość chce wiedzieć, że NIGDY i tak się nic nie stanie.
Ja taki byłem, uparty w złą stronę ale po moim DOŚĆ, zrozumiałem jedno – najgorsze co mogło się stać już się stało.
Bowiem byłem więźniem samego siebie, swoich emocji, nie żyłem pełnią bo bałem się rzeczy wymyślonych i wyobrażonych.
Chciałem zapewnień, że zawsze będę wolny od wszelkiego zła i problemów a takie zapewnienie nie istnieje.
I być może niektórym z was nie spodoba się to co napiszę, ale to w końcu ja piszę tu o sobie i swoim świadomym wychodzeniu z zaburzeń.

Stać się może nam wszystko w życiu, ale to są sprawy natury z którymi niektórzy muszą się zmagać a inni nie muszą, to są pewne doświadczenia życiowe, których ja na pewno nie chce do dziś, ale dziś to jest już zwykły ludzki strach przed czymś złym, przed jakąś tragedią.

Ale życie strachem, że coś wymyślonego przez moje myśli (w zaburzeniu cholernie lękowe), wyobrażenia (też lękowe) stało się dla mnie największa stratą jaką mogłem uzyskać.
Bowiem żyłem ale tak naprawdę nie żyłem, to jest wegetacja jak dla mnie.
Po moim DOŚĆ niczego tak nie pragnąłem jak wyjśc z tego kręgu.
A jeśli w życiu ma mnie spotkać dopiero coś złego to akceptuję to, natomiast nie chciałem już pozwolić sobie na dalsze życie tym strachem.

Dlatego choćby w wypadku hipochondrii, raz zrobione badania, potem postanowienie, że raz w roku zrobię (od tamtej pory nie robiłem a minęło już prawie 3 lata) i wszelkie emocje i obawy jakie przychodziły gasiłem logiką.
Postanowieniem, że już nie chcę żyć iluzją, czymś wyobrażonym, wymyślonym DOSŁOWNIE.
A objawy, myśli od zaburzenia akceptowałem jako fakt występujący w wyniku mechanizmu lękowego.

Ja dlatego się tak o tym powtarzam, bo czesto dostaję pytanie, jak radzić sobie z drętwieniem, jak radzić sobie z mrowieniem, jak radzić sobie z zawrotami głowy.
Jak dla mnie to możesz stać na głowie jesli ci to pomaga :)

Objawy i mysli to są tematy ooboczne, najpierw pytanie czy ty rozumiesz, że ty na te obawy i lękowe myśli masz działać właśnie, masz podejśc do nich z wyższością z uwagi na to, że to ty musisz pokazać stanowi emocjonalnemu, że ten tygrys jest łagodny.

Więc nie ważne jest dla mnie jak ty to zrobisz, czy ty będziesz pracował, czy skakał na jednej nodze, czy śpiewał piosenkę.
Wielu z was pyta czy to dobra droga, czy to dobry sposób.
Wszystko jest dobrym sposobem o ile rozumiesz na co masz działać, po co to robisz i jesteś świadomy zmienności życia ale nie tu, nie teraz i nie od objawów zaburzenia.
I tego się twardo trzymasz.

Oczywiście, że wątpliwości i obawy są, one wynikają z emocjonalnego stanu i dlatego ty świadomie musisz działać.

Objawy i myśli to jest tak naprawd produkt poboczny, zastępczy, to nie to jest ważne, nie to jest ważne aby dana myśl czy objaw od razu minął.
Czasem widzę jak ludzie piszą, "jest super bo dana myśl mi minęła" :) a za chwilę "no ale drętwienie jest", albo "no ale przyszła inna."
Bo nie chodzi wcale o to aby w odburzaniu widzieć tylko to aby to minęło, to nie jest ważne bo dopóki stan emocjonalny się nie zregeneruje, myśl i objaw może wrócić lub się pojawić.
Świadomość tego nie ma straszyć ale ma pomagać, tłumaczyć, wyjasniać.

Nie chodzi o bezmyślne mówienie "no chodź zabij mnie, no dawaj to", tylko tą wiedzę kogo ty tym masz uspokoić, komu masz pokazać (choćby takim szydzeniem), że ten pies nie jest groźny.

Niektórzy mówią jak tak robię to lęk się nasila, - no jasne, - bo jak pisałem wcześniej stan emocjonalny zbliżając się do zobaczenia w swoim tygrysie niegroźnego cielaczka, niepokoi się jeszcze bardziej, ale to jest czasowe o ile temu znowu nie ulegniesz.

Nie rozumiem też ludzi, którzy mając zaburzenie parę lat, lub wiele miesięcy mówią, że nakrecają się objawami innnych.
Widać w tym wypadku, że wam chodzi tylko o uspokajanie się nadal, jaki objaw stanu emocjonalnego może być straszny?
Żaden nie jest straszny ani żadna myśl, bo to są sprawy drugorzędne.
Pierwszorzędne jest zrozumienie, że to czy ja mam jeden objaw czy dwadzieścia NICZEGO nie zmienia, ten z jednym objawem męczy się tak jak i ty.

Ja teraz odburzanie zacząłbym od poznania wszystkich objawów nerwicy, pod warunkiem, że najpierw uzyskałem tą wiedzę czym jest nerwica, czym jest to zaburzenie, czym są lękowe myśli, czym są objawy.
To można uzyskać na forum albo na terapi choćby poznawczo – behawioralnej czy gdziekolwiek w książkach o nerwicy.

I tu parę słów dla osób nazwijmy to poczatkujących.


Niektórzy z was czytają o tym ryzykowaniu, nerwicy i chcą od razu toczyć bój.
To jest słuszne podejście ale miejcie też dla siebie pewne wyrozumienie.

Na początku dobrze jest się uspokajać, bo swoją świadomość i logikę też trzeba na początek nakarmić.
Więc to, że macie jakiś objaw, nowy objaw, myśl i pytacie o nią, chodzicie z tym do psychologa to jest to DOBRE.
Świadomość problemu przychodzi z czasem, nie warto jednak poświęcac uwagi innym chorobom fizycznym czy psychicznym, dobrze jest unikać takich prowokatorów.
Ale o nerwicy dobrze jest wiedzieć dużo, aby to, że nagle w domu zdrętwieje nam czy zabije mocniej serce, czy przyjdzie "chora" myśl nie było niespodzianką.
Niektórzy potrzebują paru tygodni a inni 3 może 4 miesięcy na swój początek.
Zależne to jest od osobowości, temperamentu, sytuacji życiowej.

Dlatego nie oskarżajcie się negatywnie jeśli nie wychodzi wam zmaganie się z nerwicą i czujecie potrzebę badań, opinii lekarskich czy innych ludzi.
Badajcie się, pytajcie i uświadamajcie czym jest zaburzenie lękowe!!!!!

Ale jeśli mijają miesiące, tygodnie a wy zaczynacie po prostu żyć BYLE SIĘ USPOKOIĆ i jakóś tam będzie, to pomyślcie czy warto naprawdę żyć iluzją, i wtedy może też powiecie DOŚĆ.

I zaczniecie pracować nad tym co w was naprawdę choruję, będziecie zmęczeni, wykończeni ale górą, świadomie górą nad stanem emocjonalnym a każdy z was, ma na pewno tyle siły aby go uspokoić.

Natręctwa, natrętne lękowe myśli

Teraz pora na krótkie takie przykłady samych natręctw oraz myśli, które i dla wielu z was są solą w oku.
Najpierw myśli.

Często jest tak, że podczas zaburzenia myśli nie tylko służą nakręcaniu jak przyjdzie objaw czy jest analiza.
Często myśli przychodzą pierwsze i są lękowe lub filozoficzne.
Ja np. miałem tak, że tu się starałem, tu czymś zajmowałem i nagle myśl zawitała -
"ale to wszystko jest bezsensu, czy nie lepiej się zabić"

Oczywiście zawsze myśl taka psuła mi humor, ba! Powodowała lęk większy, strach i od razu myślenie, dziwienie się!
"Czemu, dlaczego, a może to oznaka depresji?", " a może zabiję się bo nie wytrzymam, w depresji są przecież myśli samobójcze"
I tak potem 5 dni czemu, dlaczego, po co....

I rzecz pierwsza i najważniejsza (po moim dosyć), którą widzę u wielu z was (jako rzecz potrzebną).

Przestałem uzależniać swoje szczęście od tego czy mysli takie są czy myśli takich nie ma.

To nie jest istotne.
Wielu z was pomyśli, że to niemożliwe ale możliwe, owszem.
Sytuacja gdzie mi się pojawiła taka myśl a ja z uporem maniaka mówiłem:

"i znowu taka myśl tym razem, znam już ją", "zaraz ci pokażę, że to nie jest groźne"
"czy szykuję sznurek żeby się zabić?, czy zbieram recepty aby połknąć leki?, czy zachowuję się jak samobójca", Odpowiedz brzmi – NIE.
Czy oprócz apatii spowodowanej objawami i myślami nie chcę wrocic do dawnego samopoczucia"?
Odpowiedź brzmi – CHCĘ WRÓCIĆ DO DAWNEGO SAMOPOCZUCIA i chociaż może już nie pamiętam jak to jest się czuć dobrze, to CHCĘ!

Więc nie chcę się zabić i nie mam depresji jakiej tak bardzo się boję.

I taka racjonalizacja to jedno, trzymanie się logiki a nastepnie skupianie uwagi (nie wypieranie a umyślne skupianie uwagi na czymś innym aby nie analizować iluzji lękowej, myśli lękowych - niemających żadnego znaczenia) na czymś życiowym, tu i teraz a nie jakiś lękowych wyobrażeniach.
Koniec przecież miał być wróżenia z fusów!

Ale szczęściem nie powinno być to, że ta myśl się więcej ma nie pojawić!
To nie powinno być celem!
A czemu?
Bo dopóki stan emocjonalny się nie uspokoi takich myśli będzie miliard :)
Może być miliard.
Albo 3 miliardy!


Dlatego raz będziemy uspokajać stan emocjonalny a za drugim razem znowu się pogrążymy bo "znowu ta myśl jest..." (dziwienie się, brak akceptacji faktów, że ma prawo być).

Koniec wróżenia z fusów powinien być stosowany w stosunku do wszelkich myśli lękowych, to są tylko wyobrażenia a nie to co ma się stać.

Ileż razy w życiu (bez zaburzenia) myślelismy o czymś, byliśmy pewni, że tak i tak się stanie, a potem nagle było zupełnie inaczej niż myśleliśmy?
Wiele razy a to dlatego, że mysli nie znają przyszłości, są tylko punktami odniesienia, naszego odniesienia.
Na które na szczęście mamy wpływ o ile to zrozumiemy.
Mysli podczas zaburzenia są takie same jak i inne mysli, bez zaburzeń.

Weźmy teraz myśli o sensie życia, rozkminki typu:
czemu niebo jest niebieskie,
czemu woda jest płynna,
czemu włosy rosną
czym jest kosmos.

Takie przykłady.

Myśli miałem takich wiele, są one moim zdaniem wynikiem zapełnienia straszakami naszego umysłu.

Najgorsze co można zrobić to dać się pochłonąć takim rozkminką, bo czy bez zaburzenia czy z zaburzeniem odpowiedzi na zagadki kosmosu są raczej niemożliwe do uzyskania.
A w zaburzeniu generują tylko lęk.

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że takie myśli o sensie życia mogą się pojawiać.
Kwestią jest to, ze zdajemy sobie sprawę, że bez zaburzenia nawet jeśli myśleliśmy o takich tematach to nie było to problemem, czemu jest więc teraz?
Bo zaburzony stan emocjonalny traktuje je jako straszaki, męczy świadomość nimi, bo wie, że rozmyślając nad tym będziemy się straszyć.
Nie pozwalajmy na to, mówmy
"jakąś tam swoją filozofię mam i na pewno nie będę się w to zagłębiał z lękiem"

"nie jestem w stanie znaleźć i tak na to odpowiedzi a na ten moment to tylko pogarsza mój lęk"

Nie chodzi o to aby wypierać te myśli, aby ich nie chcieć bo one są twoje, po prostu zaburzenie je generuje, tylko trzeba ustosunkować się do nich logiką.
Zamiast "czemu są", zamiast dziwić się, że takie przychodzą podejdź do tego ze zrozumieniem.
Myśli o sensie życia nie wynikają z tego, że masz dostać depresji :)
To zwykła obawa lękowa.

Boisz się depresji?
"zobaczymy stanie emocjonalny czy w najbliższym czasie jej dostaniemy, ja wiem, że nie, ( bo mysli i obawy to nie przepowiednia) ciebie przekonam, żyjąc, rozmawiając, próbując cos robić."

Jeśli masz te różne rozmyślania o sensie wszelkiego stworzenia, to jak pisałem, nie rób z tych myśli problemu, z ich obecności.

"być może nie znam na wszystko odpowiedzi.
Mało, który człowiek zna, mało kto potrafi się określić filozoficznie
Jeśli będa o tym rozmyślac to na pewno nie z lękiem, teraz lepiej zrobię coś innego, więc sory , nie mam na to czasu".


Kolejna sprawa

NIE LICYTUJ SIĘ :)

Ilez razy widzę

"cieszcie sie, że nie macie mysli o depresji, o samobójstwie, o mordowaniu, o homoseksualizmie, zdrowiu, zwariowaniu"

I stale są takie przekomarzania. Dlaczego nie warto tak robić?
Nie dlatego, że to jest egocentryczne i takie typowe w nerwicach, że aż smieszne :D
Srał to pies :)

Chodzi o to, że jak mówisz TA MOJA myśl to jest TAKA GORSZA, to automatycznie robisz z nią naprawdę gorszą.
Robisz z niej nie efekt zaburzonego stanu emocjonalnego, tylko coś co ci rzekomo zagraża.

Czyli szkodzisz sam sobie.


W taki sposób jak powyżej przykładowo napisałem reagowałem na myśli, objawy, analizę, wyczulenie, nie chciałem dać się wciągać.

Jak miałem strach przed utratą świadomości czy strachu, że przestanę poznawać rodzinę, mówiłem:
"no proszę, kiedy to nastąpi?"
ale wiedziałem, że robię to bo ja już nie muszę się uspokajać.
Bo uspokajanie się w którymś momencie to unik, próba kontroli, z uspokajaniem się w którymś momencie trzeba skończyć i zastąpić to próbami generalnymi i akceptacją faktu, że to stan emocjonalny jest zaburzony i to jego musimy przekonać!

Nerwica natręctw

Wcześniej były myśli, które dawały obawy.
Teraz krótko natręctwa. Ten sam schemat.

Strach przed zarazkami jak czegoś dotknę.

Od małego dziecka miałem tego typu natręctwa, które jakoś wbiły się w sumie we mnie.
Były to takie moje "dziwactwa".

Jak wziąłem się za ataki paniki, lęk, objawy, strach o zdrowie w tym wieku 25 lat zrozumiałem automatycznie, że dość też natręctw!

Często myłem po kilka razy ręce jak tylko czegoś dotknąłem.
Oczywiście higiena to jedna sprawa, po toalecie trzeba myć ręce, to jasne.
Ale ja myłem nagminnie przez irracjonalne poczucie, że mam brudne ręce.
Jak nie myłem to czułem niepokój.

Tak samo było z liczeniem liter w różnych przeczytanych wyrazach.
Musiały być nieparzyste sumy liter w wyrazie, jak były parzyste odczuwałem lęk i obawy, że coś złego się może wydarzyć.

Jak pisząc to aż sam się sobie dziwię, że to było moim udziałem :D Ba!
To było moje życie.

Dostałem dużo próśb o napisaniu o nerwicy natręctw, ale tak szczerze mówiąc nie specjalnie mam dużo do pisania.
To znaczy dużo to i tak już tu piszę ale nie mam dużo czegoś innego niż dotychczas :)
Nie będę tworzył jakiś przecież magicznych teorii czy zmyślonych historii, jak to jest ten sam schemat.

Napięcie, stresory tworzą obawę, natręctwo, pierwszą myśl, że musimy coś policzyć np 5 razy, lub myć ręce co chwila bo nawet dotknięcie biurka to zarazki.
Jak tego nie robimy to powstaje lęk lub obawa, że coś się wydarzy nam lub rodzinie (iluzja lękowa).

Schematy te same.
Nie wyobrażam sobie aby po moim DOŚĆ wychodzić z ataków paniki, obaw o zdrowie, derealizacji a nerwice natręctw sobie zostawić :)

Dla mnie DOŚC to było DOŚĆ, cel, ustawienie priorytetów.

Gotowy byłem iść do ubikacji, nasikać sobie na ręce, poczekac az wyschnie i chodzić z tym dwa dni.
I nie, nie żartuję.

Dla mnie wyjście z iluzji (jaką było mycie rak po dotknieciu bluzki jakiej nosze bo tam są ZARAZKI) stało się najważniejsze.
Po prostu przestałem tak czesto myć ręce, był niepokój ale ja wiedziałem skąd wynika, (pokazywanie, że pies jest niegroźny stanowi emocjonalnemu) nie bałem się go, wiedziałem, że przyjdzie.
A obawy, że stanie się coś złego? – "no to proszę bardzo!"

Tak samo obawy, że jak coś liczę to musi być nieparzyście, więc przestałem bać się liczb parzystach, czesto robiłem coś specjalnie parzyście, a z czasem w ogóle przestałem się tym przejmować!
Bo to jest iluzja!
Oczywiście, że ja zawsze wiedziałem, że to jest irracjonalne ale nigdy tak mocno, z uporem i prawdziwie z serca nie próbowałem z tym skonczyć, nigdy z uporem nie trzymałem się logiki, mimo wiedzy - rządziły emocje.
Skończyłem z tym.

Początkowo i tak obawy przychodziły i chęci liczenia i mycia itp ale z czasem było tego coraz mniej.

I tu właśnie jest taka uwaga do wszystkich, którzy czytają o konfrontacji i ryzykowaniu, niektórzy wchodza czytają i od razu huuuraaaaa!
Na przekór natręctwom, i nagle jest lęk i nagle jest płacz.
Dlatego właśnie poprzednie wpisy poświęcałem ryzykowaniu, konfrontacji, myślą ale ten poświęcam myśleniu :)
Bo żeby ryzykować, trzeba wiedzieć czemu ryzykujemy na te obawy, czemu konfrontujemy obawy, kogo mamy uspokajać.
I czemu my nie musimy się wcale wtedy wysilać.

Trzeba to wiedzieć ale także mieć naprawde dużą chęć w sobie i cel, który mówi nam wyraźnie
NIGDY WIĘCEJ ILUZJI, tego więzienia.

Dla mnie wyjście z iluzji stało się ważniejsze niż zatrucie się bakterią wąglika :)
Bo zatrucie się to byłoby doświadczeniem, którego i tak bym nie mógł w życiu uniknąć pewnie, a iluzja to jest coś co mogę zniwelować i mieć życie pełniejsze, do czasu jak mi będzie je dane przeżywać.

Czasem tak jest, że niektórzy wchodzą i od razu RYZYKO ale nie wiedzą po co, dlaczego, bardziej chcą to wyprzeć niż się z tym zespolić.
A ri nie ma sensu wypierać mysli i objawów jak to są twoje rzeczy, jak to sa twoje emocje.
Jak to zrozumiemy, postawimy cel, będziemy pragnęli mocno to wtedy śmiało bierzmy się za konfrontację.

Sama konfrontacja, samo ryzykowanie, to jak samo zajęcie myśli, sukces połowiczny i radość, że udało nam się zignorować drętwienie ręki :) ale już drugiego dnia drętwienie języka nas zbiło z tropu.

Jeżeli chodzi o same natręctwa to miałem tylko jeden problem.
Ja nerwicę natręctw miałem od 7 roku życia więc poniekąd byłem przyzwyczajony do tego choćby liczenia.

Dlatego nawet jak już obawy mi zeszły, nie czułem lęku jak nie liczyłem, zdarzało się, że patrzyłem na wyraz i zaczynałem liczyć :D
I od razu się łapałem "po co ja to do cholery robię" :D
Z czasem musiałem się odzwyczaić po prostu jeszcze takich zwykłych odruchów.

I w zasadzie tyle chciałem napisać w tej części.
Nie miałem ochoty tu pisać na siłę jakis przykladów bo nie chciałem tu czegoś tworzyć zamiast pisać faktów, napisałem główne przykłady i główne postanowienia jakich się trzymałem i jakie praktykowałem.

Brzmi to prosto ale prostym to nie było aż tak jak się to wydaje.

Mój czas :D

Moje odburzanie z takich nawyków lękowych, analizy lękowej, zaburzeń lękowych trwało półtora roku.
Czy to duzo czy krótko to zależy, natomiast na pewno jak ktoś to czyta i ma zaburzenie 3 miesiące to nie znaczy wcale, że też musisz to robić półtora roku :D
Jak na mnie i moją całościowo historię był to według mnie i tak krótki okres ale właśnie dlatego o tym piszę, bo często jest tak, że panuje jakaś opinia w stylu:
wychodzisz z zaburzeń tyle czasu ile w nich trwałeś.

Mit ten obalam ;) ale oczywiście to nie jest kwestią robienia wyścigów kto pierwszy ten lepszy.!!!
Tylko kwestią, że jak miałem zaburzenie 5 lat i ktoś mi mówił, że tyle samo czasu się będę odburzał to nie było to zachęcające :)

I teraz mogę sam na sobie powiedzieć – bzdura.


Pierwsze 6 może 8 miesięcy było trudnych bo wtedy było wszystko naraz i pierwsze jakby przeszły mi ataki paniki, strach przed nimi, w sumie przyzwalaniem na nie i rozumieniem czemu przyzwalam.
Potem lęk wolnopłynący zmieniał się w napięcie, z czasem powoli i to napięcie schodziło, choć wolno dosyć.
Z czasem sam lęk wolnopłynący przychodził tylko czasami, objawy fizyczne też w większości poschodziły.
Tak już do roku czasu miałem stan dobry i jedynym problemem zaczęła być trwająca ciągle depersonalizacja i derealizacja oraz różne natrętne myśli chociaż jak zacząłem właśnie rozumieć, żeby zakończyć uzależnianie szczęścia i życia od tego czy myśli przychodzą czy nie, coraz mniej natręctw się pojawiało.

Jeżeli chodzi o depersonalizację to opisałem swoje zmagania tutaj: moja-historia-derealizacji-i-depersonal ... t3937.html

Może to dziwne, ze osobne tematy są ale w sumie depersonalizacja i derealizacja jest takim troche dla mnie osobnym tematem, choć nie po to aby robić sobie KOLEJNE zaburzenie i się dołować ILEZ JA TEGO MAM.

Stan derealizacji i depersonalizacji to jest takim samym tak naprawdę schematem jak sama nerwica.
Wynika również z zaburzonego stanu emocjonalnego i utrzymuje się na tych samych zasadach co inne objawy czy myśli nerwicowe.

Czyli dziwimy się stale objawom derealizacji,
"czemu nie czuję ręki",
"czemu nie czuję emocji"
i nadajemy temu wielką wartość zagrożenia oraz idziemy za obawami czyli
"pewnie to choroba neurologiczna","
pewnie to jakaś depresja albo choroba psychiczna".
I nie akceptujemy tego oraz nie przekonujemy stanu emocjonalnego dając mu równoczesnie czas na regenerację.
Wtedy depersonalizacja jest utrzymywana, poprzez zwracanie na niej uwagi lękowej a nie naszej logicznej i świadomej.

Zasady są te same.
A resztę opisuję i nie tylko ja we wpisach forum oraz tłumaczymy w nagraniach divovica, polecam poczytać jak ktoś z was ma odrealnienie.

artykuly-forum-o-derealizacji-i-deperso ... t4539.html


W sumie półtora roku i stany te razem z odrealnieniem zeszły mi, do tego mógłbym dodać tak jeszcze pół roku "łapania mnie czasem", bo był to też okres stawiania takich pierwszych kroków w świecie bez zaburzenia :)
Również z lękiem społecznym wówczas musiałem się rozprawić, moją postawą unikową ale o tym napiszę w kolejnej cześci, ostatniej już.

W każdym razie od tego okresu i natręctwa i analiza lękowa i strachy przed "czymś" zeszły mi.

A to dlatego, że stan emocjonalny uspokoił się, wpłynąłem na niego.
Trwało to trochę ale ja zawsze byłem strachliwa dupa więc jednak moje nastawienie do świata wymagało tej zmiany.

WAŻNE

Muszę też przyznać, że w którymś momencie mojego odburzania doszło mi takie poczucie, że ja w zasadzie tu nie wygrywam, tylko w zasadzie zdobywam na tym pewne doświadczenie.
Patrząc na swoje życie przed, swoje zmagania zawsze z róŻnymi stresami i problemami, muszę powiedzieć, że ja tego potrzebowałem.

Kolejna sprawa to

nawroty :)


Często jestem pytany czy od tego czasu miałem jakiś nawrót.
W sumie to jak słyszę słowo nawrót to trochę się uśmiecham, bo nie bardzo widze tak naprawdę u siebie mozliwość czegoś takiego.
Ktoś może z was pomyśli – "ale pewniak, zobaczymy jak cię natręctwo złapie" :)

Ale właśnie o to chodzi, że dla mnie to nie problem :)
Za cholerę nie mogę zrozumieć ludzi, którzy rozmawiają ze mną podczcas zaburzenia, a potem piszą –
"dzieki za pomoc, udało mi się ale nie mogę o tym mówić nawet bo się boję zeby ten koszmar nie wrócił."

Nie rozumiem tego po prostu. Nie mówię, że to źle ;) ale nie rozumiem :)

Jeżeli chodzi o mnie to nie po to wychodziłem z tego tak całkiem świadomie aby się bać czegoś co jest mną.
Nie po to przestawałem szarpać się z własnym stanem emocjonalnym, żeby nie rozumieć tego, że w przyszłości może zdarzyć się sytuacja, że dostanę np. ataku paniki czy odrealnienia.
Bo to jest natura!

Gdybym ja napisał, że niemożliwe jest aby dostać objawu od strony emocji byłoby to zupełnie przeciwne do tego o czym ja stale można powiedzieć głoszę (głoszę :D ) jeśli chodzi o nerwice :)

Ale dla mnie nie do pojęcia jest żebym ja dostał odrealnienie, żeby potknęło mnie serce, żeby dostał ataku paniki i żebym wpadł w ponownie mechanizm lękowy, żebym stał się wyczulony, zalękniony.
Nie do pomyślenia jest abym pytał czy to nerwica, abym miał lęki tygodniami, strach przed nimi, przed atakami paniki.
Bo ja własnie wychodziłem z tego świadomością oraz zrozumieniem tych stanów.
Nie dałbym za nic w świecie ponownie wkręcić się w iluzję.

A czy kiedykolwiek miałem przez ostatni czas PO zaburzeniu jakieś objawy?

Pomijając objawy stresu, bo w końcu prowadzę działaność i czasem mnie coś doprowadza do bialej goraczki i obleją mnie ze stresu poty czy zrobi mi się ciepło, to w sumie za jakiś czas będzie jakoś 3 lata PO zaburzeniu i objawy od strony stanu emocjonalnego miałem raz.

Jak moja mama zachorowała i przyjmowała chemioterapię pierwszy raz, to na tyle to przeżyłem, że w domu miałem atak paniki i przez dwa dni czułem się spięty i lekko odrealniony.
Ale właśnie moja świadomość nakazała mi jedno, przeczekaj to, przeżyłeś to, jesteś związany z mamą,to normalne, że można tak zareagować.
Po dwóch dniach nawet nie wiem kiedy mi to napięcie i odrealnienie minęło.

Tak więc ja od ponad 2 lat już nie mam natręctw, nie mam DD, nie mam lęków, ani objawów zaburzeń, nie mam też żadnej analizy lękowej.
Nie mam iluzji.
Nie jestem też w stanie naprawdę wyobrazić sobie tego, żebym mógł wpaść w zaburzenie i analizę, ja jakby mi przyszła myśl "zabijesz się" to chyba bym ją zabił śmiechem.

Ale zarazem dopuszczam możliwość, że powiedzmy za 5 lat przykładowo spali mi się mieszkanie, dorobek życia i mogę wtedy dostać odrealnienia czy lęku czy nawet natręctwa.
Potrwa to jednak może 2 dni, ja nigdy w życiu już nie mógłbym się nawet wystraszyć czegoś co wychodzi ode mnie, z moich emocji.
Bo znów bym się szarpał a to jest po prostu głupie ;)

Nie mogę też przegapić tego, że mnie sam udział na forum dużo uświadomił.
Przeczytanie setek historii ludzi i udzielenia im odpowiedzi dały mi do zrozumienia i do zorientowania się konkretnie czym są schematy lękowe.
W uświadomieniu mnie tego wszystkiego, nic mi tak nie pomogło jak taka autoterapia poprzez forum.

I to by było na tyle jeśli chodzi o zaburzenia lękowe u mnie :)

Ten wpis plus inne moje wpisy, plus to co mówię, wspólnie z Hewadem w naszych nagraniach, jest taką podstawą za pomocą, której wyszedłem z zaburzeń lękowych, oraz zdobyłem doświadczenie potrzebne mi do pójścia dalej, zmiany innych u siebie cech, które utrudniały mi życie.

Wiem, że może zrodzą się na koniec pewne pytania a mianowicie pytacie mnie czasem czy ja wam gwarantuję odburzenie tym sposobem? :)

Powiem tak, ja nawet nie mam ochoty brać za wasze leczenie odpowiedzialności :)

I też to co piszę o zaburzeniach lękowych nie jest jakąś tajemną wiedzą, czymś rewolucyjnym.
Staram się po prostu pisać to wlasnym stylem, dość szczegółowo nawet bo przez długi okres widzę jakie pytania mi zadają ludzie z nerwicami i dzieki temu swoją historią i innymi wpisami starałem się przybliżyć im wszystkim pewne sprawy.

Natomiast nie musisz się na tym w 100 % opierać.
Wiem jednak, że będzie wiele osób, którym to pomoże, wiem bo jakbym sam miał zaburzenie to czytając to byłbym naprawdę zadowolony.
Ale proponuję też przeczytać choćby:

"Opanować Lęk Brownym Fox
"Strach i lęk Paniczny" Roger Baker
"Pononałem nerwicę" Szaffer
"Skuteczna samopomoc dla sowoich lęków" Weeks.

I jak przeczytacie te książki, a nie powinno to trwać długo i można je pobrać od bidy :D, to szybko zorientujecie się, że my wszyscy piszemy o tym samym.
Przekonywanie własnego stanu emocjonalnego, akceptacja faktu, że objawy, myśli wynikają z zaburzonego stanu emocji i po prostu działanie i przekonywanie, przekonywanie, przekonywanie i dzięki temu spychanie zaburzenia na drugi plan, bo przekonywanie to zajmowanie się życiem.

Więc czy gwarantuję?
Ja sobą samym zaświadczam pisząc to wszystko.
Gwarancję własną pracą nad tym zapewnij sobie ty sam :)

Ja natomiast chętnie odpowiem na pytania w miarę możliwości.
Choćby w tym temacie pytaj:
victorek-historia-przemyslenia-odburzenie-t4976.html

Praca

Na koniec poruszę kwestię "zajmowania się czymś".
Nie wiem na ile by mi służyło to gdybym siedział w domu i próbował wpływać na zaburzony stan emocjonalny.
Myślę, że wychodziło by mi to gorzej.
Sporo miałem tych różnych objawów, myśli i zajęcie się czymś w połączeniu ze świadomym wpływaniem na zaburzenie to był dobry plan.
Bo wpływanie na stan emocjonalny męczy, bo tu objaw, tu myśl, tu znowu objaw, a pójście do pracy po takich tych 4 miesiącach pierwszego ogarnięcia siebie, dawało czasem wytchnienie.

Wziąłem prace pierwszą lepszą, i było to mycie okien, nie chciałem wikłać się w jakieś inne rodzaje pracy bo martwiłem się, że stres z poznawaniem nowego miejsca pracy trochę mnie podkopie, więc wziąłem pracę, która miała mnie odrywać, pomóc mi zmienić otoczenie myślowe.

Więc z jednej strony wpływałem na stan emocjonalny a z drugiej w pracy - a to ktoś coś powiedział, a to ktoś o coś zapytał, a to się ktoś zaśmiał i to mnie odrywało, zmieniało otoczenie z mysli, objawów, ryzykowania na też inne rzeczy.

Mnie to w każdym razie było potrzebne.
Dlatego polecam zmieniać otoczenie myślowe, robić coś, najlepiej coś co jest jakimś obowiązkiem i odwraca uwagę spontanicznie.
To po prostu daje takiego dodatkowego powera. Tak przynajmniej było u mnie.

Dodatkowo podczas zaburzenia nie można zyć tylko tym JAK SOBIE Z ZABURZENIEM RADZIĆ.
Bo to z czasem spontan już się powinien robić, a zajmowanie się pracą, obowiązkami to jest po prostu spychanie także zaburzenia z pierwszego planu na drugi.


KoNCÓWKA JUŻ, CHCESZ TO ZNOWU ODPOCZNIJ...

:D

Teraz kolejnym pytaniem może być (słUsznym zresztą) kwestia czy to wszystko co opisuję ja i inni na forum czy w tych książkach jakie podałem może wystarczyć do odburzenia się?
Według mnie może, ja przecież pisząc o tym mówię o własnych doświadczeniach.

W sumie zostają dwie kwestie, są osoby, które nerwicy nabawiły się od jakiś stresów nazwijmy to - krótkoterminowych, może nawet teraźniejszych, nerwica nie musi przecież mieć przyczyny w przeszłości.

Więc takim osobom ja od siebie polecam nabywanie wiedzy o zaburzeniach lękowych i sposobach radzenia sobie z tym, próbowania tego.
A także korzystania choćby z terapii, która może pomóc wyjaśniać te wszelkie mechanizmy a także być wsparciem przy tych stresach, które dały wyzwolenie nerwicy.
(nawet zapalenie maryśki)

I nie widzę powodu aby taka osoba nie mogła z takich zaburzeń wyjść, stan emocjonalny zawsze może się uspokoić.

Ale teraz niektórzy mogą mnie zapytać: (też słusznie)

"a co z tymi, którzy mają jakieś inne problemy z przeszłości, mają przyczyny leżące w doświadczeniach wstecz."
"Mają niską pewność siebie, nadmiernie przezywają każdą rzecz itp. Czy takie osoby mogą wyjść z zaburzeń w taki sposób? A z resztą problemów?"

I tu w zasadzie odpowiadam własną historią właśnie bo ja należałem do takich osób.
Najpierw chciałem rozprawić się świadomie z zaburzeniem lękowym, z tym co mnie blokowało na swobodne życie, bo zamykało mnie w iluzji lękowej i w iluzji wyobrażeń o "coś".

I właśnie czy wówczas te moje cechy jak choćby wrażliwość na krytykę czy mała odporność na stres nie powodowały, że zaburzenie wracało?

To już w sumie o tym pisałem mówiąc o nawrotach.
Stresu miałem w nadmiarze, bo zresztą otwierałem działalność, moja rodzinka jak była problemowa wcześniej tak była później, generalnie poziom trudności życia nie zmienił się zbytnio.

Jednak sam stres, czy też niska asertywność, to wszystko co ciągnęło się za mną od tych przyczyn z wychowania i doświadczeń dzieciństwa, nie mogły mnie wpędzić w zaburzenie i analizę z którego wyszedłem świadomie.
Mogło mi dać to jakieś jakieś objawy, od stresu czy też przejmowania się wszystkim dookoła ale czasowe, już nie dałbym zrobić sobie z tego zaburzenia, którym bym żył.

Dlatego ja wybrałem najpierw zaburzenia, najpierw uświadamianie siebie czym jest stan emocjonalny.
Nic tak dobrze nie pokazuje czym są nasze włąsne emocje, czym jest nasz własny stan emocjonalny, jak wpływanie na niego podczas leku w zaburzeniu :),
A potem dopiero praca nad cechami, odbieraniem stresu, krytyki, braku swojego mocnego zdania, asertywności itd. które przyczyny miały wstecz daleko.

Samo też wychodzenie z nerwicy pokazało mi jedno, mimo szalejących emocji można wprowadzać logikę i się jej trzymać.
Pozwoliło mi to zauważyć, że JA to nie tylko emocje i myśli ale także świadome JA, które może wpływać na wszystko.
A wszelkie przyczyny z przeszłości sprowadzają się właśnie do tego, że w pewnych dziedzinach życia reagowałem nadmiernymi emocjami.
Krytyka - emocje, stres – emocje, potrzeba postawienia na swoim – emocje – potrzeba asertywnego zachowania się – emocje, jakieś wyrażanie swoich potrzeb – emocje, wszędzie królowały emocje - czyli jak zwykle :)
Stan emocjonalny :)

I to na niego także wpływałem prostując te swoje nieudolne do końca reakcje na różne bodźce. Schematy są te same, bo w wypadku stresu, małej odporności na krytykę mają miejsce tak samo myśli, które nam coś wyobrażają niedobrego.
A to przecież już wiedziałem, że mysśi to nie pewniki na przyszłość.
Dlatego wychodzenie z zaburzeń lękowych popchnęło mnie też dalej i to w podobny sposób.
Ale to już napisze w kolejnej części. Za jakiś czas :D

Dlatego osobom z przyczynami wstecz, którzy maja również zaburzenia lękowe a do tego różne problematyczne cechy osobowe, polecam także uzyskiwać wiedze o zaburzeniach, wychodzić z nich, nie pozwalać aby były one tematami zastepczymi dla naszego życia.
Proponuję również iść na terapię gdzie możemy poznać swoje reakcje, gdzie możemy rozmawiać o nich, poznawać siebie ale nigdy nie zapominajmy, że działanie na stan emocjonalny zawsze leżał, leży i będzie leżał w nas.

Na koniec

Tematy zastępcze.

Czasem tak jest, że martwimy się, iż nasze objawy i myśli to tematy zastępcze, ucieczki od naszych realnych problemów.
Może tak być, że w to z czasem trwania w zaburzeniu, uciekamy w nie, nawet podświadomie.
Ale nie zmienia to wcale sytuacji, że ucząc się wpływania na stan emocjonalny, możemy z takich zaburzeń także wyjść, bo jak pisałem wcześniej, wpływając na stan emocjonalny, wychodząc z iluzji potrzebujemy też zajęcia.
Tym zajęciem się może być powolne rozwiązywanie i zarazem podchodzenie do jakiś stresów teraźniejszych, które te tematy zastępcze nam dają.
Jeżeli przyjmujemy tematy zastępcze mówiąc:
"mam za duźo problemów i dlatego mam zaburzenie i muszę najpierw rozwiązać problemy, ale ...teraz ważniejsza jest myśl czy kogoś zabije czy nie, czy dostane raka czy nie..."

trochę sami stopujemy się w świadomym zrozumieniu jak dużo może nam dać uparty wpływ na stan emocjonalny.

A o nastawieniu do stresu, i innych problemów ze sobą (jakie wymieniałem na początku tego fragmentu) napisz w kolejnej części.

Jednak jeszcze krótko :D

A krótko tutaj rozpoczynając jakby kolejną cześć powiem tyle, że do nastawienia się do stresów, czyli obaw "utraty czegoś"lub "nie uzyskania czegoś" i przez to często do strachu przed "próba czegoś" zainspirował mnie Raymond Moody w książce "Odwiedziny z Zaświatów"
To nie jest książka o nerwicach ani czymś podobnym :)

Ale lubię tego autora bo on jest zarazem lekarzem i także filozofem i potrafi mieć ogromny dystans do siebie i swoich badań.
A zajmuje się w gruncie rzeczy paranormalnością.
I napisał on kiedy w książce, że jest często krytykowany przez a to koła naukowe a to znowu jakiś patriarchów religijnych, podczas gdy on sam ma dystans do i tych opinii a zarazem do swoich badań, na które poświęcił całe w sumie życie.

Napisał tam o czymś takim jak "radosny badacz".
Gdzie on do tego wszystkiego podchodzi z ciekawością a nie od razu przesądami, stereotypami czy obawami i lękami.
Są to dla niego doświadczenia, jest jak dziecko, które cieszy się z czegoś nowego choć wcale nie wie jakie efekty to da czy odpowiedzi.

To mnie właśnie zainspirowało.
Pomyślałem, że przecież do swoich obaw o krytykę, a także do stresów, obaw o "utratę czegoś" mogę podejść taką nową filozofią życia.

Jako właśnie ten "radosny badacz" lub jak sam to określam "ciekawski badacz".
Zamiast do opinii, tych nieprzychylnych również, czy stresów podchodzić znowu "wróżeniem z fusów" i strachem czy lękiem, mogę do tego podchodzić jako do nowego doświadczenia, czegoś co jest częścią życia.
A nigdy nie wiadomo czy strata czegokolwiek, nie da czegoś nowego.

No ale całość opiszę w ostatniej już cześci i .... będę miał spokój :DD
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Awatar użytkownika
Victor
Administrator
Posty: 6113
Rejestracja: 27 marca 2010, o 00:54

14 lutego 2015, o 23:58

6. Moje dalsze odburzanie, osobowość, postawy na życie lękowe i unikające, wrażliwość :D

I jak zawsze przypominam, w tym wpisie nie sugeruję niczego jeśli chodzi o twoje leczenie.
Nie mogę się wyzbyć z pisowni ciągłego używania słów musisz, powinieneś :D
To chyba już zadatki na prawdziwego guru :D
Jednak ja niczego tobie tutaj nie narzucam, miej to na uwadze.


A więc pora zacząć kolejną część i zarazem ostatnią jeżeli chodzi o spisanie swojej historii i pewnych przemyśleń.
Nie będzie mi tutaj łatwo przekazać wszystkiego co bym chciał, bo są to jednak tematy rozwlekłe, dotyczą także pewnych przeżyć własnych oraz pewnych zmagań na poziomie emocji, dlatego nie jest to tak łatwo uszeregować jak się to wydaje pewnie z boku.
W każdym razie postaram się.
A tą część przeznaczam na tematy już nie tak typowo zaburzeń lękowych samych w sobie ale bardziej zaburzonych cech osobowych czyli ogólnych postaw i reakcji na życie i jego wydarzenia, które powodują blokadę luźnego życia.

ZABURZONE POSTAWY, REAKCJE, CECHY OSOBOWOŚCI.

Najpierw nakreślę w ogóle co ja rozumiem pod nazwą zaburzone cechy osobowe, i nieprawidłowe utrwalone reakcje.
Oraz (o co jestem często pytany) czy to wpłynęło na to, iż dostałem zaburzeń lękowych, czyli samej nerwicy, derealizacji.

Czytając o osobowościach, o zaburzonych cechach osobowości możemy natknąć się na różne rodzaje, np. osobowość lękowa, unikająca, neurotyczna, depresyjna.
Nie jestem pewien czy może nam to coś określić konkretnego, zwykle jak po ludzku nie wiedzieliśmy co to oznacza, tak zwykle nadal nie wiemy.

A tak naprawdę zaburzona cecha osobowości to jest nic innego (według mnie) jak utrwalona NADMIERNA reakcja EMOCJONALNA na jakiś bodziec.
I tak zupełnie serio mówiąc gdyby dać kilkunastu osobom, które zwyczajnie, normalnie funkcjonują, nigdy nie miały zaburzeń ani nie słyszały o czymś takim, do przeczytania te cechy poszczególnych zaburzeń osobowości to wielu z nich by coś przypisało z tego dla siebie.

A to dlatego, że tak naprawdę cech osobowości, czyli EMOCJONALNYCH reakcji na jakiś określony bodziec jest ograniczona ilość.
I dlatego cechy wymienianych zaburzeń osobowości można by odnaleźć spokojnie u ludzi zaburzonych jak i nie zaburzonych.
Dlatego nie ma sensu czytać o takich osobowościach jeśli naszym zamiarem jest to aby się „diagnozować”.
A jeśli już czytać to z postawą budującą, spragnioną wiedzy i z chęcią nabrania dystansu.

Diagnozę zaburzenia osobowości stawia się gdy cecha, czyli reakcja emocjonalna jest tak mocno nagięta, że utrudnia lub uniemożliwia bez mała normalne funkcjonowanie.

Czasem jest możliwe, że różne cechy różnych zaburzeń występują u jednej osoby, dlatego właśnie niektórzy pytają
czy to możliwe, że psycholog nie mogła się zdecydować na diagnozę określonych zaburzeń osobowych?
Tak, bo można mieć jedną cechę tego konkretnego typu oraz inną cechę jakiegoś innego typu osobowości.
Bo to tak naprawdę są emocjonalne reakcje.

Diagnozy zaburzeń osobowości to najlepiej zostawić ogólnie psychologom lub psychiatrą.
My lepiej zastanówmy się jak możemy do tego podejść tak po ludzku, a także co nas w życiu blokuje najbardziej, jaka emocjonalna reakcja na jaki bodziec powoduje u nas w życiu destrukcje, presje.
Zdarzają się pytania, które niektórzy mi zadają:

„czy to, że boję się od dziecka spać przy zapalonej lampce to znaczy, że jestem lękowy”?

Raczej jest to jakiś głupi nawyk czy może uraz ale nie powoduje, przecież jakiś życiowych komplikacji aby mówić tutaj o cechach swojej osobowości, które utrudniają nam życie.

Tak samo warto pamiętać, że czasem możemy mieć jakiś jeden problem z określoną własną reakcją na jakieś wydarzenie, słowa, czyjeś zachowanie i w sumie tylko jedna cecha może być u nas nadmiernie problematyczna, nie trzeba zaraz określać się - mam zaburzenie osobowości.
Nie o to w tym przecież chodzi.

Dla przykładu, człowiek, który był bardzo mocno przez okres dorastania krytykowany, oskarżany o nieudacznictwo, będzie mógł mieć potem kłopot z tym, że na każdą, najmniejszą krytykę pod swoim adresem będzie reagował nadmierną emocją, np. smutkiem, dołem, depresją, albo frustracją czy złością.
I czasem to właśnie trzeba jedno skorygować, uświadomić, sobie, zrozumieć i zacząć nowy etap budowania własnych wartości.

Tak więc chcę tutaj powiedzieć przede wszystkim, że zaburzona cecha własnej utrwalonej reakcji emocjonalnej to nie koniec świata, warto w ogóle do tego podejść jak do czegoś co wymaga teraz treningu, niż jak do czegoś z czego mamy „zdrowieć jako z choroby”.
Diagnozy zaburzeń osobowości przydają się w sumie tak naprawdę specjalistą.
A to dlatego, że określając kogoś np. osoba lękowa, lub neurotyk, bądź borderline, można ograniczyć terapię do paru reakcji emocjonalnych.
Więc to jest robione dla ułatwienia jakby określenia co z danym pacjentem zrobić.
A my zarazem możemy np kupi sobie książkę o danej osobowości i poczytć o własnych reakcjach - co często bardzo ładnie nam wiele uświadamia.

Natomiast człowiek także ma potrzebę nazwania tego co mu jest.
I chodzi, chodzi szuka, dopytuje i często słyszy -
„no jest pan neurotykiem, jest pan lękowy, to co się z panem dzieje ma związek z osobowością.”

I okey, nazwanie problemu to jedno, druga kwestia to jest utożsamianie się potem z tym.
Zauważyłem, że często jest tak, że ktoś usłyszy -
"jesteś neurotykiem, "
„masz osobowość neurotyka”

(i od razu zaznaczam, ja nie mówię, że takie rzeczy trzeba LEKCEWAŻYĆ!!), ale mówię aby nie zacząć traktować tego jako CHOROBĘ, jako coś co jest i się już nie zmieni, bo to przecież OSOBOWOŚĆ.
Nawet jeżeli nie zmieni się o 100 procent to można poprawić a następnie utrwalić jakość tego.

I często jest tak, że ludzie potem mówią,
„no tak jestem neurotykiem, wszystko w życiu jest neurotyczne, czy dam radę mieć związek? Bo przecież to będzie neurotyczna miłość...”

No to czemu nie iść dalej i nie zacząć rozmyślać co z naszym neurotycznym jedzeniem, lub spaniem albo neurotycznym sposobem oglądania tv?

Niektórzy piszą
„no tak ale jak zmienić to, że się wszystkim tak bardzo denerwuję, nie zmienie tego bo jestem lękowy, bo tak przeczytałem, bo tak mi psychiatra powiedziałą, że to trzeba leczyć!”

Mam ochotę wtedy napisać, oj niech się nie zesra :D
Jasne, że trzeba leczyć ale zanim zaczniemy to leczenie, wymagane jest zrozumienie, że cechy osobowości to są:

REAKCJE WYUCZONEGO ZACHOWANIA, REAKCJE EMOCJONALNE NA JAKIEŚ ZACHOWANIA INNYCH LUDZI BĄDŹ INNE BODŹCE PŁYNĄCE ZE ŚWIATA I ŻYCIA.

A to można jak najbardziej zmienić. Ale o ile łatwo mówić o leczeniu o tyle trudniej mieć prawdziwe i mocne chęci tych zmian.
Bo w wypadku jakiś blokujących naszych postaw czy reakcji chęć zmiany jest rzeczą drugą, zaraz po uświadomieniu sobie tych reakcji ( czy też poprzez terapię, bądź jak dajemy radę to samemu interesując się tematyką,).
Bo aby coś zmienić trzeba od razu zdać sobie sprawę, że to będzie kosztowało odczuwanie emocji, bo każda zmiana reakcji emocjonalnej tyle kosztuje.

Więc podsumowując nie warto się z tym tak mocno utożsamiać, z diagnozami, ja to czasem u niektórych osób widzę taką powiedziałbym dziwną „radość”, zafascynowanie tym, że dostałem od psychiatry diagnozę, że jestem - lękowy.
Taką radość z uwagi na to, że coś zostało nazwane i w końcu jest to wyjaśnienie wszelkiego zła.
O ile jest w tym jakiś sens, to nie warto tak bardzo z tymi nazwami osobowości się integrować.

Moja diagnoza

Ja miałem okres podczas zaburzenia a w sumie to już podczas takiego okresu odburzania można powiedzieć, gdzie zapisałem się na wolontariat do szpitala właśnie psychiatrycznego.
Tam była taka jedna Pani psychiatra, które ze mną sobie pogadała i pomyślała, że w sumie mógłbym dać sobie zdiagnozować siebie przez szpitalnych psychologów.
Zgodziłem się na to, były wywiady lekarskie, były testy i w końcu padła diagnoza:

Zaburzenia lękowe mieszanie, syndrom depersonalizacji. Zespół lęku uogólnionego.
Osobowość lękowo – unikająca, BDT- chociaż co do tego borderline nie byli aż tak pewni a ja sądzę, że trochę to wyolbrzymiali

Zaleceniem było branie 3 (antydepresant, uspakajający lek, stabilizator) środków psychotropowych oraz psychoterapia.
I ja już na szczęście wtedy byłem świadomy tych spraw ale i tak mnie to mocno zdołowało, nawet podkopało moją wiarę, że mogę to jakoś sobie poukładać.
Jak chciałem wyciągnąć jakaś informację, co dalej z tym to słyszałem,
„to już się leczy inaczej niż nerwicę, terapeutycznie ale od razu mówię, że to jest terapia wieloletnia.”

Pamiętam, że mnie to podkopało.
Szczególnie, że wziąłem ksero tych wyników do mojego psychiatry rejonowego i doczytałem tam na dole:
Rokowanie poprawy – niepewne :D

Dlatego tak sobie myślę, na ile by mi takie diagnozy a także rokowania i zakładanie od razu wielu lat terapii pomogły, gdybym nie był jednak sam choć trochę uświadomiony w tych w sumie prostych przecież tak naprawdę mechanizmach i reakcjach.
Na szczęście ja już uświadomiony wówczas byłem, a do tego plusem mojego charakteru jest to, że nigdy nie potrafiłem uznawać autorytetów.
Mogę szanować kogoś ale zawsze musiałem i tak sam sprawę przemyśleć i mogłem albo się zgodzić albo to odrzucić.

I moje dywagacje na ten temat doprowadziły mnie do takich wniosków, że te wszystkie osobowości jakie mi stwierdzono, są niczym innym jak reagowaniem emocjami, a w zasadzie do zmiany tego można się posłużyć tym samym czym próbuję wychodzić z samej nerwicy.
Ale o tym rozwinę się niżej.

ALE

zaznaczam!
Ja nie mówię, że diagnozy u psychiatry czy psychologów są błędne i żeby nie korzystać z tego.
Ale jak już dostajemy diagnozę to zostawmy to terapii, my sami aż tak z tym się nie utożsamiajmy, korzystajmy z terapii, dowiadujmy się wiele o sobie samych, a oprócz terapii, rozkminiajmy po ludzku co nas blokuje i jakie emocje tak naprawdę nas dotyczą, w jakich sytuacjach czujemy się źle i czujemy presję.
Możemy także sami przeprowadzić sobie taką analizę wcale nie rezygnując z trwającej terapii a nawet mówiąc o tym swojemu terapeucie.

Na szczęście nie każdy specjalista podchodzi do sprawy typowo naukowo, co widzę po niektórych pytaniach ludzi z forum np.
„jak spytałem psychologa o moją neurotyczność to powiedział: a daj pan spokój z tą neurotycznością, kto teraz neurotyczny nie jest” :D

I całe szczęście, bo niestety podejście typowo naukowe, jednokierunkowe do zaburzeń gdzie siłą sprawczą są emocje, nie zawsze jest do końca skuteczne.
I to nie w tym rzecz, że to trzeba lekceważyć ale nie można też tym żyć, należy to potraktować jako „coś” co zajebiście fajnie by było zmienić aby jakość życia była po prostu lepsza i wydajniejsza.

NIE DIAGNOZUJ SIĘ PO TYM CO WYŻEJ NAPISAŁEM ANI TYM CO NAPISZĘ NIŻEJ

Ten tekst ma służyć wyjaśnieniu, że osobowość ma każdy człowiek i niektóre reakcje mogą być nadmiernie wykrzywione przez różne doświadczenia, a potem obawy.
Jest to o cechach osobowych napisane bardzo ogólnikowo, jeśli widzisz coś z tego u siebie nie znaczy, że masz zaburzenie osobowości, ja tu wymieniłem tylko proste przykłady.
Nie ma sensu w taki sposób zacząć sobie wmawiać, ze masz ZABURZENIE OSOBOWOŚCI.
Bo zapewne wielu z was zaraz zacznie to robić a ja ten temat zacząłem dla właśnie wyjaśnienia czemu to, że mamy jakąś cechę skrzywioną to nie koniec świata.
A nie na odwrót.

A NAJWAŻNIEJSZE!

Ja w ogóle nie lubię używania nazwy zaburzenia osobowości, zrobiłem to tutaj w tym wpisie bo dostawałem zawsze wiele pytań o takie zaburzenia.
I dlatego, że samemu musiałem się z pewnymi rzeczami zmierzyć i je zrozumieć to chciałem tutaj to opisać jak ja to widzę i jakie wnioski wyciągnąłem.
Jak dla mnie nadmierne reakcje emocjonalne można sprowadzić do normalnego poziomu.

KSZTAŁTOWANIE SIĘ

Tak naprawdę kształtowanie się cech osobowych, nawyków nadmiernej reakcji jest dość proste.
Przykładowo za chwilę opisze własne skrzywione cechy osobowe.

Ale chcę najpierw powiedzieć, że ja tutaj w tej części poruszę kwestię nawyków reakcji, które wręcz paraliżowały mi normalny żywot.
Ja nie mówię tutaj o rozwoju w stylu aby „coś poprawić w sobie”, bo o tym może kiedy indziej napiszę o ile jakaś wiedza i praktyka mi się do tej poprawy realnie przyczyni ;), ja mówię tutaj o zaburzeniu reakcji, czyli mocno nasilonej reakcji emocjonalnej na jakiś bodziec.
Bo czasem dostaje pytania
„ ej a jak ja nie chcę zmieniac swoich reakcji”,

to wtedy coś mi mówi, że ta osoba bardziej mówi o „ulepszeniu tylko siebie”, czyli
„a bo jestem jakiś taki nerwowy” ; „a bo jestem leniwy.”

A mnie mówiąc o zaburzonych cechach osobowych nie chodzi o takie duperele :D
Ja mówiąc o zaburzonych cechach osobowych mówię o reakcjach emocjonalnych, wyuczonych pewnymi zwykle przeciągającymi się w życiu wydarzeniami i sytuacjami mocno stresogennym, które paraliżuja życie, utrudniają codzienne funkcjonowanie czy interakcje z innymi ludźmi.
I mnie właśnie to udało się naprostować.

I teraz taka moja mała dygresja :D
Czy każdy człowiek z jakimiś przeżyciami podczas dorastania musi od razu mieć potem jakieś nieprawidłowe reakcje?
Nie, bądź może mieć zupełnie inne :) A dlaczego tak się dzieje?
Bo właśnie cechy osobowe, czyli emocjonalne reagowanie to są cechy nabyte, które kształtują się z dorastaniem ale one są nakładane na temperament określonego człowieka.

Bo nie oszukujmy się, każdy rodzi się po prostu inny, temperament to rzecz którą moim zdaniem otrzymujemy od narodzin.
Ja to nazywam naturą człowieka, jeden jest po postu takim trochę mrukiem, inny znowu jest totalnie otwarty i nie mówię tutaj o zaburzeniach jakichkolwiek, tyko o czystych cechach własnego temperamentu.

Gdzie każdy temperament daje podstawy a w wyniku zetknięcia się z określonymi czynnikami wychowania czy środowiska powstają na tej podstawie określone cechy reakcji, nawyki reagowania emocjami określonymi i przydzielonymi do danej sytuacji czy zdarzenia.
Ale to akurat jest taka moja prywatna tylko teoria :)

Niemniej jednak tłumaczy mi to, że mogą być np. bracia tak samo wychowani a mieć inne problemy natury emocjonalnej, oraz tłumaczy to o co sam się nie raz pytałem, czemu niektórzy mają o wiele gorsze życie a nie mają takich problemów z emocjami jak ja.
W temperamencie moim zdaniem wlicza się także bycie emocjonalnym a w sumie to wrażliwym.

W każdy razie teraz coś o sobie.

Weźmy najpierw moją postawę na życie lękową, osobowość lękową.
Skąd się u mnie wzięło to cudo?

Po pierwsze temperament, moja natura, i uważam, że ja jestem po prostu z natury wrażliwy.
Ale wrażliwość to nie kara, nie wada, teraz już to wiem sam, bo będąc wrażliwym możesz być i pewnym swojego zdania, i asertywnym i wcale nie lękliwym.

Po drugie wpływ wychowania.
A dokładnie choćby brak poczucia bezpieczeństwa, już brak solidnego ojca psuje oparcie, do tego wiecznie narąbany tatuś także, i robiący do tego kupę wstydu dookoła też ale może ten jeden element by jakoś się przeżyło, tyle, że moja mama to była rozpieprzona kupa emocji.

Kompletnie posypała się krótko po moich narodzinach a należy ona do tych wrażliwych, ogólnie charakter to ja mam jej.
Tak więc przez mnóstwo lat od małego pamiętam tylko „umieranie” mojej mamy a następnie ciągły strach aby nie umarła.

Do tego mimo że nerwica nie przenosi się drogą kropelkową następuje coś takiego jak: WYUCZENIE się lęku, lękowych reakcji.
Czyli to, że moja mama ciągle miała „zawał,”raka” i bez przerwy tematy w domu to były umierania, i lęki zwyczajnie przenosi się na dziecko w określonym wieku.
Pamiętam ją ciągle leżącą w łóżku, płaczącą często, lub proszącą aby czymś ją zająć.
Ja teraz na to potrafię spojrzeć chłodno ale wtedy to przecież był cały świat mój.

Bo nie w tym rzecz, że było biednie, ciężko bo to cóż...tak bywa.
Ale o to chodzi, że wokół mnie w domu każdy był rozpieprzony totalnie emocjonalnie.
I tak naprawdę w tym jest rzecz, w nauce emocjonalnej.
Nie w tym czy w domu jest chleb ze złota czy pleśni ale w tym jakie emocje temu towarzyszą.

Dodatkowo mama była jak to wielu tak zwanych „nerwicowców” nadwrażliwa, a dokładnie np. ciągle się bała żeby nic na dworze się mi nie stało, żebym uważał na siebie, ciągle podsuwała mi myśl, że „coś” się wydarzy.
Nie trzeba mieć nobla z psychologii aby zdać sobie sprawę, że żyjąc i dorastając w takich warunkach, człowieka cecha reakcji emocjonalnej na świat i wydarzenia płynące z tego świata może stać się lękowa, strachliwa.
Z tego zresztą powodu dość szybko nabawiłem się hipochondrii a także natręctw.
To wszystko razem, plus częste kłótnie w domu itp. rzeczy, sprawiło, że moja natura dziecka wrażliwego nie dawała sobie z tym rady.
Ale właśnie tak powstała moja cecha reakcji na wszystko strachem.
Bo człowiek lękliwy to po prostu osoba, która reaguje nadmiernym strachem na sytuacje czy zdarzenia, które nie wymagają aż takich nakładów emocji lęku.

Ja już od małego dziecka np. bałem się końca świata, wojen, chorób, świat widziałem jako po prostu ten niebezpieczny.
Raz, że wrażliwość, dwa wyuczanie si strachu.
Oczywiście, że takie tematy u każdego człowieka mogą powodować niepokój, dyskomfort ale właśnie!
To jest naturalne! Ale skrzywiona reakcja emocjonalna powoduje, że na słowo „rak” dostajesz paniki, lęku bądź natręctw. Tak jak i na słowo „wojna.”
(nie mówię tutaj o samej nerwicy! Bo mając nerwicę też jesteśmy na coś takiego wrażliwi, ja tu mówię o takim sposobie bycia „od zawsze”.

I jak już się takiej reakcji nauczyłem to tak przez swoje dalsze życie reagowałem, jak byłem starszy to już coś tam korygowałem ale mimo wszystko zawsze, na każdy stres, na każdą potrzebę „sprawdzenia siebie”, podjęcia decyzji, lub jakieś nieciekawe informacje, wiadomości reagowałem od razu lękiem, i przez to niezdecydowaniem i od razu pojawiały się tematy zastępcze w postaci jakiś „urojonych” chorób, czy innych problemów.

Na tym polegała właśnie moje kształtowanie się osobowości, nauka nadmiernej reakcji na dane wydarzenie, położona na odpowiedni grunt.

Kolejną sprawą było postawienie mnie w roli zbawiciela rodziny i jej rozpieprzonych emocjonalnie członków.
To ja, który sam nie radził sobie już wtedy (6,7 lat) (bo z uwagi na przewlekły stres miałem już pierwsze objawy nerwicowe), miałem opiekować się mamą, pilnować jej i tego aby ojciec jej nie denerwował oraz równie rozpieprzona emocjonalnie siostra.

Ale ja byłem wrażliwy.
Już wtedy przestałem mówić o swoich potrzebach i zacząłem starać się, ale starania nie przynosiły według członków mojej ówczesnej rodziny odpowiednich efektów, nie rozumieli oni, że powinni sami po prostu bardziej się postarać a frustrację wylewali na mnie.
A ja sam ciągle miałem wrażenie, że robię za mało, że muszę się bardziej starać, zabiegać o akceptację, nie zostałem nauczony tego, że wartość własną mam w sobie, zacząłem jej doszukiwać na zewnątrz.
Właśnie to co powyżej oraz pierwsze zetknięcie się ze szkołą i tam nieprzyjemne spotkanie ze śodowiskiem spowodowało pierwsze chęci wycofywania się i alienacji.

I tu nadchodzi moja osobowość unikająca i lęk społeczny. :D

Z uwagi, że ja byłem ogólnie wrażliwy a do tego miałem już pewne przejścia ze stresem, nie przyjąłem się dobrze wśród rówieśników, status materialny też pogarszał sprawę.
To wszystko razem spowodowało brak bezpiecznego w sumie miejsca, brak miejsca gdzie nie byłoby czegoś „złego”, strachu.

No więc najprostszym rozwiązaniem zdawało się być unikanie sytuacji, miejsc oraz emocji z którymi nie potrafiłem sobie poradzić.
A coś takiego szybko wchodzi w krew.
Zrodził się na tym tle strach przed oceną, strach przed upokorzeniem, strach przed brakiem akceptacji.
Dlatego zamiast mówić jak trzeba było, lub jak mogłem milczałem bo bałem się, więc unikałem.
Jak pojawiała się jakaś sytuacja stresogenna, od razu chciałem już z automatu unikać tego jak tylko się da.

I to jest właśnie kolejna cecha osobowości, która jest po prostu kolejną nadmierną reakcją emocjonalną, w tym wypadku nie naumiałem się reagować na jakieś stresy, sytuacje gdzie człowiek był w centrum uwagi, sytuacje gdzie człowiek bał się braku akceptacji czy upokorzenia.
I dlatego potem w każdej sytuacji gdzie był stres, sytuacja gdzie trzeba było skonfrontować swoje zdanie z innymi, podjąć jakąś ważną decyzję ja najlepiej bym tego unikał, uciekał, „nie szedł” i zresztą tak niestety robiłem przez większą część swojego życia.

Dość szybko pojawiła się fobia społeczna, bo jednak strach przed upokorzeniem, nadmierne z uwagi na to reakcje na krytykę łatwo dają lęk społeczny.
Ta część moich problemów ze sobą była do 20 roku życia ogromnym dla mnie ograniczeniem życiowym.
Były całe lata gdzie nie otwierałem drzwi nawet listonoszowi, bo jak miałem podpisać dokument to ręce mi się trzęsły tak, że nie można było utrzymać długopisu.
Miałem problemy przykładowo z poruszaniem się, bo miałem tak duży strach przed tym, że ktoś mnie obserwuje i ocenia, że idąc ulicą miałem poczucie, że jestem obserwowany z okien i wtedy wykonywałem zupełnie jakieś sztuczne ruchy chodu.

Tak więc właśnie na tym u mnie polegała moja osobowość lękowo, unikająca.
Były to wytrenowane nadmierne reakcje, emocjami lęku i chęci wycofania się na określone sytuacje na które nie potrafiłem reagować tak jak należy, czyli wyważonymi emocjami!
A zawsze jedną i ta samą.

Potrzebowałem dlatego wdrożenia do tej reakcji logiki, tak jak to opisywałem na samym początku całego wpisu.

Inne problemy z tego wypływające

To wszystko wpłynęło oczywiście na poczucie wartości :)
Chyba nie muszę nawet pisać, że wartości to ja własnej nie miałem wcale.

To zresztą wpłynęło także na zakładanie tak zwanych masek, często udawałem kogoś innego niż jestem, bo po pierwsze bałem się braku akceptacji a po drugie, sam nie wiedziałem jaki ja jestem, bo generalnie to bym najchętniej -
zszedł do podziemia i tam w spokoju się mógł zamartwiać wszystkim na świecie :)

Moje inne reakcje

Było jeszcze parę kwestii, psycholog próbowała je jakoś ulokować, dodając jakieś osobowości ale ja sądzę, że to było wyolbrzymiane. Nie wiedzieli dokładnie jak mnie sklasyfikować w tym szpitalu to dawali wszystko :)
A problemem było:

reagowałem na kontakty z ludźmi skrajnymi emocjami, czyli albo miłość albo nienawiść, do tego bardzo szybko idealizowałem niektórych ludzi a potem z byle powodu czułem się zdradzony i oszukany i robiłem sensacje z tego powodu.
A także strasznie bałem się odrzucenia.

Do tego miałem tendencję do ryzykownych czynności, i do tego destrukcyjnych, chociaż to akurat mi hamowała moja ogólna bojaźliwość.
A także miałem niespójne poczucie własnego „JA”, nie jak w depersonalizacji ale ogólnie rozbicie tego kim ja właściwie jestem..

Bardzo często jakąś osobę z byle powodu skreślałem na wstępie, był to dla mnie wróg a znowu jak kogoś lepiej poznałem to automatycznie odczuwałem do niego mega przyjaźń i znowu z byle powodu, jakiegoś nawet błahego słowa, czułem się oszukany i od razu trafiał on na czarną listę.
Wycofywałem się strasznie szybko z każdej reakcji z uwagi na to aby nie zostać odrzuconym.
Innymi słowy robiłem to też dlatego, bo panicznie bałem się odrzucenia.
Dlatego zawsze chciałem od razu pierwszy się wycofać aby nie być odrzuconym a z drugiej strony potem strasznie cierpiałem.

Doszedłem do wniosku, że trudno w zasadzie się dziwić, że tak robiłem bo nigdy nie potrafiłem się odpowiednio ustosunkować do znajomości ale to też dlatego, że nigdy nie nauczyłem się tego wcześniej, bo zwykle poczuciem było odrzucenie.

Niska samoocena, strach przed poczuciem porażki to są kwestię, które leżą bardzo blisko strachu przed odrzuceniem.
Więc nie dziwi mnie to, że tak to odczuwałem i tak reagowałem.

Brak spójnego siebie, był moim zdaniem spowodowany tym, że ja nie potrafiłem odczuwać siebie bo zwyczajnie byłem wycofanym dziwakiem, i dlatego trzymałem się często zakładania masek bo nie umiałem zaakceptować siebie samego.
Trudno wtedy mieć pewność tego kim się jest. (nie mówię tutaj o depersonalizacji! :) )

A co do ryzykownych zachowań, to to jest kwestia, która została mi do dziś (na koniec wyjaśnię),
Nie było to uzależnienie od adrenaliny, ale było to coś w stylu upodobania sobie różnych sytuacji ryzykownych, tak aby przez jakiś czas poczuć się inaczej, oderwać się.

I kolejne problemy :D

Ostatnim, zresztą często widocznym problemem jest to, że jak ktoś był mało akceptowany w swoim życiu wstecz, miał i ma niskie poczucie wartości oraz np. dorastał w przekonaniu, że stale musi coś komuś udowadniać czy przypodobać się, to wówczas tworzy się u niego kłopot z pragnieniami a realnymi możliwościami.
Też wpadłem w to.
Czyli chęć wykazania się, jest tak wielka, że mamy wiele pragnień - wykształcenia, pozycji społecznej, bogactwa, co nie jest złe, jeśli to są marzenia i powoli się do tego dąży.
Problemem jest tylko, że kiedy jest to kwestia pragnień nazwałbym „lekko zaburzonych”, nie ma tam dopuszczonego słowa POWOLI :)

Taka osoba by chciała już, teraz, natychmiast mieć to wszystko i pokazać się, zdobyć uznanie a często jednak realne możliwości takiej osoby na to nie pozwalają, a w sumie może nawet nigdy nie pozwolą ;) i to rodzi wielką często presję, wiele frustracji i często prowadzi do lęku.
Ale to też wynika z tego, że nadal nie czujemy tej wartości płynącej z wewnątrz, ciągle chcemy ją pozyskiwać tylko z zewnątrz.


I tak się właśnie przykładowo tworzą nawyki naszych ludzkich postaw na życie i świat dookoła.
A przynajmniej tak to u mnie mniej więcej wyglądało, opisałem to bo często mnie pytacie jak to z moją osobowością było.
Co to są w ogóle te cechy osobowości, jak powstają, czy są wyleczalne.
No więc to opisałem.

Teraz odpowiem na pytanie, które zadałem na wstępie 3 części.


A mianowicie czy takie reakcje mogą prowadzić do wpadania w zaburzenia lękowe? :)
No oczywiście, przecież takie reakcje to sam stres i presja, i to w którymś momencie może przeważyć szalę, granica odporności zostaje przekroczona i pokazują się zaburzenia lękowe.
To zresztą są te szumne i objęte mega tajemnica psychologiczną :D konflikty wewnętrzne :), przyczyny.

Mnie to wszystko doprowadziło do tego, że najpierw miałem hipochondrię, natręctwa, stany depresji, były to moje od dziecka tematy zastępcze.
Nie potrafiłem radzić sobie z emocjami, nie potrafiłem radzić sobie ze stresem, nie potrafiłem reagować w sobie na krytykę, ocenę i do tego moja postawa na świat była obserwowana przez okulary „doszukuj się strachu we wszystkim”, i właśnie to powodowało we mnie zbyt dużo stresu, ciągle, i powodowało tematy zastepcze, ucieczke od tego co czuję, w choroby, natręctwa, poczucie depresji.

Taki obraz jest często widoczny, jak właśnie człowiek ma np. problemy z krytyka od innych, oceną i okresami częściej lub rzadziej ma różne tematy zastępcze, w postaci natręctw czy hipochondrii.
Minusem jest to, że zaburzenia lekowe dają własny osobny nawyk reakcji, czyli jak raz dostaliśmy hipochondrię i strach o zdrowie, to potem często byle ból i już mamy nawyk reakcji na to – choroba.

Tak jak pisałem w pierwszej części, zaburzenia lękowe to często u osób z różnymi zaległościami w przeszłości, konfliktami wewnętrznymi, tematy zastępcze ale także stają się one osobnymi nawykami.

U mnie np. do 22 roku życia to były tematy zastępcze pojawiające się okresowo, czasem strach o chorobę, a częściej natręctwa ale „dało się żyć”.
Jednak kiedy w wieku 22 lat chciałem wkroczyć w dorosłość, to wszystko uległo kumulacji.

Czyli uwiązanie pempowiną w domu rodzinnym, gdzie żyłem w nieprawidłowym przeświadczeniu, że „muszę im pomagać", czyli dokładnie „żyć za nich”, brak umiejętności asertywnych decyzji, brak umiejętności nadal reakcji na „złe” emocje, ogólna chęć (nawyk ucieczki) wycofywania się (a jak się wycofać jak chcemy zaczynać własne życie!), oraz dotychczasowe zaburzenia jak natręctwa właśnie, lęk społeczny spowodowały, że to nie mogło się po prostu udać.
Dlatego pojawił się mega wybuch, lęk wolnopłynący, derealizacja, ataki paniki itp.
To już zresztą wczesniej opisywałem

Chodzi o to, że do tych wszystkich wewnętrznych problemów doszły mi nowe nawyki tym razem nerwicowe, myśli lękowe i ogólnie cały mechanizm lękowy, na który zdecydowałem się działać jako pierwszy. Jak to opisałem w części poprzedniej i innych wpisach.

Ważne pytanie!

Ale teraz tak to można zadać zajebiaszczo ważne pytanie dotyczące leków.
Można spytać, czemu tak to wiktor koleżko drogi nie wziąłeś leków na zaburzenia lękowe i nie poszedłeś po prostu na terapię uświadamiać sobie własnych konfliktów wewnętrznych, tylko kombinowałeś i męczyłeś się z lękami??
Już wyjasniałem to wcześniej ale w sumie tutaj chcę to opisać raz jeszcze.

Owszem na początku ja nawet brałem leki, dlatego, że tak zakłada standardowe leczenie psychiatryczno – psychologiczne, a dokładnie bierz leki, popraw swój stan i idź na terapie się uświadamiać.
Są jednak według mnie pewne minusy tej operacji.
Niewątpliwym plusem jest to, że na lekach łatwiej się uświadamiać ale tak naprawdę na początku moglibymy brać udział w terapii nastawionej na zapoznanie się z lękiem, mechanizmami lęku, akceptacją, czyli choćby terapią poznawczo behawioralną, która przy dobrej znajomości fachu terapeuty oraz dużym wkładzie osoby z lękiem, działa tak samo jak leki antydepresyjne!
Jest to udowodnione naukowo, że zaznajomienie się z mechanizmami lękowymi, działa kojąco, dlatego jest to alternatywa aby na początek nie lecieć się uświadamiać, tylko najpierw nauczyć się czym jest lęk, mechanizm lękowy, lękowe myśli i wspólnie choćby z terapeutą nauczyć się akceptować to i rozumieć, że nie ma czegoś takiego jak „złe emocje, objawy czy myśli”.

Ale nawet gdybyśmy jednak nie chcieli świadomie brac udziału w takim rozumieniu lęku i bierzemy leki a następnie maszerujemy się uświadamiać to nie ma w tym nic złego, jednak z czasem warto rozważyć kwestię leków przy zmianach jakie chcemy poczynić w nas.
Załóżmy, że leki zadziałały i my się uświadamiamy i zaczynamy rozumieć siebie, ale właśnie tutaj moim zdaniem pojawia się kłopot, który jest często widoczny u osób z różnymi problemami.

A mianowicie taki, że samo uświadamianie siebie nie doprowadza do zmian - siebie.
Uświadamianie to pierwszy krok, ważny ale pierwszy.
I tutaj leki w moim osobistym przekonaniu są w pewnym okresie kwestią, która trzeba przemyśleć sobie.
A czemu tak uważam?

A dlatego, że leki wyciszają nie tylko objawy ale także i emocje, ale wyciszają a nie zmieniają utrwalony nawyk reakcji emocjonalnej.
Dlatego biorąc leki i chcąc zmienić np. nadmierne przeżywanie krytyki, możemy odnieść wrażenie, że to się udało bo przy krytyce nie jest już jak kiedyś bo rozumiemy siebie, ale często po odstawieniu leków nagle okazuje się, że uspiona emocja podczas krytyki przychodzi znowu a my "sami" nadal nie umiemy się do niej odpowiednio odnieść.

Dodatkowo mnie sama nauka i zrozumienie mechanizmów nerwicy i tego podziału na:
świadomość,
stan emocjonalny,
myśli,
podświadomość (nawyki),

dała mi bardzo dużo praktyki ( po odstawieniu leków) w tym co to znaczy, pozwalać na emocje :) i dlatego zawsze mówię, że takie wychodzenie z mechanizmu lękowego było dla mnie takim 2 w 1, bo dało mega podstawy do odwracania nawyków nadmiernych reakcji emocjonalnych czyli konfliktów wewnętrznych, które są niczym innym jak emocjami.

Ale to jest moja własna teoria, której się trzymałem.

Jeśli już czujesz się pod ścianą i chcesz brać leki, to jak najbardziej bierz, ja nie karze ci z nich rezygnować!
To są moje przemyślenia!
Ale zastanów się też w którymś momencie czy chcąc zmienić coś trwale (nie tylko uświadomić) nie trzeba Z CZASEM sobie ich odpuścić.

Dlatego jeżeli masz jakieś nieprawidłowe emocjonalne reakcje, lub osądy o sobie samym i doprowadza to do tematów zastępczych lub doprowadziło to do zaburzeń lękowych i teraz one są dla ciebie głównym problemem ograniczającym ciebie to:

- możesz zrozumieć czym są tematy zastępcze, czym są zaburzenia lękowe, dać sobie wiele wiedzy o myślach, emocjach, zrozumieć sens akceptacji tego i ignorowania.
Zrozumieć czemu nie warto poświęcać temu uwagi i czemu należy puszczać kontrolę mimo wątpliwości.
Można pójść na choćby terapię poznawczo – behawioralną, można zapoznać się z naszymi genialnymi artami i nagraniami na forum, można zakupić sobie wiele książek mówiących o zaburzeniach i sposobach radzenia sobie z tym.
A następnie jak już to znamy to w końcu to uparcie praktykować, a nie tylko czytać czy słuchać.
Tak aby dać sobie wgląd w oddzielność, świadomości i tego, że nie musimy utożsamiać się z myślami i emocjami, co daje podkład spory pod zmiany naszych emocjonalnych wyuczonych przez doświadczenia przeszłe reakcji.
(możemy także wspomagać się lekami)

- Po tym, możemy sobie zacząć uświadamiać nasze reakcje ( o ile nie jesteśmy ich świadomi, bo to nie jest do końca prawda, że samemu nie można tego przeanalizować i sobie uświadomić, choć jest to zależne na pewno od danej osoby.)
ale jeśli czujemy, że nie wychodzi nam to, lub po prostu mamy potrzebę drobiazgowego rozmawiania o tym, możemy udać się właśnie na psychoterapię.
- Następnie jak jesteśmy już bardziej świadomi pora na realne zmiany.
Aby nastąpiły zmiany potrzebne są CHĘCI i ja mówiąc o tych chęciach, nie mam wcale na myśli tego, że skoro nie masz zmian to pewnie za słabo chcesz, nie chcę tutaj tym krytykować ale,
CHĘĆ zmian, prawdziwa chęć powinna zakładać jedną rzecz najważniejszą:

zmiana wyuczonych reakcji nadmiernymi emocjami wymaga odczuwania emocji, nawet tych, które nazywamy negatywnymi.


Czyli jeżeli ktoś, ma niesamowitą z uwagi na doświadczenia wstecz, małą odporność na krytykę i słowa do niej kierowane,
i reagował na nią do tej pory załamką, depresją rozmyślaniem o tym i obniżeniem samooceny jeszcze niżej, to teraz aby zmiany nadeszły to nie tylko wystarczy uświadomić siebie co za to odpowiada oraz, że w ogóle taki problem jest, ale także trzeba ułożyć sobie własną i nową filozofię działania i życia (zakładać nowe okulary patrzenia na świat i ludzi) i dzięki temu budować nowe nawyki postrzegania i reagowania
ALE
to wymaga i tak na początku umiejetności zaakceptowania, że to trwa w czasie a w tym czasie potrzebujemy umieć przyjąć negatywną emocję, która i tak się pojawi przy kolejnej krytyce, mimo że próbujemy to zmieniać.

Dlatego trzeba się zastanowić czy w którymś momencie wyciszanie emocji lekami ma jeszcze sens.
Nie jestem pewien czy można nauczyć się nowej reakcji, jeśli nie umiemy najpierw ze spokojem przyjąć starej.

- Koniec z patrzeniem na te nasze problemy jako na chorobę, coś co musi się skończyć w określonym czasie.
Wydajniej na pewno jest potraktować to jako coś co dobrze by było zmienić, na początek ulepszyć a z czasem zamienić na nowe spojrzenie.
Nie traktować swojej natury, czyli temperamentu, jak np. jesteśmy wrażliwi, czy też jesteśmy tak
zwanymi „filozofami” jako kary czy niepełnosprawności.
Naturę swoją trzeba zaakceptować bo to, że tacy jesteśmy absolutnie nie znaczy, że nie możemy mieć w sobie zdrowego egoizmu, asertywności, trzymania sie swojego zdania i po prostu szczesliwego życia.
Bo do temperamentu (obojętnie jakiego) własne cechy osobowe kształtować możesz ty, swoim świadomym wyborem i kierowaniem się a w zasadzie dodawaniem racjonalności do działań i myślenia, poza tylko i wyłącznie emcjonalnością. Takie coś wchodzi w nawyk.

ZMIANY
A może mała przerwa? :D

Pisanie o swoich zmianach warto rozpocząć od kwestii ustosunkowania się do rodziny, do żalu związanego z życiem, dorastaniem a także od kwestii akceptacji siebie i swojej natury.

Przez całe swoje życie odczuwałem coś w rodzaju żalu do rodziców, a próby przecież szukania czemu taki jestem prowadziły do wniosków, że to jest też w dużej mierze zasługa mojego domu.
To bym powiedział spotęgowało żal, że czemu nie mogłem mieć normalnie ułożonego emocjonalnie domu?

Dodatkowo byłem mega emocjonalnie związany z matką, siostrą, bowiem zawsze byłem przekonywany, że to mój obowiązek, że ja MUSZĘ.
Natomiast prawda jest taka, że wcale nie.
I nie chodzi o odcięcie się, o zostawienie żalu w sobie, o olanie sprawy totalnie ale o zrozumienie, że obowiązek za rodzinę a pomaganie komus w tkwieniu w jego toksyczności to dwie różne sprawy.
I to diametralnie różne, bo jak pomagasz komuś w jego toksyczności (pozwalasz na nią) to sam niszczysz się zwykle emocjonalnie i twoja pomoc czy odpowiedzialność i tak jest do dupy :)

Ja poradziłem sobie z tym, jak zwykle po pierwsze zrozumieniem :)

Wpadła mi w ręce książka „Toksyczny wstyd”, w sumie tą książkę polecam chociaż nie wiem czy ją przeczytałem do połowy :D
Ale ta część, która poznałem pozwoliła mi się ustosunkować na nowo do kwestii rodziny.

Książka ta jest o toksycznym bagażu emocjonalnym, przekazywanym z rodziców na dzieci, przez całe pokolenia.
Przeanalizowałem trochę to wszystko i doszedłem do wniosku, że tak właśnie było u mnie.
Bagaż emocjonalny moich rodziców tkwił w nich, nie poradzili sobie z nim i przekazywali go dalej. To nic w sumie odkrywczego ale pomogło mi to zdobyć się na kwestię odpuszczenia sobie żalu za to, że tak u mnie w rodzinie wszystko przebiegało i przebiega.
Nie chodziło o to, że wtedy mogłem powiedzieć
„tatusiu kocham cię pij sobie za moją wypłatkę” :D

Ale o to, że mogłem na chwilę spojrzeć na to z drugiej strony, stając jakby z boku i obserwując to, zrozumiałem, że w sumie zamiast żalu lepiej poczuć współczucie do tych, którzy nie dojrzeli tego i nie chcieli tego zmienić.
Natomiast oczywiście jak zawsze same przemyślenia były podstawą, trzeba było też w końcu zrozumieć, że trzeba zacząć stawiać granicę i nie można

ŻYĆ CZYIMŚ ŻYCIEM ZA KOGOŚ

U mnie było tak, że jak pisałem wyżej byłem emocjonalnie uwiązany od rodziny, byłem w zasadzie nieprawidłowo przekonany, że to ja muszę się starać ponad miarę aby wszystkich ocalić.
A co gorsza to były osoby przecież już dorosłe i pomimo starań moich zawsze i tak podejmowali jakieś nieudane decyzje za które obrywałem ja, krytyką.

U mnie w domu zresztą zawsze wszelkie niepowodzenia własne były zrzucane na kogoś.
W tym wypadku na mnie bardzo często, stąd zresztą wyszedłem z domu z zerową wartością, stąd u wielu ludzi z takimi problemami lub podobnymi widać tą niską wartość siebie.
Bo nauczyliśmy się błędnie, że w nas wartości nie ma, musi być czerpana z zewnątrz.

I teraz ważna sprawa a w sumie ważne postanowienie!
Każdy kto z was ma może takie wyuczone krytykanctwo siebie, może mieliście lub macie sytuację podobą do mojej lub taką samą, lub w ogóle inną ale zostaliście wyposażeni w błędne przekonania o sobie, niech zrobi teraz ważną rzecz.

Uświadomi i postanowi sobie, że wchodząc w kolejny etap życia (po dorastaniu), lub jeśli już w niego weszliście ale dopiero teraz zaczynacie pojmować swoje błędne osądy i brak prawa do siebie i życia swojego i włąsnych decyzji,

MOŻECIE A NAWET POTRZEBA WAM ZACZĄĆ KSZTAŁTOWAĆ WŁASNE OPINIE O SOBIE I WŁASNĄ WARTOŚĆ Z SIEBIE,

a to wszystko możecie osiągnąć krok po kroku żyjąc, podejmując decyzję, stawiając sobie realistyczne cele, rozumiejąc, że opinia każdego człowieka o was jest zbiorem jego uprzedzeń, doświadczeń i tak naprawdę rzadko odnosi się do nas w choćby 50 % prawdy.
I przede wszystkim:

TWOJA WARTOŚĆ OŚRODKOWA POWINNA SIĘ BRAĆ STĄD, ŻE MIMO KRYTYKA W ŚRODKU, MIMO KRYTYKI Z ZEWNATRZ, TY SAM POJMUJESZ, ŻE JESTEŚ WŁAŚNIE DLATEGO ZAJEIBIASZCZO WYJĄTKOWY BO -
MASZ MOC DECYZYJNĄ W JAKI WYPOSAŻYŁA CIĘ NATURA CZY BÓG.(jak kto woli).

To, że możesz decydować o swoich poczynaniach, decyzjach jest największa wartością i sam zobaczysz, że jak zaczniesz to robić twoja pewność siebie odśrodkowa będzie rosła.

I teraz wielu z was może być blokowanym przez kwestie typu, no dobra ale przecież moja własna matką tak o mnie mówiła, moja babcia mówi i straszy np. grzechem, mój tato mnie zostawił, byłem krytykowany, uważany za balast, uważany za kogoś co nic nie potrafi i nic mu nie wychodzi, za kogoś kto za mało się stara itd

Ale właśnie dlatego napisałem wcześniej, że zrozumienie było kluczem.
Bowiem rozumiejąc, że ci wszyscy ludzie tak nas traktowali bo mieli własne bagaże emocjonalne, mieli w sobie pełno lęku, albo frustracji, agresji, nałogów, żalu emocjonalnego takiego samego jaki wy teraz macie.
Dlatego właśnie można ich oceny odpuścić sobie i chociaż jasnym jest, że to w większości z uwagi na to mamy teraz kłopoty, to możemy zacząć patrzeć w przód, na to co można zmienić ale należy zaakceptować fakt, że za te zmiany jesteśmy odpowiedzialni już my sami i, że na te zmiany mamy czas.

Znajdą się być może wśród was uparciuchy i powiecie,
kurde ale może w niektórych sprawach mieli oni rację? Może mało się starałem?

W takim wypadku tak samo, uświadom sobie i postanów, że teraz zbudujesz to coś swojego, na początek ale z zrozumieniem, że masz na to czas!
Oraz uświadomieniem sobie ważnej sprawy, że nie musisz nikomu nic na wyścigi udowadniać ;)

Daj sobie życie własne na udowadnianie samemu sobie w odpowiednim czasie a nie komuś.

A także dopasuj swoje realne możliwości do tych swoich często wybujałych potrzeb.
I chociaż potrzeby i marzenia to rzecz super, i warta do dążenia, to jeśli nie możemy tego zdobyć od razu, należy to odłożyć.
Bo tak to, rodzi się presja, wraca krytykanctwo i mówienie,

"no tak nie uda się, wszyscy mieli rację."

A to, że coś się nie udaje teraz, to nie znaczy, że nie uda się nigdy.

Dodatkowo trzeba pamiętając o tym powyższym postanowieniu, być dla siebie wyrozumiałym.
Bo często mamy w środku krytyka, bo tak zostaliśmy nauczeni, nie mamy wartości od środkowej, dlatego czasem jak coś próbujemy a nie wychodzi od razu słyszymy –

mieli rację, jestem nikim itp.

Trzeba wyjść ponadto, zrozumieć, że krytyk jest nabyty i trzeba go krótko mówiąc z czasem wypieprzyć a dokładnie to on sam zniknie wraz z naszym, początkowo niepewnym, działaniem.
Dlatego dawajmy sobie zawsze szansę przede wszystkim sami, jak już zrozumieliśmy, że mamy prawo tak robić, bo przekonania nabyte to nie wszystko.

No ale wracając do tego mojego ocalania świata.
U mnie np. ta cała krytyka, potrzeba akceptacji spowodowała, że nadmiernie chciałem uchodzić i za idealnego ale także za osobę, która wszystkim pomoże.
Ale przez to właśnie dostawałem po dupie, bo nie miałem ani asertywności ani dystansu do reakcji ludzkich bo reagowałem niezwykle emocjonalnie na nie.
I tutaj na pierwszy plan wychodził u mnie dom.

Od tego się zaczęło i do tego musiałem zacząć, raz przemyśleniami, dwa jakimiś krokami.
To była moja chyba druga, zaraz po decyzji o świadomym odburzaniu, decyzja, która miała duży wpływ na dalsze poprawy.
Już wychodziłem z samych mechanizmów lękowych, i po przeczytaniu książek, rozmowach z ludźmi przede wszystkim stwierdziłem, że tak żyć nie można.
Potrzebny mi był do życia zdrowy egoizm.
Jak dla mnie rzecz niezbędna dla zdrowia psychicznego.

Zastanowiłem się jaki mam stosunek do domu rodzinnego, i wyszło mi, że chcę samodzielności ale odczuwam poczucie winy, obarczam się, że ich zostawiam a do tego ciągle swoim zaangażowaniem w życie ojca, matki, siostry karmiłem nieświadomie ich problemy a dokładnie postawę roszczącą wobec mnie.

Weźmy ojca, alkoholik ale innego kalibru, taka trochę menda, jak ktoś oglądał serial "Ray Donovan" to jego ojciec bardzo przypomina mojego, tylko mój nie ma sprytu aby cokolwiek zarobić :D
W każdym razie wiecznie wracał po kasę, człowiek się wkurzał, denerwował ale w końcu mu dawał, dla świętego spokoju, bo to OJCIEC.
I w końcu powiedziałem stop, nie dam ci grosza jak się nie zaczniesz leczyć, pukał, stukał, wołał, ale ja już nawet drzwi nie otwierałem.
I teraz myślicie, ze ja nie miałem wyrzutów sumienia?
Miałem, mimo wszystko, że wiedziałem, że dobrze robię a to dlatego, że po pierwsze byłem wrażliwy a po drugie z uwagi na to zakodowanie, że pomóc trzeba!
Ale z drugiej strony już miałem świadomości, że tutaj już trzeba stawiać te granice a nie o tym tylko gadać, byłem nauczony tego wychodzeniem z nerwicy.

Odseparowałem się, ojciec nadal pił aż w końcu szybko stracił zdrowie, bo dostał zawał, po czym wyszedł i stwierdził, że to moja wina i mam się nim zajmować.
Nie zgodziłem się i dosłownie wywaliłem go za drzwi dopóki nie zacznie leczenia.
I musiał zacząć, bo nie miał już gdzie iść, więc w końcu zdecydował się na krótkie leczenie i tak zwaną „wszywkę” i co roku powtarzana spowodowała, że od 3 lat nie piję i do tego pracuje.

I to właśnie jest zdrowy egoizm, on zawsze buduje a nie karmi toksyczność.
Niektórzy mogą spytać,
ale gdyby ojciec nie zaczął się leczyć i by mu się coś stało?
A czemu miałbym wtedy czuć się winnym? Czy jakbym mu dawał wiecznie kasę na alkohol to byłbym mniej winny jakby mu się coś stało?

Najważniejsze to jest wybić się ponad swojego krytyka, spojrzeć na sytuację praktycznie, uczyć się tego i to mimo, że są emocje w nas.
Ale wychodzenie z nerwicy nauczyło mnie, jak nieraz powtarzałem, że emocje i automatyczne myśli to tylko dwie części człowieka, jest jeszcze świadomość i możliwość dzięki niej świadomego myślenia i działania.
Tak jak postanowiłem wcześniej, że nie dam się już wpędzić w iluzję lekową, to i w tym wypadku obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę karmił toksyczności czy czyjejś skłonności do dramatyzowania wiecznego.

Z mamą tak też było, tyle, że ona znowu wdawała się w różne sytuacje bo była zawsze zależna od kogoś a potem ten ktoś robił ją zwykle na szaro, ja się zamartwiałem, walczyłem, a na końcu słyszałem,że to wszystko źle bo ona by chciała inaczej.
I też zrozumiałem, że skoro chcesz inaczej to kurde po prostu mamo żyj sama za siebie.

Ciężko było się odseparować, przyznaję.
Z matką miałem silną więź z uwagi na to, że pamiętałem jej „choroby” i tak byłem nauczony, że trzeba się o nią troszczyć choćby nie wiem co.
Ale to też powodowało, że nie musiała aż tak sama myśleć w przód, tylko robiła coś emocjonalnie.
Dlatego w którymś momencie po prostu powiedziałem, że nie mogę za nią żyć, zawsze jej pomogę ale nie mogę już się angażować emocjonalnie w jej potyczki życiowe.
I tak robiłem, to także dało efekt bo teraz jak „coś” to dzwoni do mnie i się pyta co myślę, nie już obwinia czy oskarża, a ja mówię co myślę i na tym kończę.

Siostra znowu zawsze miała skłonności do dramatyzowania, robienia sobie emocjonalnego burdelu w życiu i przenosiła to na innych, też się zdystansowałem.
Tłumaczyłem, chciałem załatwić terapię ale to trzeba chcieć samemu a ja już nie mogłem żyć jej problemami.

Oczywiście tutaj mała uwaga, nie myślcie sobie, że ktoś wam za to podziękuję :)

Żebyście nie wpadli w znowu błędnego krytyka, w sensie, że zrobiliście w sumie tym zdrowym egoizmem więcej dobrego niż złego a tu zero podziękowań i jeszcze narzekania!
Tak :)
Tak będzie, ludzie a szczególnie ci toksyczni lub ci co mają rozpierdziel emocjonalny wokół siebie, nie są emocjonalnie świadomi i nie potrafią do końca dostrzec tego.
O mnie mówią - zmienił się, jest innny, bezduszny, ale tak naprawdę mój ojciec gdyby nie moja akurat podjęta w tym czasie decyzja o zmianie siebie to już by na 100 % nie żył.
Matka i siostra też by nie mogły na mnie liczyć bo angażując się ciągle w ich perypetie życia a także innych ludzi, którzy tylko chcieli BRAĆ byłbym stale wykończony, sfrustrowany, napięty i spragniony ich akceptacji.
I za tym idąc nie mógłbym stworzyć własnego życia i komukolwiek realnie pomagać.

AKCEPTACJA SWOJEJ NATURY

Ale teraz tak.
Być może niektórzy z was czytając moje wpisy, myślą sobie ale musiał się stać twardy!
Facet z jajami do kolan! Rambo!
Czasem widzę to jak ktoś do mnie piszę z forum, faceci piszą podziwiam cię, nie wiem czy ja tak umiem temu stawić czoła, jestem chyba słabszy.
Kobiety często mówią, bo właśnie facet ma łatwiej bo jest taki logiczny a nie emocjonalny, więc miałeŚ lepiej.

Niektórzy z was błędnie odnoszą wrażenie, że ja stałem się „silny”!
Człowiek z żelaza, albo co najmniej betonu co gardzi emocjami jak mutant.
To was być może zdziwię, bo zmiany jakich dokonałem w życiu nie zmieniły i nie miały zmienić tego, że jestem, byłem i będę cholernie wrażliwym człowiekiem.

Mam NAWET skłonność do częstszego płaczu, nadal jestem wrażliwy choćby na otaczające mnie piękno, tak samo jestem wrażliwy na otaczające mnie zło, a na krzywdę ludzką jestem tak wrażliwy, że ogarnia mnie mega gniew jak coś takiego widzę i to do tego stopnia, że zupełnie serio lepiej nie dawać mi broni do ręki.

Nadal mogę być zraniony, smutny, przygnębiony, nadal mogę mieć i mam często wiele rozterek filozoficznych, ale też do jasnej cholery mogę być nad wyraz szczesliwy, podniecony, i zadowolony!
Emocja to nie twój wróg!
Wrażliwość nie zabrania ci używania racjonalności i trzymania się jej!

Niektórzy widzę często próbują pocieszać się!
Mówią, nie martwmy się Kopernik, Einstein też był emocjonalny...nosz kurde mać! :D
A niektórzy uważają to za dar.

A ja uważam, że to gówno prawda.
To nie jest żaden dar, jak coś nazywamy darem to jak zmieni się okoliczność będziemy to samo nazywali przekleństwem. To jest bezsensu.
Dlaczego zresztą wrażliwość mam od razu stawiać w gorszym położeniu, że muszę szukać czegoś na pocieszanie się, że taki jestem!??
Kto to wymyślił!


Ja uważam to za naturalny stan rzeczy, że miliony ludzi na świecie są z natury wrażliwi, inni są mózgowcami a inni jeszcze tam jacyś.

Natomiast wrażliwość, emocjonalność nie oznacza wcale, że musisz nadstawiać tyłka, w myśl powiedzenia
„kto ma miękkie serce, musi mieć twarda d.upę”.
Co za brednie.

Ja mam inne własne:
„jeżeli nie potrafimy przyznać się, że jesteśmy emocjonalni, i nie chcemy wytaczać granic to załadujmy sobie od razu czopka analnego, aby przywyknąć”.

Od mnie zależy czy dostanę kopa w tyłek, bez względu na to czy jestem emocjonalny czy nie.
Nie muszę być chamem lub niedorozwojem emocjonalnym aby nie dostawać po tyłku.

Czy wrażliwość zabrania mi wypowiadania własnego zdania?
Czy broni mi powiedzieć, nie chcę, nie mogę, pragnę, przepraszam, dziękuję i kocham, nie zrobię tego, przykro mi nie chce mi się, zrobię po swojemu, bez obaw?
Czy broni mi słuchać o ludzkim cierpieniu czy nieszczęściu bez noszenia tego w ciagu dnia ciągle w sobie i myślach?
Czy broni mi będąc wrażliwym uprawiania ostrego seksu?
Czy broni mi obrony swoich racji?
Czy broni mi wykłócania się "o swoje"?
Czy broni mi trzymania się swojej decyzji?
Czy broni mi podejmowania ważnych decyzji?

Czy cokolwiek wrażliwość mi broni?


Nie, nie broni mi niczego.
Dlatego ja przyznałem się do swojej natury i zaakceptowałem ją.
Nie mówię, już
no jestem emocjonalny i dlatego tak to wszystko wygląda.
Bo to nie musi wcale tak wyglądać.

Natomiast spyta ktoś, no ale to w końcu zredukowałeś te nadmierne reakcje emocjonalne o których zaczałeś pisać?
Oczywiście, nadmierna cecha reakcją emocjonalną nie wynika z wrazliwości, tylko z wyuczonych nawyków.

Podam wam taki przykład:

18 marca (tak to moje urodziny :D) urodził się wiktorek, który miał zdrową emocjonalnie mamę i ojca i środowisko.
Żył sobie dorastał, nauczony został odpowiedzialności i normalnej wartości własnej.
Nic specjalnego, zwykłe życie.
Ale wiktorek nie obawia się w dorosłym życiu krytyki, nie szuka akceptacji, nie uprawia manipulacji, nie zakłada masek, nie ma zaburzeń lękowych.
Dlaczego nie ma? Bo nie zostały mu żadne reakcje takie utrwalone i nie miał ku temu powodów, ani długoterminowych ani krótkoterminowych.

Ale czy zmieniło to coś w jego wrażliwości?
Nie, jak miał być wrażliwy i podatny na emocjonalność między ludzką i emocjonalność w połaczeniu ze światem i wydarzeniami tak był i wtedy.

Wszelkie kłopoty z osobowością, zaburzeniami to po prostu osobny temat.
Więc akceptując to, że jestem wrażliwy, nie zaakceptowałem tego, ze już zawsze

„bydy mioł nerwice”

Zmiana nadmiernej reakcji emocjonalnej nie polega na całkowitym wykluczeniu jej.
Ja takich cudów nie dokonałem, nie jestem joginem medytującym 30 lat i nigdy nie będę.
Ja po prostu te reakcje racjonalizowaniem i nauką przyjmowania emocji i bycia nad stanem emocjonalnym, zredukowałem do normalnych ludzkich poziomów.
Bo któż nie martwi się zupełnie oceną innych choć trochę? Czy nie pragnie wypaść dobrze?

Ale takie coś na poziomie normalnym nie jest czymś złym, bo wtedy łatwiej o wiele pośmiać się z siebie i mieć swoisty dystans, nawet jeśli początkowo coś sprawiło ci przykrość.

Budowanie

Aby budować granice i zdrowy egoizm trzeba pamiętać o postanowieniu, które napisałem wyżej.
Bo czasem próby budowania zdrowego egoizmu budzą naszego krytykanta, szczególnie, że często osoby dookoła wobec, których próbujemy unormować stosunki nie są przyjaźnie nastawieni a wręcz z pretensjami i roszczeniowo albo po prostu są złośliwi.
Więc możemy ze strachu wycofać się.

Wtedy należy sobie przypomnieć, że przecież postanowiłem/łam stworzyć własne, nowe odnośniki co do samego siebie i tego się CHCĘ trzymać.
Stworzyć swoją własną wartość, wynikająca ze mnie a dopiero potem będę myślał o wartości jaka może wypłynąć z moich działań i otoczenia.

I tutaj taka uwaga o pewności siebie.
Jeszcze niżej poświęce temu parę zdań ale tutaj chciałbym coś nakreślić.
Bo często jest tak, że ludzie nie mają pewności siebie podczas tych różnych zaburzeń, boją się czyjejś oceny, opinii itd.
I często jest tak, że pytają się najpierw,
jak podnieść tą własną wartość?

Moim zdaniem takie działanie to jest trochę od dupy strony.
Oczywiście można wzmocnić swoją wartość wyglądem, sportem itp. ale tak naprawdę wartość nasza samoistnie będzie rosła w miarę stawiania pierwszych kroków w budowie nowej postawy na życie, innych ludzi oraz w budowie nowych osądów o sobie samym.
Wartość weźmie się stąd, że decydujesz się na to, że teraz będziesz decydować i akceptujesz to, że może ci się to nie zawsze udać.

Wracając do tematu asertywności i zdrowego egoizmu myślę, że nie ma sensu się zrażać na wstępie.
Pamiętam, że ten temat wydawał mi się strasznie szeroki, bo trzeba rozważać co się odpowie itp.
Dlatego ja tak ogólnie aż tak mocno tych zachowań asertywnych wcale nie przyswajałem, nie ma co popadać w presję, że teraz musisz być asertywny bo inaczej będziesz zaburzony ;)
Nie chodzi o bycie robotem.

Ale chodzi o to, że jeśli wiemy, czujemy już, że o coś ktoś nas prosi, lub ktoś nam narzuca coś stosując emocjonalny szantaż i jest to dla nas a dokładnie dla naszego zdrowia psychicznego szkodliwe, to zwyczajnie trzeba wtedy forsować swoją odpowiedź, że np.
niestety ale nie mogę tego zrobić.

Ja głównie jak pisałem wcześniej zrobiłem to z najbliższą rodziną ale to samo tyczyło się innych ludzi wokoło, w domu, pracy, w sieci.
To jest nauka po części trzymania się własnej odpowiedzi mimo tego, że emocje dają nam poczucie winy.
Czyli jeżeli robimy coś tylko dlatego, że:
boimy się jak ucierpi na tym nasza opinia, lub że ten ktoś się „obrazi”, lub dlatego aby szukać akceptacji i szukać w tym dowartościowywania siebie, to według mnie jest to znak, że pora zacząć naumieć się przeżywać to poczucie winy i komuś odmówić, aby nie to było naszym dowartościowywaczem ale to, że potrafię mieć swoje pierwsze zdanie i swoją pierwsza decyzję.
Ja sam, potrafię powiedzieć NIE.

To jest wbrew pozorom bardzo ważne.
Ja nie mówię, żeby być chamskim, nikomu nie pomagać, niech nikt tutaj ze starych wkręcaczy sobie wszystkiego, tak nie pomyśli.
Tu chodzi o wasze zdrowie psychiczne.
Jeśli ktoś was wykorzystuje, albo ktoś karmi własną toksyczność bo mu na to pozwalacie i tym sposobem wpędzacie się w dno emocjonalne potem i stresogenne, to pora nauczyć się stawiać granicę, mimo emocji i mimo nawet w środku krytyka.

Trzeba też pamiętać, że to są zmiany i praktyki do rozłożenia w jakimś określonym czasie.
Jak pisałem wcześniej to nie jest kwestia „wyleczenia się” według mnie ale poprawy tego co się poplątało.
Przecież jakiś czas się w tym szkoliliście, więc oduczenie tego też będzie trochę trwało, dlatego warto o tym pamiętać i cieszyć się z własnych kroków a nie czekać, bo tu za bardzo nie ma na co.
Trzeba zdać sobie sprawę, że to nie wystarczy raz, trzymać się swojego zdania, aby potem już łatwo to przychodziło.

Ale jak tylko mamy chęć i podjęliśmy decyzję, że chcemy poprawy to w końcu ona nastąpi.

A nawiązując tu jeszcze raz do tej pewności siebie to powiem tak.
Kiedy pierwszy raz zacząłem mimo emocji temu towarzyszących, oraz mimo tego, że w środku czułem się winny (nie mogłem się cieszyć bo czułem, że to może źle, ALE wtedy należy pamiętać, że to wynik nieprawidłowego wewnętrznego krytyka wobec siebie i nie można go słuchać), to po pewnym czasie poczułem pierwszy chyba raz w życiu wartość swoich własnych decyzji i działań.
Jest to rzecz, której po życiu w cieniu nie zapomina się chyba nigdy :)

Wartość od środka, że zdecydowałem, trzymałem się i do jakiś skutków doprowadziłem, skutków dobrych dla mnie a nie tylko dla innych.
A nawet jeśli coś nie było aż tak po mojej myśli to nieważne, bo to i tak ja podjąłem decyzję.

Więc jak mówiłem wczesniej, najpierw kroki, potem odśrodkowa wartośc siebie a nie ta zewnętrzna.

Niektórzy z was mogą zapytać, no tak ale niektórzy mogą przez to nie chcieć się ze mną np. przyjaźnić.

Ale to już jest powiem krótko – wybór.

Jeżeli wybierasz toksyczność, wykorzystywanie i własną wieczną niepewność siebie, oraz strach przed samotnością, ponadto aby być w środku pewnym siebie i dzięki temu mieć prawdziwych przyjaciół to już jest to twoim wyborem.
A na to już nie znam rady.

Ja wiem jedno, żaden prawdziwy przyjaciel nie odwróci się od ciebie kiedy zrzucisz maskę i kiedy powiesz, słuchaj Nie, nie mogę.
Prawdziwy przyjaciel uszanuje twoją postawę, ale i ty pamiętaj, że wtedy musisz uszanować jego.

To wszystko było takim pierwszym krokiem do naprostowania swojej postawy, osobowości unikającej, a do tego lęku społecznego.

Zanim jednak przejdę do tego chciałem coś bardzo ważnego dodać przed:


POZWALAJ SOBIE NA TRUDNE EMOCJE
Może mała przerwa? :D

a mianowicie mimo że wielokrotnie już próbowałem wyjaśnić, to nie wiem czy zrobiłem to dość jasno, i chodzi mi o kwestię co tak naprawdę było dla mnie najważniejsze w wychodzeniu i z zaburzeń i różnych nadmiernych emocjonalnych reakcji, prostowaniu konfliktów wewnętrznych.
Często jestem pytany, jaką terapię uważam za najlepszą, jaką stosowałem, czy uważam, ze psychoanaliza jest zła itp.

Moim drodzy ja mam ogromny szacunek do wszelkich nurtów terapeutycznych.
Nie przepadam za osobami, które mówią – „to jest zła terapią bo ja to...”

Ja mogę powiedzieć tyle, że uważam każdy nurt terapeutyczny za pomocny i mam naprawdę podziw dla twórców takich nurtów, bo wiem, że pasja w postaci psychologii pochłania duża część życia ale o tyle, że jest to chociaż efektywny sposób na życie.

Jak dla mnie każda terapia ma swoje plusy i o ile korzystamy z każdej z postawą budująca siebie, chęcią zmian, to nie ma minusów jako takich.
Sporo zależy na pewno od samego terapeuty ale jednak mimo, że ja np. psychoanalizę uważam za ( na którymś etapie) obchodzenie sedna problemu (ale możliwe, że niektórzy tego po prostu potrzebują) dookoła to uważam ją za dobrą terapię.
Pomocną w uświadamianiu siebie.

Ja korzystałem z terapii poznawczej jak pisałem wczesniej, próbowałem korzystać także z terapii analitycznych ale nie czułem tego bluesa.

W którymś momencie zmagań jakby mnie oświeciło, ale nie jest to oświecenie związane z buddą :D
Po ludzku po prostu zapaliła mi się lampka, że wszystkie kłopoty łącznie z powstałymi zaburzeniami lękowymi są sprawka emocji i nieumiejętności odnalezienia się nich.
I to właśnie z tych emocji wynikaly i zaburzenia i manipulacje i zakładanie masek, i wszelkie postawy lękowe czy unikające.

Dlatego jak z grubsza uświadomiłem sobie pochodzenie moich reakcji, oraz jak zrozumiałem, że zaburzenia lękowe to są osobne nawyki, pojąłem, że mimo różnych technik radzenia sobie z lękiem, mimo choćby tego „mojego „- „ryzykowania”, mimo rozumienia mechanizmów lęku, mimo świadomości własnych problemów emocjonalnych, potrzeba jest głównie jednego:

EMOCJA JAKA BY NIE BYŁA TO NIE TWÓJ WRÓG


potrzeba nauczenia się przyzwalania na każdą emocję.

I tak jak biorąc np. same zaburzenia lękowe, obawy, myśli lękowe i natrętne to ważne jest i zrozumienie mechanizmów i nauka tego „ryzykowania na obawy”, poddawania skarbu ale to wszystko są metody.
A wszelkie metody pisane gdziekolwiek, a także wszelkie terapie poznawcze, leżą na podstawie – przyzwolenia.
Jeśli chcesz ignorować, akceptować zaburzenie, potrzebujesz nauczyć się przyzwalać na lęk, atak paniki, objawy, oraz myśli wynikające z zaburzenia.
Przyzwolenie jest kluczem. Do tego, aby przyzwalać, trzeba mieć cel i sumienność, tak jak to opisałem w 5 poprzedniej części i innych wpisach.
I pamiętaj nie musisz odczuwać przy zaburzeniach lęku jako takiego.
Objawy oraz myśli, jeśli są, to są one tak samo lękiem tak naprawdę.
Obawami, lękową uwagą kierowaną na to, ale to także jest lęk.
Więc jak chcesz przyzwalać na lęk, przyzwalaj na objawy i ignoruj je w ten sposób.

Korzystaj z pomocy terapii aby ci w tym pomogła motywacyjnie jeśli czujesz, że ci tego potrzeba.

I właśnie to, kiedy podczas zaburzenia lękowego, zrozumiałem oddzielenie świadomości od pozostałych elementów, i zrozumiałem, że to ode mnie zależy (mimo tego, ze pojawianie się objawów i myśli nie zależy ode mnie !), to nadal ode mnie zalezy czy ja wejdę w iluzję dalej, czy potraktuję to jako po prostu objaw, lękową manifestację i przyzwolę na to.
A także przyzwolę na wstyd, który siedzi głęboko zakodowany przez stereotypy, że mam ZABURZENIE.


Jak zacząłem odkrywać postępy takiego działania w praktyce, i nie dawałem już wciagać się w tematy zastępcze a także zaburzenie zaczęło maleć i zanikać powoli, to coraz bardziej rozumialem, że tym przyzwoleniem na emocję, zadziałam też dalej.

Kiedy zrozumiałem, że wszelkie moje konflikty wewnętrzne są to tak naprawdę reakcje nadmiernymi emocjami a także są to zablokowane emocje, z uwagi na strach przed czymś a dokładnie choćby:
strach przed otwarciem siebie samego,
strach przed przyznaniem się, że boję się odrzucenia, że boję się braku akceptacji,
strach przed przyznaniem że mam w sobie krytyka, który ciągle mnie dołuje i przypomina, że dla każdego byłem nikim,
strach przed przyznaniem, ze rodzice mnie źle traktowali,
strach przed przyznaniem, ze nigdy nie będę dla KAŻDEGO idealny
strach przed przyznaniem, presją że prawdopodobnie nie wszystko co zamierzam osiągnę, bo za dużo łapę " sto srok za ogon"
że jestem wrażliwy,


zrozumiałem, że tutaj nie muszę już kombinować, nie muszę już szukać, nie muszę już czytać o terapiach, studiować psychoanalizy bo zwyczajnie potrzebuję się na to otworzyć.

A w tym pomogło mi postanowienie jakie napisałem wcześniej, że oddzielając emocję, myśli od swojego przecież ja rozumnego, postanawiam budować siebie od środka, swoją wartość od środka,
a żeby to zrobić trzeba powiedzieć, wręcz wykrzyczeć,
„tak” boję się panicznie tego, że coś stracę, tego, że czegoś nie uzyskam, tego, że postępuje niesłusznie, tego, że grzeszę, tego, że wyrażając swoje potrzeby i pragnienia i przykrości ośmiesze się lub stracę kogoś, boję się tego, ze nie jestem idealny, tego, że nie KAŻDY będzie mnie akceptował.
Ale chcę budować od środka! Aby być ponad tym wszystkim, najpierw trzeba to sobie i uświadomić a następnie przyjąć.
Kiedy już uznamy, że mamy z tym tak wielki problem, potrzeba przełożyć to w życie.

Jakże trudno jest mając w środku złe schematy
poprosić o wybaczenie,
przeprosić,
a jak trudno jest powiedzieć, tak bardzo boję się, ze cię stracę ale zarazem potrzebuję większej przestrzeni, czy możemy coś z tym zrobić,
jak trudno jest powiedzieć „dzień dobry, bardzo się stresuję ta wizytą, tym wydarzeniem, ta rozmową”,
bardzo trudno jest powiedzieć jestem wrażliwy,
niektórym trudno jest powiedzieć, chciałbym się tak pieprzyć z tobą z klapsami w tyłek (ale czuję, ze to grzech, do tego wstydzę się co o mnie pomyslisz),
Cięzko jest się przyznać samemu przed sobą, ze mam tak niską wartość siebie, że ciągle niby podświadomie kokietuję aby tak naprawdę zyskać na zewnętrznej akceptacji, tłumacząc sobie, że to nie moja wina.
Ciężko jest powiedzieć, mam problem emocjonalny, spytać jak sobie z nim poradzić.
Ciężko jest powiedzieć nie jestem idealny i nie będę.
Trudno jest powiedzieć sobie - nie muszę być idealną matką córka, zona, dziewczyną czy nawet pacjentką.
Jak trudno jest przyznać, ze mam prawo się wkurzać, że mam prawo być zmęczonym, mam prawo do życia, mam prawo do szczęścia.
Nie jestem idealny, nie będe idealny ale się staram na ile mogę.

To wszystko, te przykłady schematy, często po prostu stereotypy a najczęściej wychowanie.

Boimy się tak wielu rzeczy przyznać przed sobą i kimś, nawet jak już uświadomimy to sobie, że ciągle chcemy na terapiach o tym tylko rozmawiać, wałkować sądząc, że to zmieni sytuację,
ale nie zmieni.
Boimy się tego wszystkiego z uwagi na utratę dziwnego rodzaju „szacunku”, dobrego zdania, boimy się o utratę kogoś, miłości, przyjaźni, utratę Boga i wielu rzeczy.
Podczas gdy tracimy głównie zdolność rozumienia własnej emocjonalności,
emocjonalna inteligencja spada, powstaje chaos, presja, frustracja, a to łącząc z innymi czynnikami stresogennymi rzeczywistości daje zaburzenia psychiczne.

Psujemy przez to tylko ta 3 część człowieka – stan emocjonalny.

Ale jak powoli krok po kroku, pozwalamy odczuwać sobie nawet te niechciane emocje, krok po kroku pozwalamy sobie na skosztowanie tego co w nas zblokowane, tego kim jesteśmy,
na puszczenie tego, (pamiętając, że robimy to budując od ziarenka siebie w środku oraz, że zyskujemy więcej niż tracimy), stajemy się po prostu szczęśliwsi.
Jeżeli miałbym stracić przyjaciela, koleżankę bo ona nie zrozumiałaby tego, że mówiąc o problemie popłakalem się, lub otworzyłem się, to zwyczjanie w świecie nie dorośli oni do tego emocjonalnie.
Jeżeli boimy się utraty Boga, bo coś wydaje nam się grzeszne, bo zdrowy egoizm czy zabawy w sypialni „nie przystoją”, to ja nie naciskam ale zastanówcie się, czy kogokolwiek tym krzywdzicie tak poważnie rzecz biorąc?

Czy nie to, że w ciągu dnia będziecie szcześliwsi i milsi dla innych, bo nie będzie ośrodkowej presji ale będzie własna wartość (nadana poprzez umiejętność wyrażania emocji, uczuć i potrzeb, podjęcia decyzji), będzie czynnikiem, który warto oceniać i można go z powodzeniem ocenić na plus a nie na minus?
Nie jestem człowiekiem o określonej religii ale jestem bez mała przekonany, ze jeśli Bóg istnieje, wszechmocny, pełen miłości to on pragnie abyśmy emocjonalnie byli zdrowi.
A zdrowa emocjonalność to wyrażanie potrzeb i pragnień, nauka wyrażenia obaw, strachu i miłości, przyjaźni czy koleżeństwa ale także wkurzenia, złości, a nawet zazdrości.

„zajebiście ci zazdroszczę bo nigdy nie miałem szansy tego mieć, ale też gratuluję”


Dopiero jak wyszedłem z zaburzeń lękowych, i zacząłem powoli akceptować swoje inne cechy, przyzwalać na emocje, które bolą, (wiedząc, ze to budowa siebie od środka, już sama decyzja, że tak chcę to budowa) zrozumiałem, że gdyby nauka wyrażania emocji, nauka rozumienia, że żadna emocja nie jest zła była ogólną religią na świecie, to byłoby to naprawdę czymś najlepszym co mogłoby spotkać człowieka i interakcje międzyludzkie.
Dlatego ja wiem, że pracując nad tym i nie robiąc nikomu tym krzywdy wykonuję nie tylko pracę emocjonalną ale także i duchową.

Bo często tak jest, że same religie prowadzą do blokowania emocji, bo nie wypada, bo nie można, nie tylko oczywiście religie ale i stereotypy.
A także ten bagaż emocjonalny przekazywany po rodzicach.

To wszystko często prowadzi do presji od środkowych, do frustracji, do różnych lękowych myśli, objawów, zaburzeń.
Często wtedy próbujemy być „dobrymi” i robić to co można najgorszego KONTROLOWAĆ TO co wydaje nam się złe.

Często to słyszę, muszę kontrolować emocję, muszę się tego nauczyć.
Nigdy nie będziesz w stanie kontrolować emocji i sobie to wbij do głowy.
Emocje trzeba przyjąć, i te „złe” również i zrozumieć, że złość, zawiść, nienawiść, niechęć, nie są czymś co trzeba wyprzeć.
To jest rzecz, która w człowieku będzie zawsze - różnorodność emocji.
Ale jak nie zareagujemy impulsem na emocję, fala danej emocji stabilizuje się i wtedy rozumek już działa.

Poruszam tutaj często kwestię łóżkowe :D ale wbrew pozorom to bardzo często ośrodkowe napięcia, w stylu to nie przystoi, tego mi nie wypada, tamtego nie mogę, co on sobie pomyśli jak go poproszę.
Wbrew pozorom to powoduję napięcia.
Niech każdy z was nad swoimi pragnieniami się zastanowi ;)

Oczywiście wiele osób ma tego krytyka własnego, i próby nauczenia się wyrażania potrzeb i emocji, nauczenia się zdrowego egoizmu, będą atakowane, poczuciem winy.
Ale ja akurat właśnie wychodząc najpierw z tematów zastępczych, wykręcając się z mechanizmu lękowego, zrozumiałem, że aby zmiana nadeszła emocje jakie się przy tym pojawiają nie są oznaką, że trzeba to przerwać a jedynie są oznaką zmian nawyków.

Dlatego korzystając z terapii analitycznych, kiedy już się mocno uświadomiłeś, może czasem warto pomyśleć, kiedy się otworzę?

Podsumowując:

Przyzwolenie na emocje, nauka przyjęcia niechcianych emocji to dla mnie dosłownie otwartość na emocje negatywne ale także przyjęcie porażek, własnych nieumiejętności, słabostek a nawet własnego krytyka jako integralnej części nas samych, bez stosowania wyparcia.
Czyli akceptacja i pokochanie siebie.
To jest proces, i nauka tego może jakiś czas trwać ale sama decyzja o tym, że tak chcemy, że chcemy wybić się ponad to jest bardzo ważna.

Wiele osób panicznie boi się akceptacji siebie, bo ta kojarzy im się z pogodzeniem się ze słabościami. Boją się, ze jak zaakceptują to się tacy staną, takimi będą a nie tymi "wyobrażonymi".
Boją się, ze akceptacja to inaczej pozwolenie na to,że nie stanowią wartości.
Ale prawda jest taka, że taka akceptacja powoduje przede wszystkim większą swobodę działania, większą swobodę w interakcjach z innymi, większą radość z prawdziwych osiągnięć, w końcu dopasowanych do realnych możliwości.
Co nie oznacza, że nie możemy starać się o coś lepszego i większego, akceptacja nie oznacza spoczęcia na laurach, w żadnym wypadku!
Ona daje wręcz możliwości w końcu rozwoju.
Akceptacja siebie jest w zasadzie możliwe wtedy gdy dostrzeżemy, że to jest ROZWÓJ, a nie tylko to aby objawy zniknęły czy to, ze skoro tak musi być to na siłę to zrobię.

Chcę tylko dodać, że pisząc tutaj o otworzeniu siebie, wyrażaniu potrzeb i emocji, budowaniu zdrowego egoizmu nie mam na myśli zatracenia się w byciu chamem czy leniem czy też kogoś krzywdzić :)
To trzeba z głową robić :)
Niedawno ktoś na forum zapytał,
czy to, ze sprząta pokój a mu się nie chce to jest to konflikt wewnętrzny :D


Na takie rozkminki mam radę chyba franciszkanów

„módl się i pracuj”

a przekładając to na nasze potrzeby to

„oprócz poprawy emocji, masz także zapierd...bo życie materialne do tego obliguje”.


Tak samo nie przeczę, że są oczywiście sytuacje gdzie trzeba pewne sprawy zachować dla siebie.
Bo jednak obowiązuje jakas etyka w wyrażaniu emocji czy potrzeb, nie chcę aby ktoś to źle zrozumiał i na pogrzeb poszedł z wyjętą fujarą :D
Chociaż szczerze mówiąc, jeśli miałbym tym sposobem dać sobie do zrozumienia, że nie liczy się zewnętrzna wartość a liczy się tylko to, że decyzja podjęta taka zbudowała mnie od środka, to zrobiłbym to :D

Kończąc już te "MONDROŚCI" powiem to co na początku, jeżeli czytając to nie rozumiesz tego, jeśli nie czujesz się gotowy do nauczenia się własnych emocji, jeśli masz w ogóle inne zdanie co do tego, jeśli podążasz inna drogą to powiem krótko:

nie zawracaj sobie tym co napisałem głowy.

Jeśli chcesz na sobie samym krok po kroku dosłownie „z kartki” leczyć siebie tym co napisałem to powiem to samo – daj sobie spokój.

Jeżeli myslisz, że widocznie nie wiem co to LĘK, też – daj sobie spokój.

Ja po prostu zawsze byłem zdania, że nie ma idealnego nurtu psychologicznego, który jest dobry na wszystko, więc wyciągałem z terapii, książek, artów coś zawsze dla siebie aż w końcu zaskoczyło i dostałem CHĘCI, uporu w wypadku zaburzeń lękowych a CHĘCI w wypadku zmian własnego stosunku do reakcji emocjonalnych.
Dlatego nie chcę abyś w całości się sugerował moim wpisem, bo tu chodzi o wybranie czegoś dla siebie, zmotywowanie się, wybranie tego co ci się przyda, a co odrzucisz bo twoim zdaniem to jest bezsensu.

Być może zastanawiasz się na ile mnie się to wszystko udało wdrożyć, te całe pozwalanie na emocje, wyrazanie ich itd.?

Ciągle jestem na etapie, że to tak naprawdę wdrażam, bo to jest życie.
Ale sumiennością przyzwalania na porażki, straty, bycie tą CHĘCIĄ zbudowania siebie od środka wyżej niż wewnętrzny krytyk i emocje poczucia winy itp. naprostowałem w ten sposób wszystkie swoje krzywe cechy nadmiernych reakcji emocjonalnych.
Ale jeśli myslisz, że ja umiem „kontrolować” emocje, i nie złoszcze się, nie smucę, nie nienawidzę, to niestety cie zawiodę.

Moja zmiana polega na tym, że pozbyłem się nawyków mechanizmów lękowych, a także z wycofanego, wiecznie zalęknionego „dziwaka”, reagującego na krytykę, ocenę paniką, osobę, która bała się każdej sytuacji gdzie były negatywne emocje,
stałem się przeciętnym gościem z normalnym wachlarzem emocji ale, który jednak świadomość emocjonalną ma wysoko rozbudowaną.
Czyli nie mam już zaburzeń lękowych, nie przejmuje się tygodniami tym co mówią lub opowiedzieli inni, nie myślę tygodniami czy coś się złego mi wydarzy czy komuś z moich bliskich.
Nie martwię się zawczasu stresem ani tym co się ma wydarzyć.
Powiedziałbym krótko, że jestem obecnie w wersji standard :D
Tyle, że wrażliwy i zawsze pierwsze co idzie w ruch, jak u większości osób ze skłonności do emocjonalności to emocje.
Ale tych nie traktuję już jak wroga, przyznaję wtedy dlaczego się boję, czemu się wkurzam, czemu emocjonuję nadmiernie i to mnie dystansuje, bo emocje to nie wszystko.


Więc żebyś sobie nie myślał, że ja potrafię wręcz lewitować :)

Nadal smucę się, odczuwam żal, denerwuję, odczuwam radość itd
Teraz w zasadzie już z własnej chęci niż potrzeby próbuję znaleźć sobie jakąś dalsza filozofię życia, duchowość, czy też jakoś jeszcze trochę rozwinącć skrzydła emocjonalne.
Chociaż już w sumie nie potrzebowałbym ale chcę, bo jak pisałem wcześniej, emocje i to, że traktuję emocje jak przyjaciela i coś budującego, doświadczającego, jest dla mnie jak solidna moja własna religia.
Jak już się nie da dalej u mnie, to trudno, nie ma sensu z dalszego rozwoju osobistego robić sobie presji.

Nieraz to widać, że ludzie, którzy nie do końca umieją przepuścić sam głupi atak paniki biorą się za rozwój osobisty i potem mówią, że nie ma sensu bo to gówno.
A tak w sumie to po prostu ich postawa wobec tego jest gówniana.
Bo jeśli nie potrafię przepuścić ataku paniki, jak mogę w rozwoju osobistym przepuścić rozmaite emocje, które zawierają pragnienia, żale i inne rzeczy?
To się nie uda według mnie.

Obecnie u mnie to są bardziej sytuacje, gdzie łapę się na tym, że warto by się otworzyć.
Przykładowo niedawno mój młodszy brat robił prawo jazdy.
Wszyscy wokoło niego w domu skakali, ja już nie mieszkam w domu rodzinnym ale jak na to patrzyłem to czułem żal.
Złość w zasadzie, że nade mną nikt tak nie skakał jak byłem w jego wieku.
To było głupie ale czułem to i w zasadzie życzyłem mu aby nie zdał.
Co w sumie jest dziwne bo bardzo kocham swojego brata i łączy nas dość mocna więź.
Ale drażniło mnie to jak na to patrzyłem.
Zdał prawo jazdy i w sumie moje ostatnie zachowanie, nerwowość przy tym temacie sprawiła, że on to zrozumiał tak, że ja nie ciesze się z tego, i że nie wspieram go w żadnej sprawie.
I tak sobie dziś pomyślalem, wielki kurva guru :DD
Dlatego pójdę, przytulę go, i powiem mu, że jestem strasznie dumny z niego (bo faktycznie jestem) i powiem prawdę, czemu czułem się z tym źle, że to nie ma związku z nim.

I teraz widzicie gdybym tego nie zrobił, jak wiele spraw to może skomplikować? :)

I w sumie na tym polega mój obecny rozwój osobisty, a tak to ja normalnie żyję, nie jestem gościem co lata na dywanach i medytuje co krok i kontroluje emocje.
Natomiast wiem jedno i powtarzam to już kolejny raz – emocja to nie wróg :)
Chęć ani potrzeba też nie.

No ale teraz


LĘK SPOŁECZNY, OSOBOWOŚĆ UNIKAJĄCA


A więc ogólnie na czas derealizacji moje problemy z lękiem społeczym zmniejszyły się, było to spowodowane samą derealizacją, bowiem stany odrealnienia czasem powodują odcięcie od emocji i u mnie właśnie to miało miejsce.
Dlatego byłem obojętny na wiele rzeczy, w tym opinie innych ludzi.
To zresztą bardzo ciekawa sprawa, bo to działało na mój lęk społeczny jak jakiś rodzaj antydepresanta, ale tak jak i w wypadku leków to także było czasowe.

A mianowicie jak zacząłem odburzać się z samych zaburzeń nerwicowych, wychodzić z iluzji lękowej, i puściły mnie też w końcu stany odrealnienia, to w zasadzie z początku nie zaważyłem ale w krótkim czasie zacząłem mieć problemy znowu z lękiem społecznym :)

A mianowicie w sklepie, na ulicy, w jakimś biurze czułem się obserwowany, ręce mi się trzęsły, miałem pustke w głowie, pociłem się okropnie, głos mi się łamał itp.
Na początku się wkurzyłem ale szybko zacząłem się normalnie z tego nabijać bowiem,
ja, który wyszedłem ze stanów derealizacji, lęków, natręctw, robiłem porządek z budowaniem swojej wartości w środku, nie moge zapłacić przy kasie forsy bo ręce mi się trzęsą :D

Ale zarazem to mi pokazało, że poszedłem dobrą drogą – NAWYKÓW.
Potraktowania zaburzeń jako nawyków.
Kiedyś za młodu ten strach przed odrzuceniem wbił mi się w łepetynę, przyszedł na to lęk społeczny i wrył mi się w banie.
Dopóki odrealnienie mnie to akurat wyciszało było okey, jak dawka tegoż dziwnego „uspokajacza”zeszła bo odrealnienie zeszło, nawyki wróciły.

Dzięki temu w sumie byłem pewien, że można z tym dać sobie radę, chociaż było to bardzo uciążliwe.
Problemem było to, że akurat w tym czasie przechodziłem z etatu na działalność gospodarczą i zacząłem znowu przez lęk unikać spotkań, rozmów, składania firmowych ofert.
Chodziły mi nawet wtedy myśli po głowie, ze może ten lęk społeczny jest tak we mnie wbity, że nie dam rady.
Ale jak zawsze przeanalizowałem to i próbowałem ugryźć i znalazłem podstawy, po pierwsze czego się boję?
Oceny, czyjejś oceny, po drugie strach przed upokorzeniem przed tym jak wypadne a po trzecie objawy.
Lęk ten dawał mi różne objawy, które były widoczne, co powodowało strach przed tym, że ktoś to zobaczy i się ośmieszę, upokorzę.


A więc po pierwsze ocena. Czym jest ocena?
Czy można zrobić aby ludzie nas nie oceniali?

Nie można, nie da rady, bo człowiek to gatunek, który ocenianie ma już zapisane totalnie w sobie, jest to rzecz nierozerwalna, i obecna na każdym poziomie rozeznania otoczenia.

Jest to jednak zbiór oceniania po jakiś własnych doświadczeniach, wiedzy, często przesądach, stereotypach, upodobaniach osobistych.
Dlatego czemu taka opinia ma się dla mnie liczyć tak bardzo, że nie mogę normalnie funkcjonować?
To jest irracjonalne i trzeba temu przeciwdziałać jak każdemu lękowi,
Druga sprawa to ten strach przed upokorzeniem a dokładnie objawami.

I tu może ktoś sobie pomyśli, wreszcie powie mi co zrobić aby objawy zniknęły :D
ależ ty naiwny jesteś jak tak pomyślałeś :D
Objawy lęku w tym wypadku trzeba, co? Przyjąć :)


Zauważyłem, że ja za każdym razem próbuję to KONTROLOWAĆ i to jest problem tak naprawdę a nie objawy.
Jak całą siłę woli i uwagę koncentrujesz na tym aby głowa ci się nie trzęsła, abyś wiedział co powiedzieć, abyś ręcę miał nie drgające to w sumie możesz mieć pewność, że wszystko będzie na opak.

Żeby objawy lęku społecznego odeszły, trzeba dosłownie już przed tym wiedzieć, ze one mogą przyjść.
I teraz kwestia upokorzenia, no bo te objawy widać, i to jest to co opisywałem wcześniej, otwarcie się słabością swoją na innych.

Przykładowo pamiętam jak wtedy z tym powrotem lęku społecznego chodziłem rozdawać po urzędach i administracjach oferty... :)
To były jaja, do dziś nie mogę z tego przestać się nabijać, bo chociaż ja lęk społeczny miałem tak naprawdę od młodego chłopaka to jednak na pewien czas derealizacja mi to przytłumiła.
I potem jak wyszedłem z zaburzeń lękowych, jak już wdrażałem otwieranie się emocjonalne, i tak naprawdę miałem już większa pewność siebie niż kiedykolwiek w życiu, to nie potrafiłem sobie totalnie poradzić z lękiem społecznym, to jest dosłownie fascynujące zjawisko a zarazem to pokazuje, że lęk społeczny to sprawa w sumie nabyta.

Więc pamiętam jak wszedłem do jednego biura, i akurat sytuacja jak dla fobika idealna :D
3 biurka skierowane na mnie, przy jednym chłopak, taki typ cwaniaczka i przy dwóch młode laski z miseczkami D.
Nie muszę mówić, że ledwo wydukałem to co miałem powiedzieć :D
i tak wyglądały początki oswajania, czyli tak jak zawsze w lęku.

Dlatego dorzuciłem jeszcze jedno postanowienie - przemyślenie
czemu w zasadzie fobik, zawsze jak gdzieś idzie to zachowuje się jakby miał tam znaleźć przyjaciela na całe życie?
Przecież do biur, urzędów, sklepów idzie się w konkretnym celu, czemu zamiast skupiac uwagę na tym skupiamy na jakiś ocenach?

Ktoś może spytać no dobra ale jak to jest spotkanie towarzyskie?
I słusznie, tylko czemu na spotkanie towarzyskie idąc zawsze myśli w kategoriach żeby to tylko komuś było wygodnie a nie nam!
A może to, że mamy brak tematów to jest zasługa tego, że to ten ktoś jest nudny!

Dodatkowo ludzie w lęku społecznym patrzą na wszystkich tak jakby oni zawsze mieli złe zamiary i mieli nas źle oceniać.
A to jest nieprawda, wiele osób na naszą otwartość emocjonalną zareaguje normalnie a ci, którzy tego nie zrobią to może po prostu należy im współczuć?
Czy naprawdę chcemy takich przyjaciół?
Czy chcemy się nimi martwić podczas zakupów lub składnia podpisu w urzędzie?
Chcemy psuć sobie życie bo ktoś jest nieinteligentny emocjonalnie?


Tak więc zaopatrzony w tę wiedzę, i na pewno jak zwykle potrzebny upór kontynuowałem można powiedzieć, życie, bo jednak lęk społeczny może być obecny na każdym kroku.

Do przemyśleń, do zaakceptowania już wcześniej tego, że objawy będą dodałem otwartość emocjonalną przyznanie się, że się denerwuję, że jestem spięty.
Jak mówiłem wcześniej o tych laskach z miseczkami D, to potem musiałem tam wrócić wypełnić formularze i się podpisywać, i oczywiście-
łamanie głosu, ręce drgające ale usiadłem, powiedziałem, że coś mam zły czas i próbowałem nawiązać kontakt..
A laska zaczęła mówić, że dopiero podczas sesji miała podobnie.
Lęk oczywiście nie minął i nadal czułem się nawet odrealniony jakoś ale mimo to zrobiłem co trzeba, i do dziś po 3 latach współpracy mam z tą dziewczyną częsty i dobry kontakt.
Siedzący z boku chłopak nie był tak przyjazny i do dziś nie wiem nawet jak się nazywa, ale czy mi to potrzebne do wykonywania zleceń?
Czemu tak bardzo zawsze pragniemy aby KAŻDY NAS SZANOWAŁ I UWIELBIAŁ?

A gdybym nie poszedł z uwagi na właśnie to pragnienie i strach, co bym miał? Gówno.
Czy mój lęk wówczas wpłynął na decyzję o wyborze mojej oferty?
Nie ale dlatego, że poszedłem i po prostu wyznałem, zachowywałem się naturalnie, nie próbowałem emocji i objawów kontrolować.

W zasadzie to wszystko i częste otwieranie się:
„przepraszam jestem spięty”
„czyżby na początku już nie było tematów do rozmów (i się jakos rozkręcały)”
„ coś na mnie źle działają urzędy, że tak tu szaleję (jak mi się głowa trzęsła)”


spowodowało, że zacząłem odmieniać nawyki lęku społecznego.

Najważniejsze to jest zrozumieć cel, przecież nie szukamy powtarzam tam przyjaciół, a jeśli szukamy to przecież najlepiej takich co i nam zapewnią radość, takich, którzy po zrzuceniu masek powiedzą – rozumiem cię.

Ale jak się spinamy, próbujemy kontrolować, nie otwieramy się, to wtedy dopiero wychodzi się na dziwaków, lub chamów, mruków czy innych.
Dlatego po prostu ja trzymałem się tych zasad i trwało to jakiś rok czasu zanim z tego wyszedłem, zanim normalność stała się normalnością na co dzień.

Bywały momenty, że z czegoś rezygnowałem, bo jednym z objawów było niesamowite pocenie się na głowie, często dosłownie wyglądałem jakbym dopiero co wyszedł spod prysznica.
Kapało mi na oczy.
Więc czasem musiałem wytrzeć się chusteczką lub nawet wrócić do domu, na szczęściem im więcej czasu mijało mi na działaniu nad tym, ty mniejsze były reakcje na interakcje społeczne, więc ten objaw zaczął mijać.
Bo nie było już aż takiej potrzeby odpowiedzi ciała na emocje strachu.

To co jeszcze warto dodać, to też sobie w którymś okresie postanowiłem, że zamiast znowu czekać na koniec fobii, to lepiej potraktować to i każdą interakcję gdzie był lęk, jako coś budującego, coś co mnie zmienia i coś co mnie uczy.

A nawiązując do pewności siebie, to zawsze myślałem, że właśnie najpierw ją powiększe to znikną problemy z lękiem społecznym.
A to wcale nie, wtedy może by wzrosła wartość od zewnątrz ale środku nadal by była pustka.
Samo działanie, podejmowanie decyzji, sprawiło, że dopiero wtedy wartość środkowa wzrastała.
Bo wartość od środka wzrasta, gdy budujemy w nim siebie, gdy zaczynamy potrafić żyć i funkcjonować, bez ciągłych zapewnień innych, że jesteśmy super.

A na koniec już tego lęku społecznego dodam, że warto zaktualizować swój obraz
„jaki chcę być” ;)


Bo często lęk społeczny ale także niepewność na spotkaniach itp. wynika z tego, że marzymy o lepszej wersji siebie.
Czasem chodzi o wygląd, zachowanie, wyobrażamy sobie, że wchodzimy gdzieś, rzucamy dowcipami, anegdotkami o sztuce malarskiej :D i od razu wszyscy wokoło nas lubią, doceniają.
Ja tak miałem.
A rzeczywistość jest taka, że nie bryluję nawet wzrostem (173 :D ), nie zawsze mam ochotę żartować, nie wiem czy poznałbym jakiś inny obraz jak Słoneczniki Van Gogha :D
I nie potrafię po prostu brylować na salonach.
I właściwie to po prostu to w końcu akceptowałem, bo mimo to mogę się dobrze bawić, fajnie rozmawiać, żartować, uprawiać seks i nie muszę kontrolować siebie pod swoją idealną wizję i udawać kogoś kim nie jestem.
Taka aktualizacja własnej wizualizacji do realnych możliwości naprawdę może wiele ;)
Spróbuj, o ile już otworzyłeś się na to, żeby przyjąć siebie samego i negatywne emocje.

I to tyle a teraz postawa unikająca.


U mnie postawa unikająca polegała na tym, że nie potrafiłem radzić sobie z nieprzyjemnymi emocjami.
To jasne skąd to wynikało, nikt za młodu mnie tego nie nauczył.
Jak pojawiał się problem to każdy unikał lub był agresywny albo „chory”.
Już jako dziecko stale byłem pogrążony nadmiernie we własnej ciągle wyobraźni aby uciec od każdego problemu.
I to w sumie u mnie trwało.

Nie chodzi tu już o zaburzenia, lęki, fobie, ale o kwestię kiedy np. telefon dzwonił z ważną rozmową i wiedziałem, że źle się ona potoczy, lu nie wiedziałem w która stronę, to wolałem nieodebrać, uciekać w jakieś niby to wtedy ważne zajęcie.
Kiedy bliskie mi osoby się kłóciły, to nie potrafiłem sobie poradzić z emocją, po której stronie stanąć, więc wolałbym od tego uciec.
Jak były jakieś sprawy sądowe czy tym podobne rzeczy, gdzie trzeba by było tez zmagać się z emocjami, wolałbym uciec, wymyślać coś aby tego nie robić, chociaż trzeba.

Chciałbym powiedzieć, że udało mi się ten odruch ucieczki wyeliminować całkiem ale to byłoby kłamstwo.

Jak na razie to bardzo mocno to podrasowałem, że mogę normalnie funkcjonować, bo kiedyś, kiedyś unikać chciałem wszystkiego.
Jaka rada aby takie coś podrasować?

Przede wszystkim nie uciekać, robić co trzeba, nawet jak sytuacja jakaś wymaga przyjęcia negatywnych emocji, ale o tym już pisałem, emocja to nie wróg, emocję trzeba nauczyć się przyjmować.
Ci, którzy nie poradzili sobie z tematami zastępczymi w postaci myśli lękowych, będą mieli zwykle wtedy myśli, że nie dadzą rady i zwariują lub zabiją się.
Nie wolno dawać wpędzać się w taką iluzję.
Z brakiem umiejętności radzenia sobie z emocjami, trzeba się po prostu oswajać.
Jak będziemy unikali tego to nie uda nam się to, będziemy stale powielać stary schemat.

Mnie akurat przyjmowanie emocji się już udaje ale jednak często mam przed jakimś wydarzeniem, ważną rozmową odruch „w tył zwrot”.
Ale nie dziwię się sobie i jak to Div mówi, mam przyjacielską postawę, wyrozumiałą.
Zresztą już nie posiadam tego wychowanego we mnie krytyka w środku.

Mimo wszystko od dziecka unik to była moja cecha, moje życie, a ja dopiero od jakoś 2 lat odżywam po zaburzeniach, ucze się, więc sądzę, że ten sam odruch ucieczki przestanie się w końcu pojawiać.
W sumie to nawet jestem tego pewien, muszę to tylko dłużej podszlifować, dać sobie na to czas i nie unikać.

I w sumie jeśli chodzi o unikową postawę to tyle tylko mam do powiedzenia, bo tutaj trzeba się mobilizować do nie uciekania oraz uczyć się przyjęcia emocji, otwartości emocjonalnej, przyznania, że coś może się nie udać, że możemy odnieść porażkę, stratę.
To pięknie działa na psychikę.

A pomaga w tym taka moja własna filozofia o której napisałem pod koniec 5 części, "radosnego badacza", "ciekawskiego odkrywcy."
Czyli kiedy odczuwam chęć ucieczki, mówię sobie do dziś, że jako ciekawski badacz wezmę w tym udział, bo brak udziału będzie najgorszym wyjściem.
Biorąc w tym udział mam świadomość, że może coś w tym nie wyjść, coś się może nie udać, mogę odnieść porażkę lub doznać straty.
Ale tak naprawdę najważniejsze jest, że wezmę w tym udział, bo każde doświadczenie coś buduje i czegoś uczy, strata, porażka to takie same doświadczenia jak uzyskanie czegoś, odniesienie zwycięstwa.
I w zasadzie tutaj przejdę do mojej dawnej postawy lękowej na życie i niskiej odporności na stres.

LĘKOWE OKULARY DO PATRZENIA NA ŚWIAT

Mówiąc o postawie „strachliwej” na życie mam na myśli ciągły niepokój, z uwagi na możliwość doznania jakiejś krzywdy, na myśl o śmierci bliskich, naszej.
Nie mówię tutaj o nerwicach, postawa lękowa to postawa, która jest obecna nawet bez nerwicy, chociaż często jest przyczyną bo żyjąc w ciągłym niepokoju, łatwo doprowadzić do przekroczenia granicy stresu.

Niektórzy mogą nadmiernie np. panikować jak ktoś spóźnia się godzinę do domu, wydzwaniać nawet na policję, mieć w sobie nie tyle co zaniepokojenie (bo to jest naturalne) ale głęboki lęk.
Można odczuwać lęk, wręcz panikę na myśl o chorobie czy śmierci naszej, rodziców, czy kogoś bliskiego.
I ja nie mówię tutaj o zwykłym zaniepokojeniu! Takie myśli dla nikogo nie są wesołe.
Ani o nerwicy samej w sobie (chociaż podczas zaburzenia lękowego nasza postawa na świat i życie jest taka sama).
Ale jeśli jednak stale to wraca w naszych głowach, i każde rozważanie o tym kończy się lękiem i od razu chcemy zmieniać temat, a nawet zdarza się, ze pochłania to nasze codzienne myślenie ( u mnie tak bez mała było), to możliwe, że jesteśmy ludźmi nastawionymi do świata lękowo, mało optymistycznie.
Od razu się nasuwa pytania, jak to zmienić?

Otóż jak już wiemy, że tak jest, jesteśmy uświadomieni skąd jest, u mnie jak to powstało to już opisałem wyżej, a także ma tutaj miejsce to co już także opisałem, blokada emocji.
Strach przed przyjęciem emocji i pewnej prawdy.
Jakiej emocji i jakiej prawdy?
Świat jest pełen cierpienia, nieszczęścia, chorób i codziennej śmierci.
Nauczyłem się za młodu wypierać wiele negatywnych emocji, więc nic dziwnego, że taka prawda i emocja nas przeraża jeszcze bardziej, i nic dziwnego, że próbujemy to wypierać i mysląc o tym czujemy lęk a nawet uciekamy w tematy zastępcze, natręctwa czy lęki.

A tak się da.
Jeśli myślimy o zmianie sposobu postrzegania naszego świata, to skoro do tej pory patrzyliśmy na niego przez zaciemnione okulary, to teraz pora wsuwać jasne szkła.
Niektórzy powiedzą, ale ja jestem wrażliwy i dlatego tak jest.
Nie.
I chociaż rzeczywiście wrażliwy człowiek ma o wiele większa tendencję do rozmyślania o takich rzeczach (ja taki jestem) to nie znaczy, że myśląc o tym musi odczuwać lęk, czy mieć nerwicę.
Jeśli tak jest, to znaczy, że nadal to wypiera, i nie akceptuję faktu o świecie, że dobre i złe rzeczy się w nim równoważą.
I ja nie mówię tutaj o żadnych walkach zła z dobrem, ale fakt jest faktem, że cierpienie istnieje i jest obok nas.

Niektórzy spytają,
no dobra ale to nie takie proste zaakceptować chorobę, śmierć swoją czy bliskich, jak to zrobić?
Nie wiem.
Bo faktycznie sam fakt tego ciężki jest do zaakceptowania.
Ale mnie o wiele łatwiej zaakceptował się fakt, że taka jest natura świata.
Ja to nazywam „kosmicznym przemiałem”.
I tutaj może pomóc wam wasza religia, może wierzycie w Boga, jesteście chrześcijanami więc wtedy powinniście rozumieć idee dźwigania swego krzyża ;)
Ja np. jestem zainspirowany reinkarnacją.

Ale odchodząc od religii, bo ten wpis nie ma być ani trochę opierający się na religiach, bo nie każdy wierzy przecież w Boga.
To natura wszechświata, jego kosmiczny przemiał, ciągłość zmian, koniec jednego istnieje dla powstania drugiego. To jest fakt.
To nie jest coś w co trzeba wierzyć.
Jedna planeta wygasa, wybucha, po to aby powstała kolejna.
I tak wkoło.
Nie mówię tutaj czy jest po śmierci życie, czy nie, nie chcę nawiązywać do swoich tutaj wierzeń.

Ale tak naprawdę rzuca w oczy się, że to wszystko kręci się wkoło, mimo cierpienia, umierania, śmierci, bo tak naprawdę na tym właśnie to polega.
Przeciwwaga szczęścia a cierpienia i umierania jest potrzebna do przemiału, a człowiek ma wzrastać jak nie duchowo, to przede wszystkim emocjonalnie.
Nie jest to kwestia wiary ale na pewno jakiejś teorii, która mnie pomogła przyjąć emocję i prawdę o tym, że cierpienie jest obecne, jak i umieranie.
Tym sposobem wkładałem jasne szkła do swoich okularów, a nie tym, że chciałem szukać potwierdzeń i wypierania, że to nie jest możliwe.

Może niektórzy z was pomyślą czy to nie jest naginanie na siłę?
Zapytajcie Ciasteczka lub Divina czy nie myślą podobnie? ;)

Założę się, ze tak lub podobnie.
Prawdą jest, ze aby zmienić postawę, w głowie trzeba mieć podstawę, której można się trzymać.

Niektórzy mnie pytają,
jak to jest, że na forum takie tematy są ciężkie i różne i potrafię o tym rozmawiać bez stresu?
Bo ja po prostu nie chciałbym już nigdy w życiu wypierać tego, że ludzie się zabijają, wariują, umierają, cierpią.
I chociaż na początku stanów lękowych to nakręca, to w dłuższej perspektywie nie może chodzić o ciągłe wypieranie czy unikanie tematów.
Takie coś może być dobre dla ludzi, którzy nerwicę mają od stresu teraźniejszego, narkotyku ale jak ktoś zawsze był nadwrażliwy na takie tematy, to w moim przekonaniu w końcu należy się otworzyć.
Ja przynajmniej tak zrobiłem.

Tutaj w tej kwestii pomaga to samo co w wypadku wychodzenia z mechanizmów lękowych, czyli po prostu
dość wróżenia z fusów, obawianie się czy "czegoś" nie dostanę "bo o tym przeczytałem", nie może blokować życia.
Tak samo jak obawianie się na zapas NADMIERNE, czy coś się złego nie wydarzy.
Jest to kwestia uszeregowania priorytetów, wyboru określonego sposobu życia.
Czy chcemy wypierać, czy też już nie.
Ja nie naciskam, ja po prostu wiem, że tak czy siak taki wybór i tak trzeba podjąć.
Co mi dało takie otworzenie się?
To, że już nie panikuję, że istnieje cierpienie na świecie, a jak je spotykam, nie trzęsę się ze strachu i nie omdlewam bez mała.
Tylko mogę powiedzieć dobre nawet słowo, i po prostu przyjąć to ze zwykłą, normalną emocją a nie paniką.

I wiem, ze 90 % z was powie – no tak sobie to tłumaczę ale...
bo tłumaczenie to jedno,z miana zachodzi na poziomie emocji,dlatego trzeba najpierw otworzyć się na negatywne emocje i negatywną prawdę, która istnieje mimo tego, że ty nie chcesz o tym słyszeć.

I tak by to wyglądało u mnie.
Jeśli chodzi o postawę lękowa na wydarzenia w życiu to całkiem ładnie mi się to naprostowało, nie reaguje już nadmiernymi emocjami, mimo, ze jestem wrażliwy i oczywiście odczuwam zwykłe emocje na cudze nieszczęście.

Niektórzy mogą pomyśleć, czy to nie jest tak, że teraz cale życie trzeba się kontrolować, żeby nie spanikować itd.
Nie, na początku ucząc się przyzwalania na emocje to owszem, trzeba pamiętać, o swoich założeniach, o swoim budowaniu środka.
Ale z czasem to staje się po prostu normalne, nawyk nadmiernej reakcji lęku schodzi, jak tylko pokazujemy, że nie chcemy tylko tkwić w wyparciu.

PODATNOŚĆ NA STRES

Wielu pyta, „jak się nie stresować”?
Oj wydaje mi się, że nie sposób tego osiągnąć w sposób totalny :)
Kwestią jest czym jest dla nas stres.
Dla mnie to jest po prostu emocja, jeżeli stres traktujemy jako wroga, to każde jego pojawienie się od razu, nad wyraz jest interpretowane jako mega problem.

A stres jest emocją, która towarzyszy człowiekowi w różnych jego wydarzeniach życia.

Oczywiście jest rodzaj stresu, presji, który tworzymy sobie sami, jak pisałem wcześniej stosowaniem różnych manipulacji, zakładaniem masek, udawaniem kogoś innego, z czasem robimy sobie stres i presję.
Taki stres można wyeliminować całkowicie i napisałem w sumie o tym cały tekst powyżej.

Ale jeśli chodzi o stres, z wiązany z jakimś ważnym wydarzeniem, decyzją, nie wiemy jak odnieść się do jakiegoś tematu, to cóż, taki stres może pojawiać się w życiu.
To jest ludzka sprawa.

Przede wszystkim tego, że się stresujesz nie traktuj jako słabości, wtedy łatwiej ci będzie się otworzyć i powiedzieć „jestem zestresowany”, zamiast udawać „silnego” i próbować kontrolować siebie, co tylko daje więcej stresu.

A do tego do dzisiaj na każdy stres wynikający z sytuacji staram się stosować zasadę „radosnego badacza”.
Która mi mówi, ze niezależnie od wyniku sytuacji stresowej, najważniejsze było podjęcie decyzji o uczestniczeniu w niej.
Bo każdy wynik stresu czegoś doświadcza, czasem czegoś fajnego, czasem niestety nie, ale to już kwestia wyboru czy chcemy to przyjąć do wiadomości.

Ja w każdym razie do dziś się potrafię czymś stresować i to nawet bardzo. To nie jest tak, że ja nie znam stresu.
Stres, to integralna część ludzkich zmagań, ale to jak potraktujemy stres i jak traktujemy jego ewentualne wyniki, powoduje, że im bardziej brniemy w życie, tym granica odporności na stres coraz bardziej posuwa się na plus.

A my zamiast szarpać się wyobrażaniem sobie wyników, możemy budować siebie od środka, podejmując decyzję, i to mimo tego, że się boimy.
Ale za to potem jest duma, czasem rozczarowanie, smutek, radość, ale jednak mamy świadomość, że przynajmniej się zdecydowaliśmy, że żyjemy.


Na sam koniec krótko napiszę o tym moim panicznym strachu przed odrzuceniem.


Skąd to wynikało już napisałem.
U mnie to wyglądało tak przez wiele lat, że z np. kimś się zapoznawałem i jak ta osoba, nie odzywała się powiedzmy przez dwa dni to szalałem.
Bałem się, że coś źle zrobiłem, panikowałem wręcz, że mnie odrzuci, nie zaakceptuje, i często nawet zaczynałem odczuwać wściekłość i zaczynałem zganiać winę na nią, podczas gdy to wszystko było zwykle „urojone”, bo ta osoba po prostu miała choćby nawał pracy :D
A ja potrafiłem zerwać z taką osobą znajomość całkiem, byle tylko nie zostać porzuconym.
To taki mechanizm obronny przed samą emocją odrzucenia.

Fakt jest taki, że często nie tylko ja cierpiałem ale i inni przez to.
Bo jednak w 90 % nikt mnie nie chciał porzucać, a moje zachowania dawało komuś do zastanowienia, że to chyba jednak on źle zrobił skoro ja zrywam znajomość.
W zasadzie mnie to mijało z wiekiem, ale to co najważniejsze to być tego faktu świadomym.
Do tego całkowicie obawy przed odrzuceniem wyeliminowała mi pracą jaką w sumie wyżej napisałem, przyjęcie niechcianych emocji i budowa siebie od środka.

Czyli przyjęcie do wiadomości, że ma prawo ktoś mnie odrzucać z uwagi na np. moją emocjonalność czy fizyczność.
I zamiast wikłania się w impuls nadmiernej emocji odrzucenia, budowałem środek podejmując decyzje, że ta osoba ma takie prawo i ja po prostu muszę mu na to pozwolić.

I zaznaczam i tutaj, że ju tu mówię, że udało mi się wyeliminować nadmierną reakcję emocjonalną, wyeliminować manipulacje i zabiegi byle tylko nie poczuć, złej emocji.

Ale ja nadal po ludzku przejmuje się jakimiś pierwszymi spotkaniami. PO LUDZKU
Szczególnie, że z uwagi na moje bycie wrażliwym, mam strasznie mało znajomych płci męskiej, bo mnie nudzą zwykle koledzy, emocjonalne dziewuchy za to lubię i z tej przyczyny mam więcej znajomych płci żeńskiej.
Więc wiadomo, że człowiek chce dobrze wypaść :D

Emocje, stresy mam normalne, ale już po prostu nie ma u mnie tych nadmiernych reakcji, przeżywania, krytykowania siebie, dołowania.
Jasne, ze czuje się smutny jak widzę, że z tą dziewczyną raczej się nie prześpię :D ani może nawet nie pogada ze mną tak jak z innym.
Cóż.. życie.
Chciałbym móc je „brać” wszystkie no ale cóż... potrzeby a realne możliwości :DD

Więc co mi zostało z tego wszystkiego?


Jestem przeciętnym gościem, nie bogiem zachowań ani mistrzem rozwoju własnego, który na parkiecie mówi o tym jakim to warto, czy nie warto być.
Ale mimo to aby stać się tym przeciętnym gościem musiałem sporo rzeczy poukładać i dlatego to wszystko opisałem.
Sam dla siebie, a także i dla was.
I jak mówiłem, nie kieruj się całościowo tym wpisem, wybieraj dla siebie to co uznasz za dobre dla ciebie.

To co mi zostało to jest to ciągle nawyk pojawiania się tej reakcji „w tył zwrot”.
Mimo wszystko jeszcze często mnie nawiedza.

A także jedna rzecz o której krótko wspomniałem wczesniej i pisze ją tutaj na koniec bo być może ktoś z was tak ma i chciałby o tym pogadać, bo jestem ciekaw czyiś spostrzeżeń, bowiem nie znalazłem u siebie z czym to jest powiązane.
Kiedyś mi psycholog sugerowała uzależnienie od adrenaliny, ale to nie jest to, wiem o tym.

Jest to kwestia tego, że jeszcze podczas zaburzenia, jak odczuwałem pustkę miałem skłonności do np. kaskaderskiej jazdy na rowerze, a nawet ćwiczenia umyślnie upadków, a także do skłonności wdawania się ciągle w jakiś znajomości z kobietami, i to często zupełnie nieznanymi.
To było jeszcze podczas zaburzenia, teraz już tak nie robię.
Wtedy też mogło wynikać to z chęci dowartościowania się, szczególnie te różne - miłoście.

Ale jednak obecnie kiedy dopada mnie rutyna życia, odczuwam znowu ten sam pociąg do czegoś takiego.
I zrozumiałem niedawno, że mnie w tym nie chodzi o dowartościowanie się, adrenalinę czy też strach o założenie rodziny, jak mi sugerowali psycholodzy.
Bo widzę, że nie. Zastanawiam się jednak czy to nie jest czasem moja natura, która na myśl o rutynie mnie zżera.
Ma ktoś z was tak? Jeśli tak to piszcie.
Bo to mnie jeszcze ciekawi.

I tym sposobem kończę ten przydługi tekst.

W zasadzie ja dopiero teraz jestem gotowy na jakiś dalszy rozwój, w stylu większej pewności siebie, czy jakiś innych psychologicznych sztuczek, technik, które ułatwiają i usprawniają naszą emocjonalność i życie.

Jeśli na koniec stwierdzasz, że ten tekst to nieporozumienie i nic nie rozumiesz to cóż...

„dopiero gdy uczeń jest gotowy nadchodzi mistrz”

:DD :DD

A tak poważnie to wierzę, że każdy z was ma możliwości i wyjścia z zaburzeń lękowych, mechanizmu lękowego, nauki nie wchodzenia w iluzję lękową. A także poprawy siebie o ile chcemy i o ile potrzebujemy.
Może tutaj na koniec ktoś zapytać a jak nie poprawię siebie to jestem stracony? Zawsze będę już miał zaburzenia lękowe, nerwice?
Według mnie na pewno nie stracony, ale jeśli robisz sobie jakieś własne presje i stresy, przez niewłaściwe osadzanie siebie, przez tkwiący w tobie np strach przed oceną innych, to może tak być, że twoja granica odporności na stres będzie przekraczana i będą się pojawiały objawy.
Jednakże nadal uwazam, że wówczas my nie musimy wchodzić w zaburzenie, w nerwicę a umiejętnie przyjąć objawy, które nie staną się nam iluzją, tematem zastepczym którym będziemy żyli.

Najważniejsza jak dla mnie jest świadomość sprawy :) i umiejętność przyjęcia emocji.
Tego szlaku się trzymam nadal.
Pozdrawiam
Patrz, Żyj i Rozmyślaj w taki sposób... aby móc tworzyć własne "cytaty".
Historia moich zaburzeń lękowych i odburzania
Moje stany derealizacji i depersonalizacji i odburzanie


Przykro mi jeżeli na odpowiedź na PW czekasz bardzo długo, niestety ze mną tak może z różnych powodów być :)
Zablokowany