Nie wiem jak sobie poradzić z problemem, przypomniałam sobie o tym forum więc spróbuję tutaj. Mam partnera 15 lat. Jesteśmy po 30, do tej pory szczęśliwi, wszystko było w porządku normalne życie. Mogłabym dać się za niego pokroić, taka czułam się pewna. „Bratnią dusza” „miłość życia” „najlepszy przyjaciel „ - po prostu szczęściara ze mnie że tak wcześnie spotkałam właśnie TĄ osobę. Od lutego coś się zaczęło dziać.
Poznał trochę nowych ludzi, zaczął pisać z jakąś koleżanką. Pisał z nią coraz więcej i więcej właściwie bez przerwy a na moje prośby o przystopowanie z taką relacją bo czuję się zaniedbywana reagował coraz większą złością. Zaczęliśmy się o to kłócić. Cały czas miałam poczucie że po prostu próbuję postawić granice- nie akceptuję że człowiek z którym żyje więcej rozmawia z inną kobietą. Trochę - ok, aż tyle? Nie. On mówił w kółko że to tylko koleżanka. Z biegiem czasu jego zachowanie zaczęło ulegać coraz większej zmianie - był bardzo pobudzony, mniej spał, „robił rzeczy”. Typowy dzień np w ten sposób - 5 bieganie. 6 siłka. 8 praca. 17 kolejny sport. 19 kolejny sport. 21 w domu. Do 24 siedzenie na telefonie, też z tą dziewczyną. I od nowa to samo. Pytałam czy mam się martwić- nie, wszystko dobrze. Ale zaczął się ode mnie odsuwać. Myślałam że mamy jakiś kryzys, nagle zaczął mówić że potrzebuje przestrzeni, że chce się „nauczyć być szczęśliwy ze sobą”. Na pytania czy mnie kocha zaczął reagować że NIE WIE. Że „czy dla każdej osoby nie jest przeznaczone więcej osób”. Że nie wie czy ja jestem TA JEDYNA. I że co to w ogóle znaczy. Zaczął chodzić sam do kina, do teatru, na spacery. Zabraniał mi iść z nim. Do tego nagłe imprezy, alkohol którego na codzien nie lubi. W międzyczasie ja się z tą dziewczyną poznałam i zakumplowalam. Jest naprawdę w porządku, do dziś się kolegujemy. Wiosną miał już w sobie tyle złości do mnie że na siłowni kopnął w ścianę i złamał sobie nogę. Twierdził że to przeze mnie- do tej pory tak twierdzi. Siedział w domu 3 miesiące na zwolnieniu. Był dla mnie okrutny. Krzyczał. Krytykował. Mówił rzeczy w stylu „nie jestem już zakochany” „próbujesz mną ZAWŁADNĄĆ” „ciągle mnie kontrolujesz” „przytłaczasz mnie” „nie wiem co czuje” „chaos w głowie” „zawsze będziesz dla mnie ważna”- to wszystko totalnie bez powodu, jakby nagle sobie uroił że jest ze mną już za długo i musimy się rozstać ! Jednocześnie ciągle mówił że przecież ze mną wciąż mieszka że przecież jest obok. Ale że musi się skupić na sobie, zająć soba. Że ja się zachowuje jak wariatka- płakałam bo wciąż nie wiedziałam co
się dzieje. Zaczął mówić że „to nie miłość to przywiązanie” albo że „jestem nieszczęśliwa „ - gdy jeszcze zimą czułam się BARDZO szczęśliwa. Mówił że „może nigdy nie był szczęśliwy” i że ma w sobie ogrom złości do mnie. Jednocześnie codziennie chciał uprawiać seks. Traktował mnie bardzo przedmiotowo. Używał słów „suka” „oddal się”. I tak sobie byłam w tym koszmarze około 5-6 miesięcy. Z „koleżanką” już nie rozmawia, odtrąciła go bo uznała że on źle mnie traktuje a ona nie potrzebuje takich ludzi koło siebie. Ona próbowała też w pewnym momencie mi pomóc, dowiedzieć się co siedzi w jego głowie, zachęcić do psychologa -nie przyniosło rezultatu. Więc teraz ona jest już jego „wrogiem”, już traktuje ją jako „złą”. W ogóle wszystko w pewnym momencie było zle - a ja najgorsza, przyczyną wszystkich niepowodzeń. On musiał „skupić się na sobie” i „na pewno nie kocha mnie tak mocno jak ja jego”. „Nie wie w sumie czy kocha”. Wylądowałam u psychologa i chodzę na terapię od paru miesięcy. W którymś momencie myślałam że już nie jesteśmy razem, rozpadłam się na kawałki, złamał mi serce. Ciągle podskórnie czułam że on nie jest sobą. Że to nie on.
Patrzyłam w jego oczy i nie wiedziałam kto to.
Spał odwrócony do mnie plecami przez kilka miesięcy. Nie przytulał, nie mówił kocham, zero uczuć. Mówił że nie pamięta żeby kiedyś było dobrze. Nagle pewnego dnia coś kliknęło - i nagle mi oznajmił że jednak BARDZO mnie kocha. I że zrozumiał to. Od tej pory zbliża się, próbuje zachowywać jak dawniej. Jakby wszystko to było jakimś złym snem. Czasem zastanawiam się czy on pamięta to wszystko co do mnie powiedział. To trwało około pół roku. Próbowałam go namówić na psychiatrę, psychologa, terapię par. Na początku wyrażał zainteresowanie, teraz kategorycznie odmawia. Moja psycholog uważa że to był epizod CZEGOŚ. Boję się że to wróci. Boję się że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Nie czuję się bezpiecznie, czuję że żyję w jakimś kłamstwie. On nie chce ze mną o tym rozmawiać, zamiata wszystko pod dywan. A ja nie wiem z kim jestem i czy moje życie było prawdą czy jakimś zakłamaniem. To jest chyba za mocne na kryzys. To nie mógł być zwykły kryzys w związku. On twierdzi że to wszystko się działo przeze mnie. A ja kuźwa nic nie robiłam, próbowałam nas trzymać razem. Przeczekać to. Być koło niego, znieść to, pomóc mu. Przecież znam go tyle lat, to niemożliwe żeby był taki. Jestem emocjonalnym wrakiem. Chciałam się wygadać
