zadziorka pisze: ↑5 września 2026, o 18:40
Wróciłam tutaj po dokładnie dziesięciu latach.
Nie wiem nawet, czy ktoś jeszcze zagląda na to forum i czy ktokolwiek przeczyta ten wpis. Pamiętam jednak, że kiedyś pisałam tutaj o sobie, o tym, że byłam znerwicowana, pogubiona, że przechodziłam trudny czas. Minęło dziesięć lat, a ja dzisiaj znowu siedzę i piszę, bo chyba po prostu potrzebuję, żeby ktoś mnie wysłuchał.
Przez te dziesięć lat bardzo dużo się wydarzyło.
Mam dziecko. Mam synka, który ma pięć miesięcy. Mam też partnera, którego kocham. I paradoksalnie mam przy sobie to, o czym kiedyś marzyłam — własną rodzinę, dziecko, miłość, poczucie, że wreszcie znalazłam kogoś, przy kim mogę być szczęśliwa. A mimo to obecnie czuję się tak, jakbym była kompletnie na dnie.
Półtora roku temu odeszłam od mojego wcześniejszego narzeczonego. Zrobiłam to, ponieważ pojawił się w moim życiu obecny partner. To była ogromna zmiana, mnóstwo emocji, decyzji i konsekwencji. Dzisiaj mamy razem dziecko, ale jednocześnie sytuacja nadal jest bardzo skomplikowana — mój partner wciąż formalnie pozostaje w związku małżeńskim, a rozwód ma nastąpić dopiero w lutym.
Ostatnie miesiące bardzo ciężko znoszę.
Macierzyństwo okazało się dla mnie dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Pierwsze trzy, właściwie cztery miesiące były naprawdę ciężkie. Uczyłam się wszystkiego od początku — mojego dziecka, jego potrzeb, tego, jak je uspokajać, jak usypiać, jak rozumieć płacz. Dochodziły skoki rozwojowe, gorsze dni, niewyspanie, zmęczenie i ciągłe poczucie, że muszę dawać z siebie więcej, nawet kiedy sama już nie mam z czego.
A gdzieś po drodze zaczęłam gubić siebie.
Coraz częściej wybucham. Coraz częściej się denerwuję. Coraz częściej kłócimy się z partnerem. Czasami mam wrażenie, że sama doprowadzam go do granic wytrzymałości. On naprawdę próbuje mnie rozumieć, ale widzę, że również zaczynam wytrącać go z równowagi.
I chyba najbardziej boli mnie to, że ja wiem, że taka nie jestem.
Zawsze byłam raczej spokojną, cichą, ciepłą, troskliwą i sympatyczną osobą. A teraz mam wrażenie, że pokazuję z siebie wszystko, co najgorsze. Jakieś mroczne oblicze, którego sama nie poznaję. Jestem nerwowa, rozchwiana, pełna lęku i negatywnych emocji.
Czuję się pusta w środku.
Jakbym była wydmuszką. Jakbym po prostu funkcjonowała z dnia na dzień, bez większego planu, bez poczucia bezpieczeństwa. Jakbym nie żyła, tylko próbowała przetrwać.
Tryb przetrwania. Tryb walki.
I chyba najbardziej przeraża mnie to, że zaczynam się bać sama siebie. Nie w sensie, że zrobię sobie krzywdę, tylko tego, że kompletnie nie panuję nad swoimi emocjami. Czasami mam wrażenie, że sama produkuję negatywne emocje i zarażam nimi wszystkich wokół. Nie chcę tego. Naprawdę nie chcę.
Kocham mojego partnera. Kocham mojego synka. To, co mam, jest przecież w pewnym sensie spełnieniem moich marzeń. A jednak zamiast cieszyć się tym wszystkim, często czuję ogromny ciężar.
Boję się, że partner mnie zostawi.
Boję się, że wszystko, o czym marzyłam, nagle zniknie. Że nie uda nam się stworzyć szczęśliwej rodziny. Że przez swoje zachowanie zniszczę coś, na czym tak bardzo mi zależy.
Partner mówi, że ciągle kogoś obwiniam. Mówi, że nie jestem już tą dziewczyną, którą poznał.
I ma rację.
Ja też wiem, że nie jestem.
Tylko że ja bardzo chciałabym znowu nią być.
Chciałabym odzyskać swoją pewność siebie. Swój spokój. Swój blask. Tę dawną siebie, która potrafiła cieszyć się życiem i nie analizowała wszystkiego w kółko. Mam czasami wrażenie, że gdybym dostała odpowiednie wsparcie, może jeszcze udałoby mi się do siebie wrócić.
Tylko nie wiem, jak to zrobić.
Nie mam wokół siebie zbyt wielu życzliwych osób. Takich, z którymi mogłabym po prostu usiąść i powiedzieć: „Nie daję już rady”. Takich, które nie oceniłyby mnie od razu jako wariatki, osoby niezrównoważonej czy chorej.
Bo ja nie czuję się jak wariatka.
Czuję się samotna.
Czuję się zagubiona, pusta i kompletnie niepewna tego, co będzie dalej. Nie czuję stabilności. Nie czuję gruntu pod nogami. A osoba, która kiedyś sprawiła, że zaczęłam wierzyć, że moje stare rany mogą się zagoić, dzisiaj — choć wiem, że prawdopodobnie nie robi tego świadomie — czasami sprawia, że te rany znowu zaczynają boleć.
Może to nie jest tylko jego wina. Właściwie wiem, że nie. Wiem, że ogrom tego wszystkiego dzieje się we mnie.
Jestem zmęczona, niewyspana, przeciążona emocjonalnie. Pracuję niewiele, bo sytuacja z dzieckiem na to pozwala tylko w ograniczonym stopniu. Nie mam też poczucia finansowego bezpieczeństwa. I chyba wszystko to razem sprawia, że coraz trudniej mi być tą osobą, którą chciałabym być.
Czasami mam wrażenie, że ktoś mnie prowokuje, nawet jeśli być może wcale tak nie jest. Reaguję zbyt mocno. Wybucham. Potem żałuję. Potem jest mi wstyd. Obiecuję sobie, że następnym razem zachowam się inaczej, a później znowu emocje biorą górę.
I tak w kółko.
Jestem po prostu bezradna.
Nie wiem, jak się zachowywać. Nie wiem, jak rozmawiać z partnerem. Nie wiem, jak przestać się bać, że go stracę. Nie wiem, jak wrócić do siebie.
Wiem tylko, że bardzo chcę być szczęśliwa.
I gdzieś głęboko w środku chyba nadal jestem. Bo mam synka, którego kocham najbardziej na świecie. Mam człowieka, którego kocham. Mam marzenie o spokojnym, normalnym, szczęśliwym domu.
Tylko to szczęście jest teraz przykryte tak ogromną warstwą lęku, zmęczenia, złości i bezradności, że czasami trudno mi je zobaczyć.
Dlatego wróciłam tutaj po dziesięciu latach.
Nie wiem, czy ktoś to przeczyta. Nie wiem, czy ktoś będzie miał ochotę odpowiedzieć. Nie wiem nawet, czy potrafię dobrze opisać to, co dzieje się w mojej głowie.
Ale chciałam się po prostu wygadać.
Chciałam, żeby ktoś wiedział, że jest mi źle.
I chyba najbardziej chciałabym usłyszeć od kogoś, kto być może był kiedyś w podobnym miejscu: że jeszcze będę sobą. Że jeszcze odzyskam spokój. Że macierzyństwo nie zawsze będzie tak trudne. Że te emocje kiedyś trochę ucichną. Że nie zniszczę tego, co kocham. Że można się pogubić i mimo wszystko odnaleźć.
Że jeszcze będzie dobrze.
Bo bardzo chciałabym w to uwierzyć.