Ogłoszenia
➤ Pierwszy raz z zaburzeniem? >>>> Mechanizm zaburzeń
➤ Jeżeli szukasz Wiktora, to wejdź na stronę - emocjobranie.pl
➤ Usuwanie konta na forum - zobacz tutaj: jak usunąć konto?

Jestem załamana.

Forum dotyczące derealizacji i depersonalizacji.
Dzielimy się tutaj naszymi historiami, objawami, wątpliwościami oraz wszystkim co nas dręczy mając derealizację.
Dopisz się do istniejącego tematu lub po prostu jeśli chcesz stwórz nowy własny wątek.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

17 października 2016, o 20:16

Nie pisałam już długi czas. Mało kto już pewnie mnie pamięta, no cóż.
Wyjątkiem nie jestem! :)

Czy coś się poprawiło ?
Hmmm... Jest poprawa.
Jest!

Skłamałabym gdyby jej nie było. Jest różnica, zauważalna. Wiadomo... Nie jest idealnie. Nie jest mega super, ale pojawiło się tyle okoliczności, zrobiłam tyle rzeczy, by się poprawiło, że nie ma opcji bym nie poczuła różnicy.

Stałam się bardziej spontaniczna, szybciej zaczęłam podejmować pewne decyzje, zaczęłam robić rzeczy, na które nie zdecydowałabym się gdybym była we wcześniejszym normalnym stanie.

Regularnie chodziłam do psychologa, psychiatry.
Ze psychiatrą stwierdziliśmy, że nie potrzebuję już pomocy. Do psychologa chodzę ot tak dla dobrego humoru.

Co więcej... Brałam tabletki, brałam clona i bzdurą jest to, że odstawienie tabletek jest złe, że wraca się do punktu wyjścia.

Gdyby nie tabletki, to prawdopodobnie proces wracania do siebie trwałby dłużej i kto wie jakby skończyła się walka ze samą sobą.

Bardzo pomogły mi okulary przeciwsłoneczne, kontakt z ludźmi, sprzedaż rzeczy przez olx.
Zaczęłam żyć aktywnie, brać tabletki.... Doceniłam wiele rzeczy, wiele spraw... W tym okresie byłam bardzo wrażliwa i ta wrażliwość została ze mną do dziś.

Są dni , w których mam wrażenie, że "to" wraca, ale staram się stłumić jakoś te głupie myśli i wracam do rzeczywistości.
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

10 listopada 2016, o 12:25

3 tygodnie miałam słabszy moment. Wzięłam zoloft dwa dni z rzędu. Miałam wrażenie, że to on wywołał znów nerwicę.
Ale wracam powoli do siebie.

Jednak mam problem.. Znów wracam do swojej hipochondrii... Znów zaczęłam wmawiam sobie guza, ale tym razem nie w głowie... w miejscu intymnym ... Może to głupota z mojej strony, ale wiecie... przeczytałam objawy jakie występują, a ja prawie wszystko mam i znów nerwy..

Boję się o siebie, znów.
Wpadłam w błędne koło.
Myślałam, że wracam do siebie,a ja znów czuję że umieram.


Czy ja się nigdy od tego nie uwolnię?
Viera
Nowy Użytkownik
Posty: 4
Rejestracja: 13 kwietnia 2024, o 12:40

14 kwietnia 2024, o 20:30

Cześć. Nie wiem czemu ten wątek wybieram na start ..Chyba nie bez powodu natrafiłam na niego już 3 razy szukając rozwiązania dla moich problemów. Nie mam jeszcze zdiagnozowanej nerwicy,czekam na rezonans (31 maja) ale już od ponad 2 miesięcy funkcjonuję w moim świecie. Czuję się jak pijana,wzrok raz lepiej raz gorzej,pojawiają się strachy..I światło a dokładnie sztuczne oświetlenie dokucza mi ogromnie. Jest mi bardzo źle☹️☹️
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

14 kwietnia 2024, o 21:17

Viera pisze: ↑
14 kwietnia 2024, o 20:30
Cześć. Nie wiem czemu ten wątek wybieram na start ..Chyba nie bez powodu natrafiłam na niego już 3 razy szukając rozwiązania dla moich problemów. Nie mam jeszcze zdiagnozowanej nerwicy,czekam na rezonans (31 maja) ale już od ponad 2 miesięcy funkcjonuję w moim świecie. Czuję się jak pijana,wzrok raz lepiej raz gorzej,pojawiają się strachy..I światło a dokładnie sztuczne oświetlenie dokucza mi ogromnie. Jest mi bardzo źle☹️☹️

Kochana! Jestem tu! Jakbyś chciała porozmawiać - pisz.
Obecnie tez mam właśnie objawy- tym razem gula w gardle, ale moja historia na początku była zwiazana ze wzrokiem...
Jeśli chcesz się wyżalić napisz , to pomaga.
Samaja
Nowy Użytkownik
Posty: 3
Rejestracja: 14 kwietnia 2024, o 20:32

14 kwietnia 2024, o 21:43

Jestem już zmęczona ciągła walką, ciągłym lękiem, uściskiem w klatce piersiowej i wieloma innymi dolegliwosciami. Mam wrażenie, że leki nie działają. Czy to się kiedyś skończy...
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

14 kwietnia 2024, o 21:53

Samaja pisze: ↑
14 kwietnia 2024, o 21:43
Jestem już zmęczona ciągła walką, ciągłym lękiem, uściskiem w klatce piersiowej i wieloma innymi dolegliwosciami. Mam wrażenie, że leki nie działają. Czy to się kiedyś skończy...


Nie jestem specjalistką, nie jestem lekarzem, ale przeżywałam podobnie... i od jakiegoś czasu tez mam objawy... kochana, ściskam cię.. jestem jak coś...


Mnie pomogły poniekąd leki, ale... dzisiaj ich nie biorę. Staram się nad tymi objawami pracować
Nie wiem, czy to pomoże ale... wiem co czujesz... wiem i rozumiem.
Sama w sumie potrzebowałabym czasem pocieszenia.
Kovhana...Może nie wylecze, ale wiem jak bardzo mi pomagało wyżalanie.
Zresztą... widać po moim wątku... 41 stron - pisałam o swoich objawach... tez było mi ciężko, ale jakoś przeszłam, jakoś wyszłam z tego .. choć nie do końca jak widać po po dziś dzień mam co jakiś czas objawy.
Samaja
Nowy Użytkownik
Posty: 3
Rejestracja: 14 kwietnia 2024, o 20:32

14 kwietnia 2024, o 22:08

Najgorsze jest to, że w domu nie mam wsparcia, partner tego nie rozumie, leczę się już 13 lat, biorę podwójne dawki leków ostatnio nawet dodatkowo doraźne, a od pewnego czasu czuję się fatalnie, myślałam, że na wiosnę poczuje się lepiej..... W pracy pomimo pochwał, myślę, że jestem do niczego. Jest źle...
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

14 kwietnia 2024, o 22:13

Samaja pisze: ↑
14 kwietnia 2024, o 22:08
Najgorsze jest to, że w domu nie mam wsparcia, partner tego nie rozumie, leczę się już 13 lat, biorę podwójne dawki leków ostatnio nawet dodatkowo doraźne, a od pewnego czasu czuję się fatalnie, myślałam, że na wiosnę poczuje się lepiej..... W pracy pomimo pochwał, myślę, że jestem do niczego. Jest źle...
Boże, przykro mi, naprawdę, ale wiedz, że nie jesteś sama !!!!
Nie jesteś!!! Nie płacz, nie zamartwiaj się.
Doskonale cię rozumiem.
8 lat temu kiedy pierwszy raz napisałam tu post, - też mnie nikt nie rozumiał.
Ciężko mi było.
Moj Partner też mnie nie rozumiał, do dziś tego nie rozumie , bo mówi że się nakręcam - to jest prawda, ale ciężko jest kiedy to się słyszy, a jednocześnie nie można nic z tym zrobić.
Kiedy toczy się walkę cały czas samemu ze sobą
Dlatego kochana - jestem z Tobą.
Wiem, że to mało, ale... musimy się jakoś z tym zmierzyć.....
Ja staram się już odpuszczać, nie walczyć z objawami choc jest naprawdę ciężko ale widzę, że kiedy to akceptuje to moje objawy słabną...
afforc
Nowy Użytkownik
Posty: 3
Rejestracja: 14 kwietnia 2026, o 18:36

16 kwietnia 2026, o 22:40

Hej Zadziorka, po tylu latach przeszło Ci to uczucie pijanej głowy? Walczę z tym od kilku miesięcy, w sumie się przyzwyczailem ale fajnie jakby kiedyś minęło 😀
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

19 kwietnia 2026, o 12:01

afforc pisze: ↑
16 kwietnia 2026, o 22:40
Hej Zadziorka, po tylu latach przeszło Ci to uczucie pijanej głowy? Walczę z tym od kilku miesięcy, w sumie się przyzwyczailem ale fajnie jakby kiedyś minęło 😀
Cześć!
Uczucie pijanej głowy przeszlo, zdecydowanie. Mi pomogły tabletki psychotropowe. Dzięki nim wróciłam do żywych.
Więc to uczucie juz od prawie 10 lat nie powróciło.
Mam nadzieję, że w twoim przypadku też tak będzie.
afforc
Nowy Użytkownik
Posty: 3
Rejestracja: 14 kwietnia 2026, o 18:36

22 kwietnia 2026, o 13:17

A jakie leki brałaś? Ja próbowałem pregabaline ale krótko i pramolan dłużej, ale nic nie dały to odpuscilem leki. I tak się zastanawiam czy próbować coś innego
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

5 września 2026, o 18:40

Wróciłam tutaj po dokładnie dziesięciu latach.

Nie wiem nawet, czy ktoś jeszcze zagląda na to forum i czy ktokolwiek przeczyta ten wpis. Pamiętam jednak, że kiedyś pisałam tutaj o sobie, o tym, że byłam znerwicowana, pogubiona, że przechodziłam trudny czas. Minęło dziesięć lat, a ja dzisiaj znowu siedzę i piszę, bo chyba po prostu potrzebuję, żeby ktoś mnie wysłuchał.

Przez te dziesięć lat bardzo dużo się wydarzyło.

Mam dziecko. Mam synka, który ma pięć miesięcy. Mam też partnera, którego kocham. I paradoksalnie mam przy sobie to, o czym kiedyś marzyłam — własną rodzinę, dziecko, miłość, poczucie, że wreszcie znalazłam kogoś, przy kim mogę być szczęśliwa. A mimo to obecnie czuję się tak, jakbym była kompletnie na dnie.

Półtora roku temu odeszłam od mojego wcześniejszego narzeczonego. Zrobiłam to, ponieważ pojawił się w moim życiu obecny partner. To była ogromna zmiana, mnóstwo emocji, decyzji i konsekwencji. Dzisiaj mamy razem dziecko, ale jednocześnie sytuacja nadal jest bardzo skomplikowana — mój partner wciąż formalnie pozostaje w związku małżeńskim, a rozwód ma nastąpić dopiero w lutym.

Ostatnie miesiące bardzo ciężko znoszę.

Macierzyństwo okazało się dla mnie dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Pierwsze trzy, właściwie cztery miesiące były naprawdę ciężkie. Uczyłam się wszystkiego od początku — mojego dziecka, jego potrzeb, tego, jak je uspokajać, jak usypiać, jak rozumieć płacz. Dochodziły skoki rozwojowe, gorsze dni, niewyspanie, zmęczenie i ciągłe poczucie, że muszę dawać z siebie więcej, nawet kiedy sama już nie mam z czego.

A gdzieś po drodze zaczęłam gubić siebie.

Coraz częściej wybucham. Coraz częściej się denerwuję. Coraz częściej kłócimy się z partnerem. Czasami mam wrażenie, że sama doprowadzam go do granic wytrzymałości. On naprawdę próbuje mnie rozumieć, ale widzę, że również zaczynam wytrącać go z równowagi.

I chyba najbardziej boli mnie to, że ja wiem, że taka nie jestem.

Zawsze byłam raczej spokojną, cichą, ciepłą, troskliwą i sympatyczną osobą. A teraz mam wrażenie, że pokazuję z siebie wszystko, co najgorsze. Jakieś mroczne oblicze, którego sama nie poznaję. Jestem nerwowa, rozchwiana, pełna lęku i negatywnych emocji.

Czuję się pusta w środku.

Jakbym była wydmuszką. Jakbym po prostu funkcjonowała z dnia na dzień, bez większego planu, bez poczucia bezpieczeństwa. Jakbym nie żyła, tylko próbowała przetrwać.

Tryb przetrwania. Tryb walki.

I chyba najbardziej przeraża mnie to, że zaczynam się bać sama siebie. Nie w sensie, że zrobię sobie krzywdę, tylko tego, że kompletnie nie panuję nad swoimi emocjami. Czasami mam wrażenie, że sama produkuję negatywne emocje i zarażam nimi wszystkich wokół. Nie chcę tego. Naprawdę nie chcę.

Kocham mojego partnera. Kocham mojego synka. To, co mam, jest przecież w pewnym sensie spełnieniem moich marzeń. A jednak zamiast cieszyć się tym wszystkim, często czuję ogromny ciężar.

Boję się, że partner mnie zostawi.

Boję się, że wszystko, o czym marzyłam, nagle zniknie. Że nie uda nam się stworzyć szczęśliwej rodziny. Że przez swoje zachowanie zniszczę coś, na czym tak bardzo mi zależy.

Partner mówi, że ciągle kogoś obwiniam. Mówi, że nie jestem już tą dziewczyną, którą poznał.

I ma rację.

Ja też wiem, że nie jestem.

Tylko że ja bardzo chciałabym znowu nią być.

Chciałabym odzyskać swoją pewność siebie. Swój spokój. Swój blask. Tę dawną siebie, która potrafiła cieszyć się życiem i nie analizowała wszystkiego w kółko. Mam czasami wrażenie, że gdybym dostała odpowiednie wsparcie, może jeszcze udałoby mi się do siebie wrócić.

Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Nie mam wokół siebie zbyt wielu życzliwych osób. Takich, z którymi mogłabym po prostu usiąść i powiedzieć: „Nie daję już rady”. Takich, które nie oceniłyby mnie od razu jako wariatki, osoby niezrównoważonej czy chorej.

Bo ja nie czuję się jak wariatka.

Czuję się samotna.

Czuję się zagubiona, pusta i kompletnie niepewna tego, co będzie dalej. Nie czuję stabilności. Nie czuję gruntu pod nogami. A osoba, która kiedyś sprawiła, że zaczęłam wierzyć, że moje stare rany mogą się zagoić, dzisiaj — choć wiem, że prawdopodobnie nie robi tego świadomie — czasami sprawia, że te rany znowu zaczynają boleć.

Może to nie jest tylko jego wina. Właściwie wiem, że nie. Wiem, że ogrom tego wszystkiego dzieje się we mnie.

Jestem zmęczona, niewyspana, przeciążona emocjonalnie. Pracuję niewiele, bo sytuacja z dzieckiem na to pozwala tylko w ograniczonym stopniu. Nie mam też poczucia finansowego bezpieczeństwa. I chyba wszystko to razem sprawia, że coraz trudniej mi być tą osobą, którą chciałabym być.

Czasami mam wrażenie, że ktoś mnie prowokuje, nawet jeśli być może wcale tak nie jest. Reaguję zbyt mocno. Wybucham. Potem żałuję. Potem jest mi wstyd. Obiecuję sobie, że następnym razem zachowam się inaczej, a później znowu emocje biorą górę.

I tak w kółko.

Jestem po prostu bezradna.

Nie wiem, jak się zachowywać. Nie wiem, jak rozmawiać z partnerem. Nie wiem, jak przestać się bać, że go stracę. Nie wiem, jak wrócić do siebie.

Wiem tylko, że bardzo chcę być szczęśliwa.

I gdzieś głęboko w środku chyba nadal jestem. Bo mam synka, którego kocham najbardziej na świecie. Mam człowieka, którego kocham. Mam marzenie o spokojnym, normalnym, szczęśliwym domu.

Tylko to szczęście jest teraz przykryte tak ogromną warstwą lęku, zmęczenia, złości i bezradności, że czasami trudno mi je zobaczyć.

Dlatego wróciłam tutaj po dziesięciu latach.

Nie wiem, czy ktoś to przeczyta. Nie wiem, czy ktoś będzie miał ochotę odpowiedzieć. Nie wiem nawet, czy potrafię dobrze opisać to, co dzieje się w mojej głowie.

Ale chciałam się po prostu wygadać.

Chciałam, żeby ktoś wiedział, że jest mi źle.

I chyba najbardziej chciałabym usłyszeć od kogoś, kto być może był kiedyś w podobnym miejscu: że jeszcze będę sobą. Że jeszcze odzyskam spokój. Że macierzyństwo nie zawsze będzie tak trudne. Że te emocje kiedyś trochę ucichną. Że nie zniszczę tego, co kocham. Że można się pogubić i mimo wszystko odnaleźć.

Że jeszcze będzie dobrze.

Bo bardzo chciałabym w to uwierzyć.
Awatar użytkownika
Wiór
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 52
Rejestracja: 3 kwietnia 2025, o 15:34

6 września 2026, o 15:35

zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Nie wiem nawet, czy ktoś jeszcze zagląda na to forum i czy ktokolwiek przeczyta ten wpis.
Mam wrażenie, że zostali już tylko spamerzy i pojedyncze duchy cmentarne…
zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Partner mówi, że ciągle kogoś obwiniam. Mówi, że nie jestem już tą dziewczyną, którą poznał.
Szczerze, to brzmi jak poważne ostrzeżenie. Coś jak: akceptowałem cię w tej prostszej wersji, a teraz, gdy jest źle, powoli nie daję rady.

Ciężko jest cokolwiek doradzić, ale moim zdaniem równowaga w relacji jest wtedy, kiedy energia kobieca uzupełnia się z męską. Kobieta nie może czuć się dobrze ze sobą, jeśli nie ma tego silnego, męskiego wsparcia, kogoś, kto zaopiekowałby się jej emocjami. Sama wtedy siłą rzeczy wchodzi w tę męską rolę, która nie jest dla niej naturalna. Jeśli tracisz grunt pod nogami, to poczucie bezpieczeństwa, które powinien dać partner, to wtedy wszystko zaczyna się sypać.
zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Czuję się samotna.
Po tym co piszesz mam wrażenie, że w związku czujesz się zmuszona do odgrywania jakiejś roli, ale ciebie prawdziwej tam nie ma, bo czujesz, że partner by jej nie zaakceptował. I stąd to poczucie samotności. Rola nie zbuduje relacji.
zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Czuję się zagubiona, pusta i kompletnie niepewna tego, co będzie dalej. Nie czuję stabilności. Nie czuję gruntu pod nogami. A osoba, która kiedyś sprawiła, że zaczęłam wierzyć, że moje stare rany mogą się zagoić, dzisiaj — choć wiem, że prawdopodobnie nie robi tego świadomie — czasami sprawia, że te rany znowu zaczynają boleć.
Na ile on jest wglądowy, na ile da się z nim pogadać a na ile będzie tylko wszystko lekceważył i unieważniał? Bo moim zdaniem bez szczerej rozmowy, otworzenia się, nie ma mowy o prawdziwej relacji. A że nie z każdym się da, nie każdy będzie umiał to przyjąć, to jest jak jest.
zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Może to nie jest tylko jego wina. Właściwie wiem, że nie. Wiem, że ogrom tego wszystkiego dzieje się we mnie.
Czasem to nie jest kwestia winy, twojej czy jego. Czasem ludzie są po prostu niekompatybilni. Mam wrażenie że każdy związek wyciąga z nas coś innego, inne nasze cechy wychodzą na wierzch, więc w każdym związku jest inna dynamika i w każdym związku jesteśmy trochę inną wersją siebie.
zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Nie wiem, jak się zachowywać. Nie wiem, jak rozmawiać z partnerem.
Myślę, że po prostu szczerze. Tak jak tutaj. Przy czym możesz wykonać tylko swoją część pracy emocjonalnej. Druga część należy do niego.
Awatar użytkownika
zadziorka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 305
Rejestracja: 6 maja 2016, o 19:24

7 września 2026, o 21:52

Dzięki za odpowiedź. No widzę, ze raczej nikogo tutaj nie ma.
Obecnie czuję się bardzo źle.
Boję sie o siebie, o swoją przyszłość.
Mój partner mnie nie rozumie, ciągle próbuję mówić ze sobie coś wmawiam , że sama doprowadziłam sie do takiego stanu.
Ok. Nie jestem taka jak kiedyś, ale nie sama to spowodowałam. Wiem to.
Mam wrażenie ze on ciągle mną manipuluje.
Nie potrafię sie juz bronić przed nim. Boję sie go. W takim sensie, ze on juz nigdy nie bedzie taki jak kiedyś. Jestem przerażona tym, że ktos w kim widziałam nadzieję, światełko w tunelu, bezpieczeństwo i spokój, teraz stał sie moim wrogiem. Zapisałam sie do psychologa. Potrzebuję wsparcia i pomocy, chcę wrócić do siebie i dac mojemu dziecku wszystko co najlepsze i najpiękniejsze.
Awatar użytkownika
martusia1979
Odburzony i pomocny użytkownik
Posty: 936
Rejestracja: 27 czerwca 2015, o 12:28

8 września 2026, o 12:59

zadziorka pisze: ↑
5 września 2026, o 18:40
Wróciłam tutaj po dokładnie dziesięciu latach.

Nie wiem nawet, czy ktoś jeszcze zagląda na to forum i czy ktokolwiek przeczyta ten wpis. Pamiętam jednak, że kiedyś pisałam tutaj o sobie, o tym, że byłam znerwicowana, pogubiona, że przechodziłam trudny czas. Minęło dziesięć lat, a ja dzisiaj znowu siedzę i piszę, bo chyba po prostu potrzebuję, żeby ktoś mnie wysłuchał.

Przez te dziesięć lat bardzo dużo się wydarzyło.

Mam dziecko. Mam synka, który ma pięć miesięcy. Mam też partnera, którego kocham. I paradoksalnie mam przy sobie to, o czym kiedyś marzyłam — własną rodzinę, dziecko, miłość, poczucie, że wreszcie znalazłam kogoś, przy kim mogę być szczęśliwa. A mimo to obecnie czuję się tak, jakbym była kompletnie na dnie.

Półtora roku temu odeszłam od mojego wcześniejszego narzeczonego. Zrobiłam to, ponieważ pojawił się w moim życiu obecny partner. To była ogromna zmiana, mnóstwo emocji, decyzji i konsekwencji. Dzisiaj mamy razem dziecko, ale jednocześnie sytuacja nadal jest bardzo skomplikowana — mój partner wciąż formalnie pozostaje w związku małżeńskim, a rozwód ma nastąpić dopiero w lutym.

Ostatnie miesiące bardzo ciężko znoszę.

Macierzyństwo okazało się dla mnie dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Pierwsze trzy, właściwie cztery miesiące były naprawdę ciężkie. Uczyłam się wszystkiego od początku — mojego dziecka, jego potrzeb, tego, jak je uspokajać, jak usypiać, jak rozumieć płacz. Dochodziły skoki rozwojowe, gorsze dni, niewyspanie, zmęczenie i ciągłe poczucie, że muszę dawać z siebie więcej, nawet kiedy sama już nie mam z czego.

A gdzieś po drodze zaczęłam gubić siebie.

Coraz częściej wybucham. Coraz częściej się denerwuję. Coraz częściej kłócimy się z partnerem. Czasami mam wrażenie, że sama doprowadzam go do granic wytrzymałości. On naprawdę próbuje mnie rozumieć, ale widzę, że również zaczynam wytrącać go z równowagi.

I chyba najbardziej boli mnie to, że ja wiem, że taka nie jestem.

Zawsze byłam raczej spokojną, cichą, ciepłą, troskliwą i sympatyczną osobą. A teraz mam wrażenie, że pokazuję z siebie wszystko, co najgorsze. Jakieś mroczne oblicze, którego sama nie poznaję. Jestem nerwowa, rozchwiana, pełna lęku i negatywnych emocji.

Czuję się pusta w środku.

Jakbym była wydmuszką. Jakbym po prostu funkcjonowała z dnia na dzień, bez większego planu, bez poczucia bezpieczeństwa. Jakbym nie żyła, tylko próbowała przetrwać.

Tryb przetrwania. Tryb walki.

I chyba najbardziej przeraża mnie to, że zaczynam się bać sama siebie. Nie w sensie, że zrobię sobie krzywdę, tylko tego, że kompletnie nie panuję nad swoimi emocjami. Czasami mam wrażenie, że sama produkuję negatywne emocje i zarażam nimi wszystkich wokół. Nie chcę tego. Naprawdę nie chcę.

Kocham mojego partnera. Kocham mojego synka. To, co mam, jest przecież w pewnym sensie spełnieniem moich marzeń. A jednak zamiast cieszyć się tym wszystkim, często czuję ogromny ciężar.

Boję się, że partner mnie zostawi.

Boję się, że wszystko, o czym marzyłam, nagle zniknie. Że nie uda nam się stworzyć szczęśliwej rodziny. Że przez swoje zachowanie zniszczę coś, na czym tak bardzo mi zależy.

Partner mówi, że ciągle kogoś obwiniam. Mówi, że nie jestem już tą dziewczyną, którą poznał.

I ma rację.

Ja też wiem, że nie jestem.

Tylko że ja bardzo chciałabym znowu nią być.

Chciałabym odzyskać swoją pewność siebie. Swój spokój. Swój blask. Tę dawną siebie, która potrafiła cieszyć się życiem i nie analizowała wszystkiego w kółko. Mam czasami wrażenie, że gdybym dostała odpowiednie wsparcie, może jeszcze udałoby mi się do siebie wrócić.

Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Nie mam wokół siebie zbyt wielu życzliwych osób. Takich, z którymi mogłabym po prostu usiąść i powiedzieć: „Nie daję już rady”. Takich, które nie oceniłyby mnie od razu jako wariatki, osoby niezrównoważonej czy chorej.

Bo ja nie czuję się jak wariatka.

Czuję się samotna.

Czuję się zagubiona, pusta i kompletnie niepewna tego, co będzie dalej. Nie czuję stabilności. Nie czuję gruntu pod nogami. A osoba, która kiedyś sprawiła, że zaczęłam wierzyć, że moje stare rany mogą się zagoić, dzisiaj — choć wiem, że prawdopodobnie nie robi tego świadomie — czasami sprawia, że te rany znowu zaczynają boleć.

Może to nie jest tylko jego wina. Właściwie wiem, że nie. Wiem, że ogrom tego wszystkiego dzieje się we mnie.

Jestem zmęczona, niewyspana, przeciążona emocjonalnie. Pracuję niewiele, bo sytuacja z dzieckiem na to pozwala tylko w ograniczonym stopniu. Nie mam też poczucia finansowego bezpieczeństwa. I chyba wszystko to razem sprawia, że coraz trudniej mi być tą osobą, którą chciałabym być.

Czasami mam wrażenie, że ktoś mnie prowokuje, nawet jeśli być może wcale tak nie jest. Reaguję zbyt mocno. Wybucham. Potem żałuję. Potem jest mi wstyd. Obiecuję sobie, że następnym razem zachowam się inaczej, a później znowu emocje biorą górę.

I tak w kółko.

Jestem po prostu bezradna.

Nie wiem, jak się zachowywać. Nie wiem, jak rozmawiać z partnerem. Nie wiem, jak przestać się bać, że go stracę. Nie wiem, jak wrócić do siebie.

Wiem tylko, że bardzo chcę być szczęśliwa.

I gdzieś głęboko w środku chyba nadal jestem. Bo mam synka, którego kocham najbardziej na świecie. Mam człowieka, którego kocham. Mam marzenie o spokojnym, normalnym, szczęśliwym domu.

Tylko to szczęście jest teraz przykryte tak ogromną warstwą lęku, zmęczenia, złości i bezradności, że czasami trudno mi je zobaczyć.

Dlatego wróciłam tutaj po dziesięciu latach.

Nie wiem, czy ktoś to przeczyta. Nie wiem, czy ktoś będzie miał ochotę odpowiedzieć. Nie wiem nawet, czy potrafię dobrze opisać to, co dzieje się w mojej głowie.

Ale chciałam się po prostu wygadać.

Chciałam, żeby ktoś wiedział, że jest mi źle.

I chyba najbardziej chciałabym usłyszeć od kogoś, kto być może był kiedyś w podobnym miejscu: że jeszcze będę sobą. Że jeszcze odzyskam spokój. Że macierzyństwo nie zawsze będzie tak trudne. Że te emocje kiedyś trochę ucichną. Że nie zniszczę tego, co kocham. Że można się pogubić i mimo wszystko odnaleźć.

Że jeszcze będzie dobrze.

Bo bardzo chciałabym w to uwierzyć.
Ja nie chcę oceniać waszych relacji bo was po prostu nie znam.....

nie mniej jednak uważam ,że jesteś przemęczona psychicznie bo dużo się wydarzyło i problemy się nawarstwiły co zachwiało twoja równowagę psychiczną.
Jak wielu nam brakuje tak naprawdę osoby do rozmowy do wysłuchania takiej przyjaciółki już teraz to niestety rzadkość.
Przechodzisz świeże macierzyństwo co u wielu kobiet powoduje mniejszą wartość samej siebie , niestety tak jest. Wsparcie w tym okresie jest ogromną ulgą ale nie każdy go doświadcza.
Dlatego zrozumiałym jest twoje zachowanie, frustracja. Jest to normalne. Problem zaczyna się w momencie kiedy nie doznamy ukojenia i wszystko się nawarstwia. Partner tu powinien odgrywać kluczową rolę , a zrozumiałam ,że tak nie jest.
Myślę, że żeby się odnaleść najbardziej potrzebowałabyś terapii osoby postronnej , która wysłucha i doda ci ukojenia. Jedynie wtedy można na swoje zycie spojrzeć z innej strony , przemyśleć, wyciągnąć wnioski , wyciszyć się.....powodzenia
strach-przed-smiercia-szalenstwem-i-utrata-kontroli-t427.htm

https://www.zaburzeni.pl/wyzdrowialam-t10350.html

https://www.zaburzeni.pl/nowa-t6346.html
ODPOWIEDZ