Ogłoszenia
➤ Pierwszy raz z zaburzeniem? >>>> Mechanizm zaburzeń
➤ Jeżeli szukasz Wiktora, to wejdź na stronę - emocjobranie.pl
➤ Usuwanie konta na forum - zobacz tutaj: jak usunąć konto?

Jak poradziłem sobie z lękami

Tu dzielimy się naszymi sukcesami w walce z nerwicą, fobiami. Opisujemy duże i małe kroki do wolności od lęku w każdej postaci.
Umieszczamy historię dojścia do zdrowia i świadectwo, że można!
Dział jest wspólny dla każdego rodzaju zaburzenia lękowego czyli nerwicy/fobii.
Awatar użytkownika
Wiktor96
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 91
Rejestracja: 24 maja 2018, o 16:03

24 lutego 2019, o 23:06

Nerwowy pisze:
24 lutego 2019, o 13:40
Mam pytanie - jak radziłeś sobie z myślami "nigdy z tego nie wyjdę"....
Pierwsze co zawsze robię to akceptuje że taka myśl się pojawiła, że mam do tego prawo.

Potem w zależności jak bardzo się tą myślą zająłem - jeśli przeciętnie to tłumaczę sobie że mam prawo do porażki, że nie musi mi się wcale udać, ale mimo wszystko będę sobie radził teraz na ile potrafię, jeśli ma mi się nie udać to trudno ja i tak nie zmienię już swojego działania i skupię się na tym co teraz a nie na obawie która dzieje się gdzieś w przyszłości.

Jeśli przejmie mnie bardzo i ciężko mi pogodzić się z takim scenariuszem staram się tłumaczyć to nieco bardziej na logikę, stosować taką postawę która podbuduje mnie samego - właśnie coś w stylu że takie obawy ma każdy, że nikomu się nic od tego nie dzieje, że jakoś tam przetrwam tą gorszą chwilę tak jak każdą, że nie będę wierzył w te myśl.

Jeśli takie myśli wracają często i natrętnie, to może oznaczać tyle że są ku temu powody - bo np. nie dajemy sobie ponieść porażki, wymagamy ponad wszystko kontroli nad sytuacją i żebyśmy dali radę. Przeświadczenia takie opisywałem w części 9, może tutaj leży problem.
Rz 8, 8-18

Moja historia ;)
Awatar użytkownika
Wiktor96
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 91
Rejestracja: 24 maja 2018, o 16:03

19 marca 2019, o 23:58

Część 11
SAMOTNOŚĆ, WYRZUTY SUMIENIA, WSPARCIE

Dzisiaj niezwykle istotny dla mnie i zarazem ostatni temat - samotność.
Opisałem ją na wielu płaszczyznach więc myślę że każdy znajdzie coś dla siebie. Zapraszam do lektury.


DLACZEGO CZUJEMY SIĘ SAMOTNI W ZABURZENIU?
Samotność jest subiektywnym stanem poczucia izolacji od innych ludzi. Często jest niezależna od otaczającej nas sytuacji, zwłaszcza gdy przeżywamy ją chronicznie. Co ją powoduje?

Do pierwszej grupy powodów należą dość oczywiste czynniki takie jak objawy derealizacji i depersonalizacji, anhedonia czy natłoki myśl, które same w sobie sprawiają że nasze relację staję się utrudnione i nienaturalne.
Będąc w stanie ciągłego zagrożenia gdzie w napięciu wyczekujemy normalności naturalną rzeczą jest zmniejszone zainteresowanie otoczeniem.

Druga grupa to już nasze przeświadczenia związane z zaburzeniem.
Samotność odczuwamy dlatego że otoczenie nie rozumie naszych przeżyć lub sami nie dopuszczamy do siebie osób przez nadawanie sobie łatki zaburzonego.
Ja sam rezygnowałem z wielu relacji czy spotkań tylko dlatego że uważałem że nie ma to sensu skoro i tak jestem rozkojarzony i nie potrafię czerpać z nich radości.

JAK SOBIE Z TYM RADZIĆ?
Pierwsza najważniejsza sprawa - nie karać samego siebie za obecne przeżycia i nie rezygnować z relacji mimo trudności. Nawet jeśli nie czujemy zrozumienia to obecność innych ludzi jest niezwykle ważna - bo im bardziej rezygnujemy z życia tym więcej jest przestrzeni dla zaburzenia.
Pomocne są też oczywiście rozmowy o samym zaburzeniu i naszych przeżyciach - czy to będzie ktoś z rodziny, znajomy czy chociażby terapeuta. To zawsze oswajają nas samych z problemem, i sprawia że nie zamykamy się w sobie.


LĘK PRZED SAMOTNOŚCIĄ - Jak poradzić sobie z lękami które przysłaniają nam cały świat?
By zignorować obawy związane z lękowymi wyobrażeniami stosujemy różne praktyki które mają na celu zmniejszyć ich wartość - czy to będzie ośmieszanie, poddawanie próbie czy racjonalizacja.
Co jednak gdy nasze lęki dotyczą "abstrakcyjnych" i niemożliwych do przełamywania w rzeczywistości wyobrażeń i zajmują nas tak bardzo że nie jesteśmy w stanie odwrócić od nich uwagi?

Opis ten będzie pewnym uzupełnieniem części 3 o moich największych lękach (wizji samotności, pustki po śmierci), oraz ogólnym schematem jak poradzić sobie z tego typu myślami.

Co próbowałem robić a nie zadziałało?
*wypieranie wyobrażeń, próby pozbycia się ich (naiwne początki :D)
*przekonywanie siebie że to się nigdy nie wydarzy i nie muszę przez to trwać w lęku
*przekonywanie samego siebie (a raczej okłamywanie) że tak na prawdę się tego nie boję
*próby ośmieszania i dystansowania się - nie działały w istotnym stopniu


TO CO W KOŃCU ZADZIAŁAŁO?
1. Pozwolenie na to by lęk przed tym przychodził kiedy tylko chce i na ile chce.
2. Nie uciekanie w myśli tylko odczuwanie tej wizji taką jaką ona jest tu i teraz
3. Nie traktowanie tego trudnego doświadczenia jako coś czego nie powinno być i co powinno minąć by było normalnie
4. Nazwanie tego "Jest teraz we mnie lęk przed tym" a nie "boje się tego"
5. Zadanie sobie pytania:
Z jakimi konkretnie obawami wiążą się moje wyobrażenia?

W taki sposób byłem w stanie doświadczać tych wyobrażeń bez całej nerwicowej otoczki i mogłem przejść z lęków do realnych obaw związanych z interpretacją tego co mnie otaczało.
I tak w moim przypadku zrozumiałem że nie bałem się wcale samotności tylko że przestanę się dla kogokolwiek liczyć, nie bałem się depresji tylko tego że poniosę porażkę i niespełnie oczekiwań innych.

Oczywiście może okazać się że takich przeświadczeń dawno już nie ma a same lęki utrzymują się przez to że nie potrafiliśmy się z nimi obchodzić.
Praca nad takimi przeświadczeniami (niech nie odbywa się w stanie lękowym) pomoże nam obniżyć wartość samych lęków a także zdejmuje z nas niepotrzebny stres.


A CO Z SAMOTNOŚCIĄ NIE DOTYCZĄCĄ ZABURZENIA?
Samotność jest oczywiście tęsknotą do drugiego człowieka, naszą podstawową potrzebą którą musimy spełniać. Nie uciekajmy jednak od niej za każdym razem - jest doskonałą przestrzenią do poznawania i nauki wpierania samego siebie.
Czego warto się nauczyć?

Zacznij od szacunku
I nie mówię tu o wielkiej miłości ale zdroworozsądkowym szacunku do swojej osoby. Zdaje sobie sprawę że dla części osób jest to rzecz oczywista, reszta osób będzie miała z tym więcej pracy. Po co to? Bo bardzo często nasiąkamy przeświadczeniami że jesteśmy do niczego i że nic nam się nie należy. To oczywiście niepotrzebne kłamstwa, które sami stale podsycamy a które oddalają nas od prawdziwego życia.

Szczerość - wobec samego siebie, wobec tego co przeżywamy i co odczuwamy
Bez oszukiwania samego siebie i podążania za tym czego tak na prawdę kompletnie nie chcemy.
Oszukiwać można się na wiele sposobów, wmawiając sobie np. że smutek który odczuwamy nie powinien mieć miejsca bo przecież na logikę mamy się z czego w życiu cieszyć.


Odpowiedzialność
Niech pierwszy rzuci kamienień ten kto nigdy nie zganiał swoich niepowodzeń, niezadowolenia z życia czy zaburzenia na inne osoby. Odpowiedzialność za swoje życie uwalnia nas od takiego podejścia i sprawia że wobec problemu podejmujemy zmiany bądź akceptujemy w przypadku gdy nie mamy na niego wpływu.

Wyrozumiałość
Właściwe najważniejszy filar często wspominanej postawy przyjacielskiej.
Nie katujmy się przez rzeczy na które nie mamy wpływu i pozwólmy sobie na porażki - każdy z nas i tak stara sobie poradzić jak tylko może.
W stanie lękowym lub depresyjnym mogą pojawiać się wyrzuty sumienia - są one połączone z naszym stanem emocjonalnym i to jest rzecz na którą nie mamy wpływu.

W momencie kiedy nerwica szalała u mnie w najlepsze winiłem się za mnóstwo rzeczy: że nie potrafię być sobą, że nie potrafię żyć tym co mam tylko wymagam żeby było mi lepiej, za to że ciągle oceniam innych, że nie potrafię się cieszyć się z tego co robię, że nie nie jestem w stanie odczuwać relacji z osobami które są obok mnie itd.

Wszystko to było oczywiście spowodowane rozchwianym stanem emocjonalnym i miałem prawo do pojawienia się takich odczuć jak każdy. Rozwiązaniem okazało się właśnie wsparcie dla samego siebie zamiast rozwiązywania każdej z tych kwestii oddzielnie - to obniżyło ich wartość i sprawiło że zamiast nimi mogłem zajać się poznawaniem istoty nerwicy.

I takim oto sposobem dotarliśmy do końca - sa to dla mnie najistotniejsze kwestie dotyczące zaburzenia z którymi ja sam miałem problem.
Wiem że niektórym potrzeba znacznie mniej wiedzy by to wszystko ogarnąć, innym za to ciężej jest uspokoić swój umysł bo z natury są bardzo analityczne i zagłębione w to co odczuwają.
Mam nadzieje że znalazły się osoby którym w jakiś sposób pomogłem niezależnie do której grupy należą.
Powodzenia!
Rz 8, 8-18

Moja historia ;)
menago49
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 399
Rejestracja: 26 lutego 2018, o 11:32

20 marca 2019, o 08:22

Pięknie to wszystko opisales. Ogromny szacun dla Ciebie.
Evita
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 23
Rejestracja: 19 stycznia 2019, o 14:35

24 marca 2019, o 12:06

Podziwiam przemyślenia i uporządkowanie. Mogę spytać ile masz lat? Ja często obawiam się że młodym jest łatwiej z tego wyjść...Dzięki i wszystkiego dobrego
Awatar użytkownika
Wiktor96
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 91
Rejestracja: 24 maja 2018, o 16:03

25 marca 2019, o 08:14

Evita pisze:
24 marca 2019, o 12:06
Podziwiam przemyślenia i uporządkowanie. Mogę spytać ile masz lat? Ja często obawiam się że młodym jest łatwiej z tego wyjść...Dzięki i wszystkiego dobrego
22 lata. Bedą w nerwicy każdy powód jest dobry żeby nie odpuścić kontroli i zgonić swój problem ma wszystko inne. Ja stale to robiłem - a że to wszystko przez otoczenie, mój charakter, moją sytuację co jest oczywiście nie prawdą. ;)
Rz 8, 8-18

Moja historia ;)
Kapetka
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 69
Rejestracja: 5 grudnia 2022, o 08:50

23 kwietnia 2026, o 10:54

Dużo magnezu... Ja biorę również leki na nerwicę,słuchaj się lekarza. On Cię wyprowadzi z tego. Ja miałam już taka nerwicę,że bałam się wstawać rano aby nie mieć ataku. Miesiąc biorę leki i jest poprawa, bardzo dużą poprawa. Nie bój się,też się bałam leków. Daję tutaj namiar na dobrą klinikę psychiatryczną. Można skorzystać z takiej pomocy online.
Awatar użytkownika
Wiktor96
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 91
Rejestracja: 24 maja 2018, o 16:03

24 maja 2026, o 19:12

Część 12
Powracający koszmar
Witam wszystkich po przerwie :friend: . Postanowiłem odświeżyć mój post i nieco go uaktualnić. Podjałem te decyzje z powodu mojego ustanu zdrowia, a dokładnie stale nawracającej nerwicy - a może i nie tylko?
Bardzo długo odkładałem napisanie tego posta, ponieważ bałem się że może komuś odebrać sens moich dawnych postów i odebrać nadzieje. Mam jednak wrażenie że jestem wam coś winny i nie chciałbym zostawić osób, które ze względu na wieloletnią batalię z chorobą straciły już wszelką nadzieje i co bardzo prawdopodobne otoczyło ich poczucie że to wszystko ich wina bo nie potrafią stosować rad i wskazówek osób zdrowiejących. Czuje teraz że choć prawda jest bolesna - to dalej może w jakiś sposób być uwalniająca, nie tylko dla mnie ale przede wszystkim dla innych.



To co się właściwie stało?
Chyba nie byłem sam ze sobą do końca szczery myśląć że już wyzdrowiałem. Był to kolejny mechanizm nerwicy, który gdy tylko ma ku temu warunki stara się przedstawić nam naszą sytaucję w nieco lżejszym świetle. W końcu presje pochodzące z mechanizów lękowych chwycą się także naszej drogi zdrowienia, naszych postępów, zawiedzenia i poczucia wstydu przed innymi.

I tak bardzo pragnałem żyć tą nadzieją że już jest lepiej, że może to tylko chwilowy kryzys, że może jeszcze pół roku, rok, no i właśnie 7 lat?
Drugą kwestią jest także zmieniona percepcja, w której nie do końca możemy sobie zdawać sprawę jak kiepsko jest z nami - układ nerwowy tak chronił mnie przed bolesną prawdą. Bo właściwie skąd mam wiedzieć jak wygląda prawdziwie zdrowie, skoro choruje od dziecka?
I tak nerwica przychodziła falami przez lata, czułem momentami że nad nią panuję, że to co już wiem i wypracowałem powinno utrwalane w końcu zadziałać. Ale tak sie nie działo.

W pewnym momencie moja psychika pękła. Ona już nie miała nadzieji na poprawę, to była niewola lęku, i silna depresja. Nie wiedziałem że człowiek może czuć się tak źle. Dzięki Bogu zdecydowałem się na leczenie i to uratowało mi życie. Dalej nie rozumiałem, tyle pracy, starań, prób, metod, zmian, a było tylko gorzej?
I tak próbowałem walczyć, budować swoje nowe sposoby i zasoby by przeżyć. Jednak każdy kryzys był gorszy od kolejnego, z miesiąca na miesiąc brakowało mi już sił. Kolejny powrót na leki i nastąpiła nieco poprawa.

I chyba ta poprawa uświadomiła mi że w takiej sytuacji jest przecież mnóstwo ludzi. Dla których już nic nie działa, jakby zgasła już wszelka nadzieja, a to wszystko zdawało się być ich nieudolnością czy też brakiem konsekwentności.



No i co teraz?
Nie chciałbym żeby ktoś pomyślał że poprzednie posty były nieszczere, zawierały nieprawdziwą wiedzę czy zawierające nie działające metody autoterapii. To wszystko mi bardzo pomagało, ale jednak dla mnie w szerszej perspektywie czasu okazało się nie wszystkim - a bardzo często jeszcze wpędzało mnie w poczucie winy że skoro to już nie działa to na pewno moja wina.

Gdzieś wewnątrz rozumiałem że skoro nerwica trwa i tak ciężko jest odpuścic kontrolę - to organizm musi nadal tkwić w ogromnym konflikcie wewnętrznym, jest przekonany o zagrożeniu i nie da mi odpuścić bo dla niego oznaczałby to zagrożenie życia lub śmierć. I to jest kwestia neurologiczna a nie mojej woli i starań.

Przechodziłem kilka terapii, podejmowałem wiele prób i nadal nie mogłem zrozumieć gdzie jest przyczyna. Właściwie od terapeutów słyszałem - z Pana historią, wiedzą, próbami, zmianami - Pan już powinien być zdrowy.
Więc to nie tak że organizmowi coś groziło w otoczeniu lub miał jakieś istotne deficyty emocjonalne. Wiele słyszałem o tym że najprawdopodobniej organizm wraca do swoich traum, odtwarza je - tylko że ja je przepracowywałem setki razy, wybaczyłem ludziom którzy mnie skrzywdzili, moja relacja z rodzicami zmieniła sie nie do poznania, zmieniałem otoczenie, zajęcia...Zrozumiałem że organizm tak na prawdę wcale nie wraca do tego co było - tylko to jest jego domyślny sposób funkcjonowania, on przestał odbierać bezpieczne bodźce jako bezpieczne.

Każda forma ingerencji, zmiany podejścia, akceptacji, odpuszczenia, obserwacji - zostanie automatycznie odebrane jako potwierdzenie zagrożenia - no bo skoro trzeba coś zmieniać i robić - to znaczy że zagrożenie istnieje. To jest jak pułapka.

Powstała nowa diagnoza - cPTSD.



cPTSD
Czyli złożona trauma pourazowa. I w przeciwieństwie do swojej siostrzyczki znanej z wojen, katastrof klimatycznych czy wypadków komunikacyjnych - ona powstaje gdy poczucie zagrożenia, braku bezpieczeństwa, zaniedbania w dzieciństwie trwa latami i wpływa na sposób funkcjonowania naszego układu nerwowego.

Jak to się objawia? I jak to ma się do nerwicy?
Objawów na pewno jest więcej ale ja chciałbym skupić się na tych, które dla mnie są najważniejsze w kontekście zaburzeń lękowych:

Po pierwsze - przewlekły, ciągły i niezależny od otoczenia poczucie zagrożenia i braku bezpieczeństwa.
Czyli otoczenie i czynnik zagrażający mogą zniknąć - ale nasz stan przekonania o niebezpieczeństwie nie.
To nieco inaczej jak w nerwicy w której zauważamy bezpośredni wpływ otoczenia i sytuacji na nasz poziom lęku i nasilenia się objawów.
Jest to właściwie brak możliwości bezpośredniej regulacji różnymi metodami znanymi z forum jak w przypadku nerwicy.
Druga kwestia - nie odbieramy prawidłowo bodźców. To znaczy że nie tylko nasz zapalnik jest zagrożeniem, ale właściwie to co bezpieczne - też. Dlatego ciągle czuwamy, kontrolujemy - organizm nie da nam odpuścić.
Trzecia rzecz - trudności z tożsamością. Właściwie czujemy jakby wewnątrz nas był jeden wielki chaos, przeplatany poczuciem winy, wstydu i pustką. Relacje bywają jednocześnie bardzo potrzebne i przerażające - bo tak działa trauma relacyjna.


Na obecny moment moja diagnoza wygląda tak:
- złożona trauma pourazowa (przez neuroatypowość, ADD/ADHD, niestabilne warunki w domu, znęcanie się psychiczne)
- nerwica lękowa/zaburzenie lękowe (wraz z zaburzeniami obsesyjno kompulsywnymi, odżywiania - które zbudowało się na traumie, i ma klasyczne objawy napięciowe, psychiczne, emocjonalne, dysocjacyjne)
- osobowość unikająca (która rozwineła się przez długotrwałą chorobę, ma bardzo podobne objawy do fobii społecznej)
- depresja (jako część zaburzeń lękowych ale także jako ich wynik przez długotrwałe napięcie i brak poprawy)



Kurdę, to jest wszystko o mnie - jak sobie z tym radzić?
Diagnoza - z jednej strony dała mi ogromną ulgę i poczucie uwolnienia - bo wreszcie zrozumiałem dlaczego nie da sie wyregulować mojego układu nerwowego i ja nie mam na to wpływu - czyli to wreszcie nie jest moja odpowiedzialność i wina.
Z drugiej jednak wprowadziła kolejny lęk - [u/]czy uda się z tego wyjść?/u]
I mam nadzieje że wielu osobom to również może pomóc, ponieważ to zaburzenie potrzebuje zupełnie odmiennego podejścia niż do typowej nerwicy lękowej. Na pewno wiele osób ma już dość zmieniania się, próbowania i starania dla tego okropnego lęku.
Z jednej strony czują że leżą bezbronni na kowadle i myślą - już nie moge nic od siebie dać, próbowałem wszystkiego - a z drugiej uderza ogromny młot z napisem CIAŁO NIE UMIE ODPUŚCIĆ - a właściwie "nie umie już inaczej reagować"

W następnym poście, chcę przekazać więcej informacji na temat tej choroby, zarówno jeśli chodzi o przyczyny, mechanizm automatycznego zapętlania się w poczuciu zagrożenia jak i moje aktualne sposoby jak rozumieć ją i się w niej wspierać.

Trzymajcie się ;)
Rz 8, 8-18

Moja historia ;)
Awatar użytkownika
Wiktor96
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 91
Rejestracja: 24 maja 2018, o 16:03

26 maja 2026, o 12:51

Część 13
Przyczyny, objawy, wsparcie

W dzisiejszym poście chciałbym bardziej rozwinąć przyczyny powstania cPTSD, mechanizmy, objawy i to w jaki sposób uczę się wspierać obecnie siebie.


Przyczyny
Ogólnymi przyczynami powodującymi tak przewlekły i utrwalony neurologicznie stan zagrożenia są długotrwałe doświadczenia bezradności, zaniedbania, przemocy, wykorzystania, niestabilności w otoczeniu - czyli długotrwałe doświadczenie braku kontroli i bezpieczeństwa, przede wszystkim w wieku dziecięcym i dojrzewania. Czyli wtedy gdy zasoby uniemożliwiają nam ucieczkę i obronę przed rozbiciem naszej tożsamości.

Na ten moment, szukanie przyczyn powstania tej choroby (z pomocą terapii) u Mnie skłoniło mnie do kilku możliwości. Oczywiście najprawdopodobniej nie ma jednej przyczyny:

1. Przez wysoką wrażliwość, adhd/add - mój odbiór rzeczywistości i również przeżywania traum, sprawia że świat nie wydaje mi się bezpieczny; to sie dzieje tu i teraz, nie tylko przez powracającą przeszłość (i to jest dla mnie na te chwilę najbardziej pasujace i prawdopodobne, tutaj istnieje również ewentualna kwestia leczenia adhd i wsparcia w ten sposób organizmu, który stale jest wyczerpany - w tej chwili trwa moja diagnoza)
2. Przez adhd/add i wysoką wrażliwość oraz traumy mój układ nerwowy się rozregulował i już nie potrafi wrócić do zdrowia (koncepcja jego regulacji będzie opisana niżej)
3. Być może mój układ nerwowy po prostu zachorował tak jak choruje nerka, watroba czy serce.



Objawy:
Dużym problemem jest rozdzielenie objawów zaburzeń lękowych od cPTSD, ponieważ wiele z nich się nakłada, i jedne wynikają z drugich.
Dla mnie najważniejszą cechą, która sprawiła że szukałem przyczyn poza zaburzeniami lękowymi jest oczywiście brak możliwosci regulacji układu nerwowego - wręcz każda próba ingerencji w moją postawę czy reakcje ciała dokładały jedynie chaosu, poczucia winy i bezsilności. Dodatkowo o wiele większe poczucie utraty tożsamości, skrajne zaburzenia poczucia własnej wartości i stała mieszanka poczucia winy, wstydu, i problemami w relacjach.

Z innych objawów, które na te chwile udało mi się wychwycić (to nie jest łatwe mając tak zaburzoną percepcję i chorując tyle lat - bo nie wiemy już gdzie jest normalność, zdrowie, stablizacja psychiczna):

*trauma relacyjna – poczucie że każdy chce mnie skrzywdzić, lęk przed bliskością albo nadmierna zależność
*przewlekłe poczucie zagrożenia i braku bezpieczeństwa
*organizm nie odbiera bezpiecznych bodźców jako bezpiecznych
*chaos, brak możliwości utrzymania lepszego stanu
*unikanie sytuacji kojarzących się z poczuciem zagrożenia
*flashbacki, zwłaszcza w snach
*kompletna dysregulacja emocji i myśli
*chroniczne poczucie samotności
*chroniczne poczucie braku nadziei, bezradności
*trudność w uspokojeniu się, wyciszeniu
*poczucie bycia zepsutym, niescalonym
*uczucie bycia w ogromnym rozerwaniu wewnętrznym
*strach przed zaśnięciem, zmęczeniem
*strach przed normalnością (bo to oznaczałoby opuszczenie gardy i brak możliwości potencjalnej obrony)
*każda forma pomocy, akceptacji, obserwacji jest uznawana za kolejne zadanie i utwierdza organizm w przekonaniu że coś mu grozi (skoro coś trzeba robić, zmieniać to jest potwierdzeniem dla ciała że zagrożenie rzeczywiście istnieje)


I ten ostatni punkt jest dla mnie największym problemem.
Bo z jednej strony jest ogromny lęk przed niewystarczalnością, chęć obrony, przymus zmiany, kontroli - z drugiej układ nerwowy, który to wszystko interpretuje jak kolejne zadanie - nawet akceptację, odpuszczenie, budowanie bezpieczeństwa.
I to doprowadza mnie często do tak ogromnego splątania i wyczerpania, do poczucia kompletnego chaosu, paranoji.

Bo nagle samo istnienie staje się obowiązkiem do spełnienia, ulga wydaje się dla ciała kolejnym zadaniem, nawet trwanie przy sobie to kolejne polecenie i znowu moja odpowiedzialność. A jeśli dalej nic się nie poprawia - to moja wina.
Praca nad sobą staje się kolejnym źródłem cierpienia.
Ktoś kto tego nie doświadczy nie ma zrozumie - i dobrze, nie chciałbym żeby ktokolwiek tego doświadczył...

W psychologii nazywa się to hypervigilance - hiperwzmożoną czujnością.
W tym stanie brak umiejętności akceptacji, odpuszczenia są efektem przewlekłego i utrwalonego systemu alarmowego naszego ciała - nie leży to w kwestii naszego wyboru i odpowiedzialności.
I choć sam bym w to kiedyś nie wierzył i traktował to jako szukanie wymówek, to ta prawda dała mi więcej ulgi i zabrania poczucia winy niż cokolwiek innego.


Horror. Czy coś da się wgl zrobić?
Skoro to jest tak automatyczne i niezależne to jak to wgl traktować?
To nie świadomość i decyzje regulują już układ nerwowy lecz automatyczny system bezpieczeństwa, który działa niezależnie od woli.
To ten sam system, który reguluje prace innych organów zanim Ty zrozumiesz dlaczego.

Gdy nasz stan trwa mimo zmiany warunków, znieksztalca odbiór wszystkiego, nie poddaje się woli i rozumowi nie mówimy już o adaptacji ale o patologicznej dysregulacji układu nerwowego.
Więc warunki mogą być dobre, sygnały bezpieczeństwa obecne ale system nie zarejestruje ich jako bezpieczne.
A wszelkie komunikaty typu to nie choroba, to tylko sposób w jaki organizm nauczył sie chronić minimalizują skalę cierpienia i często przerzucają ciężar na nas sugerując odwracalność samą świadością lub warunkami.

Ostatnio coraz bardziej składam się ku temu że to nie moja neuroatypowość i traumy sprawiły że układ nerwowy nauczył się tak reagować, kompletnie się rozregulował i nie ma możliwości jego regulacji.
Bo to nie tak że organizm nie widzi że traumy mineły, że otoczenie się zmieniło i jedynie odtwarza to co było. Skłaniam się bardziej ku temu że specyfika mojego układu nerwowego (odbieranie większej ilości bodźców, trudności w regulacji, większy koszt emocjonalny przeżywania codzienności) sprawia że ciągle żyje na granicy przeciążenia, bez możliwości odpowiedniej regeneracji, w chronicznym nadmiarze przetwarzania i ogromnym koszcie istnienia.

I ta sytuacja sprawia że organizm nauczył się że samo funkcjonowanie jak i otaczający go świat nie jest bezpieczny. I to ciągle na nowo sprawia że on sie rozregulowuje.


Wsparcie
W jaki sposób uczę się wspierać? Na ten moment są u mnie 4 główne obszary:
1. Duchowość
2. Leczenie
3. Otoczenie
(te trzy rozwinę w następnych postach)
3. Prawdy

Skoro nie działa jakakolwiek forma regulacji, uspokajania, wyciszania, ingerencji, napisałem sobie kilkanaście "prawd", w które aktualnie wierzę i są zgodne ze mną.
I otaczanie się tymi prawdami, powracanie do nich zaczyna delikatnie oddziałowywać na Mnie - chociaż oczywiście tylko tyle ile bedzie w stanie przyjąć organizm:


1. Choroba nie jest moją winą, nie ja za nią odpowiadam, nie odpowiadam za zdrowienie, nie jestem źródłem choroby.

2. Nie masz nad nią wpływu bo kwestia nie leży w Twoim podejściu i pracy ale w rozregulowanym i trwającym w ogromnym poczuciu zagrożenia układzie nerwowy (to podejście daje ogromne uwolnienie – odciążenie z odpowiedzialności).

3.Organizm dostał już wszystko co najlepsze – nie jest tak, że potrzeba coś jeszcze więcej zrobić czy zmienić. Zdrowienie nie jest czymś co mogę wymusić, przyspieszyć. Nie moją winą jest brak efektów.

4.To nie jest tak że organizm wraca do traum, bo one zostały przepracowane, on filtruje bieżącą rzeczywistość, wie że nic mu nie gorzi, ale tak jedynie potrafi, on nie umie inaczej, nie umie lepiej, nie umie więcej.

5.To jak reaguje mój układ nerwowy może wynikać z traum lub po prostu z jego neuroatypowości, wrażliwości oraz ADHD/ADD i bieżącego odbioru rzeczywistości.

6. Nie chciałbym wymagać od siebie by regulować układ nerwowy, ani od niego by zaczał na te regulacje odpowiadać, by się uspokajał – i ja i on daliśmy juz z siebie wszystko, nie potrafimy lepiej i więcej. Nie chciałbym wymagać od siebie że musze te prawdy rozumieć i przyjmować.

7. Są momenty w których choćby częściowo wraca do poczucia bezpieczeństwa – ale organizm nie jest w stanie tego utrzymać.

8. Robisz to co możesz, to co akurat działa, i rozumiesz te prawdy tak jak układ nerwowy akurat będzie w stanie. Czasem będziesz czuł żal o to że układ nerwowy robi Ci wbrew, że to kara, że musisz go wyregulować, albo że musisz coś jeszcze zrobić ze sobą i swoim podejściem. To wynik stanu układu nerwowego.

9. Faktem jest że nigdy nie wyzdrowieje – mogę jedynie uczyć sie wspierać w tym siebie, oraz inni mogą uczyć się wspierać mnie. Organizm nie potrzebuje uspokajania tylko wsparcia i opieki.

10. Nie mogę wgl zajmować się zdrowieniem, przekonywaniem mojego organizmu że jest bezpieczny, ani wymagać od siebie pracy – bo to wszystko dla organizmu w stanie zagrożenia jest potwierdzeniem że skoro jest coś do zmiany – to zagrożenie jest prawdziwe. A pociąga to za sobą poczucie odpowiedzialności, bezsilności i winy.

11. Może być też tak że mi się nie da pomóc. I będzie coraz gorzej. To jest lepsze niż ciągłe dawanie mi złudnej nadziei i wpychanie w poczucie winy że coś trzeba jeszcze robić i że się poprawi.

12. Chciałbym mieć takie zasoby (poczucie bezpieczeństwa) by móc otaczać moje ciało poczuciem – że ono więcej nie potrafi – i nie musi, już jest okej, nic nie trzeba zmieniać.

13. Być może otaczanie się tymi prawdami i wsparcie terapeutyczne w tym będzie budowało pewne poczucie wystarczalności i braku odpowiedzialności za chorobie i zdrowienie, sprawi że będzie troszkę lżej.

14. Mam wrażenie że mój organizm robi wszystko by tylko nie stanąć w prawdzie – jaki jest na prawdę, bo tak bardzo był za to krzywdzony.

15.Gdzieś wewnętrznie już sie poddałem i żeby sie ratować podjałem decyzje o stopniu niepełnosprawności, pomocy państwa, pomocy w pracy, możliwych do utrzymania warunków dla mnie – żeby bylo mi lżej i zwiększyły sie moje szanse przetrwania. Największa pomoc to leki.


I powracanie do tych prawd, jest jak podlewanie kwiatka. On może nie urośnie i zwiędnie. Ja po prostu robię tyle ile mogę i mam nadzieje że mój organizm będzie w takim stanie by nie obarczać się presją że te prawdy mają coś zadziałać, że muszę je zrozumieć i że musza już zadziałać. Ale wiem ze będzie różnie.
Po prostu, tyle ile się uda...


W następnym poście chce opisać 12 poziomów zaburzenia, które zaobserwowałem u siebie i rozwinąć temat 3 obszary wsparcia (duchowości, leczenie i otoczenia)
Piąteczka :friend:
Rz 8, 8-18

Moja historia ;)
ODPOWIEDZ