Część 13
Przyczyny, objawy, wsparcie
W dzisiejszym poście chciałbym bardziej rozwinąć przyczyny powstania cPTSD, mechanizmy, objawy i to w jaki sposób uczę się wspierać obecnie siebie.
Przyczyny
Ogólnymi przyczynami powodującymi tak przewlekły i
utrwalony neurologicznie stan zagrożenia są długotrwałe doświadczenia bezradności, zaniedbania, przemocy, wykorzystania, niestabilności w otoczeniu - czyli długotrwałe doświadczenie
braku kontroli i bezpieczeństwa, przede wszystkim w wieku dziecięcym i dojrzewania. Czyli wtedy gdy zasoby uniemożliwiają nam ucieczkę i obronę przed
rozbiciem naszej tożsamości.
Na ten moment, szukanie przyczyn powstania tej choroby
(z pomocą terapii) u Mnie skłoniło mnie do kilku możliwości. Oczywiście najprawdopodobniej nie ma jednej przyczyny:
1. Przez wysoką
wrażliwość, adhd/add - mój odbiór rzeczywistości i również przeżywania traum, sprawia że świat nie wydaje mi się bezpieczny; to sie dzieje tu i teraz, nie tylko przez powracającą przeszłość
(i to jest dla mnie na te chwilę najbardziej pasujace i prawdopodobne, tutaj istnieje również ewentualna kwestia leczenia adhd i wsparcia w ten sposób organizmu, który stale jest wyczerpany - w tej chwili trwa moja diagnoza)
2. Przez adhd/add i wysoką wrażliwość oraz traumy mój układ nerwowy się rozregulował i już nie potrafi wrócić do zdrowia
(koncepcja jego regulacji będzie opisana niżej)
3. Być może mój układ nerwowy po prostu zachorował tak jak choruje nerka, watroba czy serce.
Objawy:
Dużym problemem jest rozdzielenie objawów zaburzeń lękowych od cPTSD, ponieważ wiele z nich się nakłada, i jedne wynikają z drugich.
Dla mnie najważniejszą cechą, która sprawiła że szukałem przyczyn poza zaburzeniami lękowymi jest oczywiście
brak możliwosci regulacji układu nerwowego - wręcz każda próba ingerencji w moją postawę czy reakcje ciała dokładały jedynie chaosu, poczucia winy i bezsilności.
Dodatkowo o wiele większe poczucie utraty tożsamości, skrajne zaburzenia poczucia własnej wartości i stała mieszanka poczucia winy, wstydu, i problemami w relacjach.
Z innych objawów, które na te chwile udało mi się wychwycić
(to nie jest łatwe mając tak zaburzoną percepcję i chorując tyle lat - bo nie wiemy już gdzie jest normalność, zdrowie, stablizacja psychiczna):
*trauma relacyjna – poczucie że każdy chce mnie skrzywdzić, lęk przed bliskością albo nadmierna zależność
*przewlekłe poczucie zagrożenia i braku bezpieczeństwa
*organizm nie odbiera bezpiecznych bodźców jako bezpiecznych
*chaos, brak możliwości utrzymania lepszego stanu
*unikanie sytuacji kojarzących się z poczuciem zagrożenia
*flashbacki, zwłaszcza w snach
*kompletna dysregulacja emocji i myśli
*chroniczne poczucie samotności
*chroniczne poczucie braku nadziei, bezradności
*trudność w uspokojeniu się, wyciszeniu
*poczucie bycia zepsutym, niescalonym
*uczucie bycia w ogromnym rozerwaniu wewnętrznym
*strach przed zaśnięciem, zmęczeniem
*strach przed normalnością
(bo to oznaczałoby opuszczenie gardy i brak możliwości potencjalnej obrony)
*każda forma pomocy, akceptacji, obserwacji jest uznawana za kolejne zadanie i utwierdza organizm w przekonaniu że coś mu grozi
(skoro coś trzeba robić, zmieniać to jest potwierdzeniem dla ciała że zagrożenie rzeczywiście istnieje)
I ten ostatni punkt jest dla mnie największym problemem.
Bo z jednej strony jest ogromny lęk przed niewystarczalnością, chęć obrony, przymus zmiany, kontroli - z drugiej układ nerwowy, który to wszystko interpretuje jak kolejne zadanie - nawet akceptację, odpuszczenie, budowanie bezpieczeństwa.
I to doprowadza mnie często do tak
ogromnego splątania i wyczerpania, do poczucia kompletnego chaosu, paranoji.
Bo nagle samo istnienie staje się obowiązkiem do spełnienia, ulga wydaje się dla ciała kolejnym zadaniem, nawet trwanie przy sobie to kolejne polecenie i znowu moja odpowiedzialność. A jeśli dalej nic się nie poprawia - to moja wina.
Praca nad sobą staje się kolejnym źródłem cierpienia.
Ktoś kto tego nie doświadczy nie ma zrozumie - i dobrze, nie chciałbym żeby ktokolwiek tego doświadczył...
W psychologii nazywa się to
hypervigilance - hiperwzmożoną czujnością.
W tym stanie brak umiejętności akceptacji, odpuszczenia są efektem przewlekłego i utrwalonego systemu alarmowego naszego ciała - nie leży to w kwestii naszego wyboru i odpowiedzialności.
I choć sam bym w to kiedyś nie wierzył i traktował to jako szukanie wymówek, to ta prawda dała mi
więcej ulgi i zabrania poczucia winy niż cokolwiek innego.
Horror. Czy coś da się wgl zrobić?
Skoro to jest tak automatyczne i niezależne to jak to wgl traktować?
To nie świadomość i decyzje regulują już układ nerwowy lecz
automatyczny system bezpieczeństwa, który działa niezależnie od woli.
To ten sam system, który reguluje prace innych organów zanim Ty zrozumiesz dlaczego.
Gdy nasz stan trwa mimo zmiany warunków, znieksztalca odbiór wszystkiego, nie poddaje się woli i rozumowi nie mówimy już o adaptacji ale o
patologicznej dysregulacji układu nerwowego.
Więc warunki mogą być dobre, sygnały bezpieczeństwa obecne ale system
nie zarejestruje ich jako bezpieczne.
A wszelkie komunikaty typu to nie choroba, to tylko sposób w jaki organizm nauczył sie chronić
minimalizują skalę cierpienia i często przerzucają ciężar na nas sugerując odwracalność samą świadością lub warunkami.
Ostatnio coraz bardziej składam się ku temu że to nie moja neuroatypowość i traumy sprawiły że układ nerwowy nauczył się tak reagować, kompletnie się rozregulował i nie ma możliwości jego regulacji.
Bo to nie tak że organizm
nie widzi że traumy mineły, że otoczenie się zmieniło i jedynie odtwarza to co było. Skłaniam się bardziej ku temu że specyfika mojego układu nerwowego
(odbieranie większej ilości bodźców, trudności w regulacji, większy koszt emocjonalny przeżywania codzienności) sprawia że ciągle żyje na granicy przeciążenia, bez możliwości odpowiedniej regeneracji, w chronicznym nadmiarze przetwarzania i ogromnym koszcie istnienia.
I ta sytuacja sprawia że organizm nauczył się że samo funkcjonowanie jak i otaczający go świat nie jest bezpieczny. I to ciągle na nowo sprawia że on sie rozregulowuje.
Wsparcie
W jaki sposób uczę się wspierać? Na ten moment są u mnie 4 główne obszary:
1. Duchowość
2. Leczenie
3. Otoczenie
(te trzy rozwinę w następnych postach)
3. Prawdy
Skoro nie działa jakakolwiek forma regulacji, uspokajania, wyciszania, ingerencji, napisałem sobie kilkanaście "prawd", w które aktualnie wierzę i są zgodne ze mną.
I otaczanie się tymi prawdami, powracanie do nich zaczyna delikatnie oddziałowywać na Mnie - chociaż oczywiście tylko tyle ile bedzie w stanie przyjąć organizm:
1. Choroba nie jest moją winą, nie ja za nią odpowiadam, nie odpowiadam za zdrowienie, nie jestem źródłem choroby.
2. Nie masz nad nią wpływu bo kwestia nie leży w Twoim podejściu i pracy ale w rozregulowanym i trwającym w ogromnym poczuciu zagrożenia układzie nerwowy (to podejście daje ogromne uwolnienie – odciążenie z odpowiedzialności).
3.Organizm dostał już wszystko co najlepsze – nie jest tak, że potrzeba coś jeszcze więcej zrobić czy zmienić. Zdrowienie nie jest czymś co mogę wymusić, przyspieszyć. Nie moją winą jest brak efektów.
4.To nie jest tak że organizm wraca do traum, bo one zostały przepracowane, on filtruje bieżącą rzeczywistość, wie że nic mu nie gorzi, ale tak jedynie potrafi, on nie umie inaczej, nie umie lepiej, nie umie więcej.
5.To jak reaguje mój układ nerwowy może wynikać z traum lub po prostu z jego neuroatypowości, wrażliwości oraz ADHD/ADD i bieżącego odbioru rzeczywistości.
6. Nie chciałbym wymagać od siebie by regulować układ nerwowy, ani od niego by zaczał na te regulacje odpowiadać, by się uspokajał – i ja i on daliśmy juz z siebie wszystko, nie potrafimy lepiej i więcej. Nie chciałbym wymagać od siebie że musze te prawdy rozumieć i przyjmować.
7. Są momenty w których choćby częściowo wraca do poczucia bezpieczeństwa – ale organizm nie jest w stanie tego utrzymać.
8. Robisz to co możesz, to co akurat działa, i rozumiesz te prawdy tak jak układ nerwowy akurat będzie w stanie. Czasem będziesz czuł żal o to że układ nerwowy robi Ci wbrew, że to kara, że musisz go wyregulować, albo że musisz coś jeszcze zrobić ze sobą i swoim podejściem. To wynik stanu układu nerwowego.
9. Faktem jest że nigdy nie wyzdrowieje – mogę jedynie uczyć sie wspierać w tym siebie, oraz inni mogą uczyć się wspierać mnie. Organizm nie potrzebuje uspokajania tylko wsparcia i opieki.
10. Nie mogę wgl zajmować się zdrowieniem, przekonywaniem mojego organizmu że jest bezpieczny, ani wymagać od siebie pracy – bo to wszystko dla organizmu w stanie zagrożenia jest potwierdzeniem że skoro jest coś do zmiany – to zagrożenie jest prawdziwe. A pociąga to za sobą poczucie odpowiedzialności, bezsilności i winy.
11. Może być też tak że mi się nie da pomóc. I będzie coraz gorzej. To jest lepsze niż ciągłe dawanie mi złudnej nadziei i wpychanie w poczucie winy że coś trzeba jeszcze robić i że się poprawi.
12. Chciałbym mieć takie zasoby (poczucie bezpieczeństwa) by móc otaczać moje ciało poczuciem – że ono więcej nie potrafi – i nie musi, już jest okej, nic nie trzeba zmieniać.
13. Być może otaczanie się tymi prawdami i wsparcie terapeutyczne w tym będzie budowało pewne poczucie wystarczalności i braku odpowiedzialności za chorobie i zdrowienie, sprawi że będzie troszkę lżej.
14. Mam wrażenie że mój organizm robi wszystko by tylko nie stanąć w prawdzie – jaki jest na prawdę, bo tak bardzo był za to krzywdzony.
15.Gdzieś wewnętrznie już sie poddałem i żeby sie ratować podjałem decyzje o stopniu niepełnosprawności, pomocy państwa, pomocy w pracy, możliwych do utrzymania warunków dla mnie – żeby bylo mi lżej i zwiększyły sie moje szanse przetrwania. Największa pomoc to leki.
I powracanie do tych prawd, jest jak
podlewanie kwiatka. On może nie urośnie i zwiędnie. Ja po prostu robię tyle ile mogę i mam nadzieje że mój organizm będzie w takim stanie by nie obarczać się presją że te prawdy mają coś zadziałać, że muszę je zrozumieć i że musza już zadziałać. Ale wiem ze będzie różnie.
Po prostu, tyle ile się uda...
W następnym poście chce opisać 12 poziomów zaburzenia, które zaobserwowałem u siebie i rozwinąć temat 3 obszary wsparcia (duchowości, leczenie i otoczenia)
Piąteczka
