Poczucie własnej wartości?

Forum dotyczące problemu jakim jest fobia społeczna oraz inne fobie specyficzne.
Umieszczamy tutaj swoje historie, pytania i wątpliwości.
ODPOWIEDZ
Rusty
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 29
Rejestracja: 25 października 2013, o 21:24

3 marca 2019, o 09:02

Hej.

Jestem już dawno po etapie swojego „zaburzenia”, aktualnie po prostu żyję - studiuję kierunek, na którym niesamowicie się spełniam, spotykam się ze znajomymi, odpoczywam, biegam, czasem chodzę na siłownię… Niby wszystko ładnie i pięknie, ale…

No właśnie. Nadal mam problem z pewnością siebie, asertywnością i poczuciem własnej wartości. Co to znaczy? Ano - nie czuję się wciąż zbyt swobodnie w relacjach międzyludzkich, mam problem z powiedzeniem „nie”, bardzo nie lubię sytuacji konfliktowych, generalnie - boję się ich i unikam jak tylko mogę. Co mogę powiedzieć - potem zwyczajnie źle się czuję, że nie zawalczyłem o swoje, że nie powiedziałem „nie”. Myślę, że jest to szczególnie frustrujące i smutne dla mnie jako mężczyzny - pozbawia to takiej „energii życiowej”, podkopuje pewność siebie. Wydaje mi się, że bardzo przywiązuję wagę do opinii innych na mój temat, w zasadzie na jej podstawie chyba buduję poczucie własnej wartości.

Co do tego - bardzo spełniam się na studiach, bardzo „kręci mnie” to co studiuję, mam naprawdę dobre wyniki. Z tego co widzę, to moje osiągnięcia na studiach to chyba najważniejsza rzecz, na jakich podstawie buduję swoje poczucie wartości. Wysokie wyniki, duża wiedza - to wszystko zapewnia szacunek wśród innych studentów, i robi takie „wow”. Jakby to powiedzieć - to mnie tak mile łechce, daje poczucie siły. Nie mówię, że to cel dla którego dużo się uczę i pracuję - uczę się, bo po prostu lubię umieć i wiedzieć. :D No ale mam w sobie ten pierwiastek „budowania swojego poczucia wartości na osiągnięciach”, chociaż teraz w znacznym stopniu go opanowałem, już nie czuję takie presji, żeby być naj-naj.

Co się dzieje aktualnie - mam strasznie dużo natrętnych myśli: wysokie wyniki pozwoliły mi zmienić uczelnię. Wiem jednak, że na poprzedniej uczelni nie byłem szczególnie lubiany - tzn. miałem grupę swoich znajomych, którzy bardzo mnie wspierali i którym mogłem powiedzieć praktycznie wszystko. Ale jednocześnie - nie byłem zbyt popularny wśród reszty osób na roku, mimo pewnego rodzaju respektu dla moich wyników. Dlaczego? Otóż - cieszyłem się ze swoich osiągnięć w towarzystwie innych, mówiłem im jak „dobrze mi idzie” - zwyczajnie mnie to podbudowywało. Było to jednak odczytywane jako wywyższanie się i traktowanie innych z góry, chociaż zupełnie nie miałem takich intencji. Niby nic, ale jak się pewnego razu dowiedziałem, że nie jestem zbyt lubiany przez innych i że dużo mówi się o mnie złego, to był to dla mnie szok - „jak to? dlaczego?”. Zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że to wina tego jak się zachowywałem. Złość, rozdrażnienie, lęk… Zacząłem się wycofywać z relacji z ludźmi, miałem wrażenie, że każdy obgaduje mnie za moimi plecami, że szykuje się na mnie jakiś zbiorowy lincz, że nie będę potrafił się obronić przed ew. złośliwościami i opiniami innych, które pewnie wkrótce się wyleją w pełnej okazałości (wtedy słyszałem jakieś tam drobniutkie złośliwości - w zasadzie wtedy dopiero jak się dowiedziałem, że nie jestem lubiany, to zaczęły we mnie uderzać). Mocno "lękowe" myślenie, ale jednak - tak wtedy było. Jako że cała sytuacja miała miejsce pod koniec roku, to jakoś się z tymi wszystkimi myślami przemęczyłem, a potem - zaczęły się wakacje. :P
Ułożyło się to jakoś tak, że miałem na tyle dobre wyniki, że udało mi się zmienić w tym czasie uczelnię - nie ze względu na tą sytuację, ale po prostu na lepsze perspektywy jeżeli chodzi o pracę naukową, mniejszą odległość od domu i większą prostudenckość . Teraz po 1. semestrze w nowym miejscu te myśli odnośnie tego bycia nielubianym przez innych wróciły - na zasadzie - "A niech ktoś z mojej uczelni się tutaj przeniesie, a znowu za moimi plecami znowu mnie zaczną obgadywać... (szybsze bicie serca)". Albo myśli w rodzaju - „Hehe, ciekawe co by się działo jakbyś został na poprzedniej uczelni… znowu by cię nienawidzili!” Zdaję sobie sprawę z poziomu abstrakcyjności tych myśli, ale jednak - bardzo mnie one straszą. Przyjaciele rozkładają ręce, mówią, żebym nie przywiązywał wagi do tego co mówią inni, tym bardziej, że teraz mam czystą kartę i to co było - nie ma wpływu na to jak będę się odnajdywał w nowym towarzystwie. Jednak - myśli „zobacz, tam cię nie lubili, tu pewnie będzie podobnie” powodują też, że ciężej mi się wychodzi do ludzi „tu i teraz”.

Ehh, no i to by było chyba na tyle. Trochę z siebie wyrzuciłem. Co poradzicie? Samo radzenie sobie z natrętnymi myślami to chyba byłoby jedno, ale wypadałoby się trochę chyba „wziąć za siebie” i popracować nad tym jak reaguję na sytuacje „nieprzyjemne” społecznie i generalnie - nad relacjami z ludźmi. Wydaje mi się, że człowiek ze zdrowym podejściem w takiej sytuacji, jaką miałem pomyślałby tak: „OK, smutno mi trochę, ale rzeczywiście - tutaj w sumie to nie zachowywałem się za fajnie… będę się trochę bardziej pilnował” i poszedłby „żyć dalej”, nie wpadając w lękowe, natrętne myślenie. Co myślicie? Co mógłbym w swojej sytuacji zrobić?
Lus
Zarejestrowany Użytkownik
Posty: 285
Rejestracja: 23 kwietnia 2018, o 22:42

8 marca 2019, o 23:00

Hmm, taki mam wniosek, że "będę się trochę bardziej pilnował" nie pasuje do ćwiczenia asertywności. To jak się zachowywałeś nie powinno Cię tak dręczyć, przerzuć winę na innych, może pochopnie Cię ocenili, może to w ogóle nie powinno być dla Ciebie ważne co o Tobie myślą. Jak jesteś "dobry" w czymś to na dzień dobry masz kupę wrogów, nie wiedziałeś?? Czyli moja rada jest taka: myśl o sobie dobrze, mimo że inni mają inne zdanie - gdzieś to miej, bo to mogą być zwykłe złośliwości a nie obiektywna ocena Twojej osoby, a po drugie nie pilnuj się bardziej, tego właśnie chce nerwica. Wiem co mówię, ja mam taką kontrolę, że po prostu jestem idealna, nie pomylę się, nie dam plamy, ale oczywiście w cudzysłowiu, ale niestety jestem coraz bardziej spięta, a wyluzować z powrotem i stać się bardziej spontaniczną jest bardzo trudno, a każde małe potknięcie booooli.
ODPOWIEDZ