I co dalej! Pomocy! Natrętne myśli, lęk
: 6 marca 2026, o 08:54
Witajcie,
Jestem tu nowa jakiś czas przyglądałam się forum gdy łapały mnie dolegliwości a dziś postanowiłam podzielić się tym co się dzieje...
Pisze do Was bo nie mam totalnie już siły jak sobie poradzić z problemem a widzę że dużo osób tutaj na ogromną wiedzę może ktoś z was będzie wstanie spojrzeć na to co się dzieje że mną od jakiegoś dłuższego czasu.
Generalnie moje życie to jedna wielka trauma. Straciłam dziecko później rozwiodłam się a następnie gdy myślałam że moje życie się ułożyło to okazało się, że ojciec mojego syna zostawił nas.
Później probowalam sobie ułożyć życie ale bez skutecznie nawiązałam relacje z przyjacielem który jak się okazało miał problem z nałogiem przyznał się po miesiacu spotykania , lecz mówił że dawno z nim skończył . Zaufałam i tak początki były trudne ja maialm nieciekawa sytuację w domu później zamieszkaliśmy razem i zaczęło się...
Ciag opiatowy prawie 2 lata.obwinial mnie obrażał, na przemian z bliskością. Całymi dniami siedziałam z moim synkiem, zmęczona, przebodzcowana, dojeżdżałam kawał drogi do pracy i z powrotem 2 h każdego dnia bo mieszkanie było dość daleko.
Jakoś się trzymałam płakałam każdego dnia pod prysznicem myśląc co dalej czułam że już nie mam siły a z drugiej strony nie miałam wyjścia. Ilość sytuacji jaka była aż trudno uwierzyć opisać i uwierzyć kłótnie, wyjazdy jego do hotelu z była przyjaciółka w celu rzekomo brania, omdlenie jego pod prysznicem, poszukiwanie dziewczyny z soru gdzie ja siedziałam w poczekalni do 3 w nocy a później ogarnialam jego prace i zalana łazienkę spiąc 2 h i idąc później do pracy.
Pewnego dnia będąc na zwolnieniu znalazłam mieszkanie,czułam że albo z tamtą zabiorę siebie i dziecko albo się wykoncze. Na początku radość uwolnienie a później w pracy dostałam napadu paniki spowodowała lawinę nie spałam , nadciśnienie.. myślałam że się wykoncze. Nikt nie rozumiał z mojej rodziny nikt nie pomógł mi w przeprowadzce sama znalazłam przypadkowo taksówkarza który mi pomógł przewieźć rzeczy a wcześniej tylko słyszałam wyprowadź się on Cię niszczy.. całe wakacje przeplakalam, na domiar tego w tej desperacji, poznałam człowieka który wydawał się ideałem a później po nie całym miesiacu zaczęła się przemoc psychiczna podobna do tamtej, z tym że on już odgrażał się wobec mojego syna szybko zamknęłam ten temat sprawa prawie na policji tak cholernie się bałam wychodząc z klatki bałam się że znów się pojawi i czego może się dopuścić. Później powrót do pracy ciągle ataki paniki że nie dam rady na siłę probowalam nie brałam żadnego zwolnienia, po kilku tygodniach życia funkcjonowania poczułam przez chwilę ulgę. Myślałam, ogarnęłam się już lepiej i co ? Ale się pomyliłam pojawily się natrętne myśli, co jeśli komuś coś zrobię, może jestem chora psychicznie, zaraz oszaleje, natłoki myśli gadające do mnie pomyślałam nie no schizofrenia. Każdego dnia boje się przytulić do syna boje się że jestem psychopatka, boje się ze zwariowałam. Wstaje do pracy walczę w niej aby wytrwać jestem tak wykończona że o 18 nie wiem jak się nazywam.wstaje z myślą ile jeszcze przypominam sobie czas z przed kilku lat jaka byłam osobą uśmiechnięta, otwarta wychodziłam w różne miejsca a teraz? Dom brak sily, ciągły lęk który ewoluuje w rozne strony. Miałam też przez ten czas dwa razy już wirusa zoladkowego który jeszcze pogorszył sprawę i tak mnie dopadło że 3 tygodnie siedziałam na l-4 myślałam że to coś pomoże ale kiedy miałam wrócić do pracy znów stres. Znów poczucie ja nie dam rady... Co się okazało gdy nie byłam wstanie wtedy wrócić do domu wstać to właśnie ex z którym mieszkałam przyjechał pomógł mi .. a moja rodzina? Nie było jej . Później woził mnie do pracy odbierał, przez tydzień praktycznie po czym kiedy dalej trzeba było wsparcia zajal się swoimi "sprawami" to dołożyło mi totalnie do poczucia jestes sama.
A leki? Cóż przerobiłam cały arsenał escit..sert, cital.. przez 5 lat trzymalam się i nagle to wszystko dobiło mnie. Z perspektywy wiem że leki nie leczą tego co się dzieje samotnosci, braku wsparcia, nie dadzą zrozumienia walczę aby do nich nie wracać wszystko robię techniki oddechowe, odwracanie uwagi, ucisk motyla i wiele innych Mam terapię jednak tu też nie jest dobrze, rzadkie spotkania, duże przerwy teraz obecnie już 6 tydzień...Najtrudniejsze jest to że gdy byłam w najgorszych dwóch momentach nie mialam właśnie spotkań z terapeutka. Myślę czy to tak być powinno dlaczego to wszystko mnie spotyka. Jak słyszę ignoruj te myśli nie zwracaj uwagi, to myślę proboje ale co to daje może ktoś tak sobie tylko gada a naprawdę to jest zagrażające? Ona tylko tłumaczy myśli nie mają mocy ok ale nie powiedziała że tak cholernie wykańczają... Że czasem człowiek już myśli gdzie tak naprawdę się znajduje w tym gdzie jest jakieś bezpieczeństwo a gdzie już nie?
Wybaczcie że tak długo ale może ktoś z Was jest wstanie jakiś wytłumaczyć co się dzieje dlaczego jak dalej z tym sobie radzić mając swoje doświadczenia? Jak to wszystko przebrnąć i nie wykończyć się albo nie skończyć w jakimś "wariatkowie"...
Będę ogromnie wdzięczna za jakiekolwiek odpowiedzi.
Jestem tu nowa jakiś czas przyglądałam się forum gdy łapały mnie dolegliwości a dziś postanowiłam podzielić się tym co się dzieje...
Pisze do Was bo nie mam totalnie już siły jak sobie poradzić z problemem a widzę że dużo osób tutaj na ogromną wiedzę może ktoś z was będzie wstanie spojrzeć na to co się dzieje że mną od jakiegoś dłuższego czasu.
Generalnie moje życie to jedna wielka trauma. Straciłam dziecko później rozwiodłam się a następnie gdy myślałam że moje życie się ułożyło to okazało się, że ojciec mojego syna zostawił nas.
Później probowalam sobie ułożyć życie ale bez skutecznie nawiązałam relacje z przyjacielem który jak się okazało miał problem z nałogiem przyznał się po miesiacu spotykania , lecz mówił że dawno z nim skończył . Zaufałam i tak początki były trudne ja maialm nieciekawa sytuację w domu później zamieszkaliśmy razem i zaczęło się...
Ciag opiatowy prawie 2 lata.obwinial mnie obrażał, na przemian z bliskością. Całymi dniami siedziałam z moim synkiem, zmęczona, przebodzcowana, dojeżdżałam kawał drogi do pracy i z powrotem 2 h każdego dnia bo mieszkanie było dość daleko.
Jakoś się trzymałam płakałam każdego dnia pod prysznicem myśląc co dalej czułam że już nie mam siły a z drugiej strony nie miałam wyjścia. Ilość sytuacji jaka była aż trudno uwierzyć opisać i uwierzyć kłótnie, wyjazdy jego do hotelu z była przyjaciółka w celu rzekomo brania, omdlenie jego pod prysznicem, poszukiwanie dziewczyny z soru gdzie ja siedziałam w poczekalni do 3 w nocy a później ogarnialam jego prace i zalana łazienkę spiąc 2 h i idąc później do pracy.
Pewnego dnia będąc na zwolnieniu znalazłam mieszkanie,czułam że albo z tamtą zabiorę siebie i dziecko albo się wykoncze. Na początku radość uwolnienie a później w pracy dostałam napadu paniki spowodowała lawinę nie spałam , nadciśnienie.. myślałam że się wykoncze. Nikt nie rozumiał z mojej rodziny nikt nie pomógł mi w przeprowadzce sama znalazłam przypadkowo taksówkarza który mi pomógł przewieźć rzeczy a wcześniej tylko słyszałam wyprowadź się on Cię niszczy.. całe wakacje przeplakalam, na domiar tego w tej desperacji, poznałam człowieka który wydawał się ideałem a później po nie całym miesiacu zaczęła się przemoc psychiczna podobna do tamtej, z tym że on już odgrażał się wobec mojego syna szybko zamknęłam ten temat sprawa prawie na policji tak cholernie się bałam wychodząc z klatki bałam się że znów się pojawi i czego może się dopuścić. Później powrót do pracy ciągle ataki paniki że nie dam rady na siłę probowalam nie brałam żadnego zwolnienia, po kilku tygodniach życia funkcjonowania poczułam przez chwilę ulgę. Myślałam, ogarnęłam się już lepiej i co ? Ale się pomyliłam pojawily się natrętne myśli, co jeśli komuś coś zrobię, może jestem chora psychicznie, zaraz oszaleje, natłoki myśli gadające do mnie pomyślałam nie no schizofrenia. Każdego dnia boje się przytulić do syna boje się że jestem psychopatka, boje się ze zwariowałam. Wstaje do pracy walczę w niej aby wytrwać jestem tak wykończona że o 18 nie wiem jak się nazywam.wstaje z myślą ile jeszcze przypominam sobie czas z przed kilku lat jaka byłam osobą uśmiechnięta, otwarta wychodziłam w różne miejsca a teraz? Dom brak sily, ciągły lęk który ewoluuje w rozne strony. Miałam też przez ten czas dwa razy już wirusa zoladkowego który jeszcze pogorszył sprawę i tak mnie dopadło że 3 tygodnie siedziałam na l-4 myślałam że to coś pomoże ale kiedy miałam wrócić do pracy znów stres. Znów poczucie ja nie dam rady... Co się okazało gdy nie byłam wstanie wtedy wrócić do domu wstać to właśnie ex z którym mieszkałam przyjechał pomógł mi .. a moja rodzina? Nie było jej . Później woził mnie do pracy odbierał, przez tydzień praktycznie po czym kiedy dalej trzeba było wsparcia zajal się swoimi "sprawami" to dołożyło mi totalnie do poczucia jestes sama.
A leki? Cóż przerobiłam cały arsenał escit..sert, cital.. przez 5 lat trzymalam się i nagle to wszystko dobiło mnie. Z perspektywy wiem że leki nie leczą tego co się dzieje samotnosci, braku wsparcia, nie dadzą zrozumienia walczę aby do nich nie wracać wszystko robię techniki oddechowe, odwracanie uwagi, ucisk motyla i wiele innych Mam terapię jednak tu też nie jest dobrze, rzadkie spotkania, duże przerwy teraz obecnie już 6 tydzień...Najtrudniejsze jest to że gdy byłam w najgorszych dwóch momentach nie mialam właśnie spotkań z terapeutka. Myślę czy to tak być powinno dlaczego to wszystko mnie spotyka. Jak słyszę ignoruj te myśli nie zwracaj uwagi, to myślę proboje ale co to daje może ktoś tak sobie tylko gada a naprawdę to jest zagrażające? Ona tylko tłumaczy myśli nie mają mocy ok ale nie powiedziała że tak cholernie wykańczają... Że czasem człowiek już myśli gdzie tak naprawdę się znajduje w tym gdzie jest jakieś bezpieczeństwo a gdzie już nie?
Wybaczcie że tak długo ale może ktoś z Was jest wstanie jakiś wytłumaczyć co się dzieje dlaczego jak dalej z tym sobie radzić mając swoje doświadczenia? Jak to wszystko przebrnąć i nie wykończyć się albo nie skończyć w jakimś "wariatkowie"...
Będę ogromnie wdzięczna za jakiekolwiek odpowiedzi.