Powitanie. Nowe początki.
: 16 sierpnia 2026, o 14:41
Witam,
Na wstępie chciałbym się przywitać i podziękować za to, że takie miejsce jak to istnieje
Kilka słów o mnie. Mam 37 lat i niedawno zakończyłem związek, który trwał 13 lat (3 lata po ślubie). Ja i moja była żona mamy ze sobą stosunki przyjacielskie. Jej rodzina to dalej moja rodzina wiec na brak wsparcia nie mogę narzekać. Od rozwodu moje relacje z ludźmi nawet się poprawiły (albo dopiero teraz zacząłem zauważać jak one faktycznie wyglądały). Wyprowadziłem się z mieszkania, które wraz z byłą żona zamieszkiwaliśmy i rozpocząłem nowy rozdział. Postanowiłem mocno nad sobą pracować. Ćwiczenia 3 razy w tygodniu , dieta , medytacje. Nawet dostałem nową spokojna pracę. Czyli wszystko zaczęło się układać. No właśnie do czasu, około 2 miesięcy było wszystko ok, nabrałem pewności siebie i cieszyłem się z mojego poukładanego życia. Potem zaczęła się jazda.
Od dziecka żyłem w stresie. Bieda , rodzice za kołnierz mnie wylewali, środowisko patologiczne. Mimo wszystko wyszedłem na ludzi. Nigdy nie brałem narkotyków a alkohol pije sporadycznie i tylko z wybranymi osobami. Moja byłą żonę znałem od dziecka. Postanowiłem zaryzykować i stworzyć z nią związek. Przeprowadziłem się z mojego rodzinnego miasta do miejscowości, w której mieszkała była żona i postanowiłem wyprowadzić swoje życie na prostą. Tutaj popełniłem pierwszy błąd. Zamiast zacząć pracę nad samym sobą usilnie chciałem upodobnić moje życie do tego "normalnego". Czas leciał problemów po drodze było sporo ale miałem moją żonę i rodzinę.
Relacje między mną a moja partnerką zaczęły się psuć po ślubie. Po kilku próbach uratowania tego związku postanowiliśmy się rozstać.
Nastąpił nowy rozdział w moim życiu (jak już wcześniej wspominałem). Po dwóch miesiącach spokoju, nagle, po mile spędzonym weekendzie wpadłem w bezsenność. Trwało to około tygodnia. Funkcjonowałem w miarę normalnie, mogłem pracować ćwiczyć itd. Po tygodniu pojawiły się silne stany łękowe. Myśli krążyły wokół tego że sobie nie poradzę , że zbankrutuje , że już nigdy nie będę szczęśliwy. Nagle bez ostrzeżenia. Miałem do czynienia ze stanami lękowymi w przeszłości ale te były mocniejsze, regularne i czasami myślałem że zwariuje. Nie raz chciałem dzwonić po pogotowie.
Teraz jest już lepiej minęło jakieś sześć albo siedem tygodni. Dzięki pracy nad sobą , pomocy bliskich i analizowaniu objawów w postaci dziennika lęk jest już mniejszy chociaż czasem bardzo uporczywy. Przyszła mi nawet myśl żeby poznać nowych ludzi lub by podzielić się swoimi obserwacjami na temat mojej walki z lękiem. Więc trafiłem tutaj
Moja walka się nie zakończyła. Codziennie zmagam się z tym dziadostwem ale sam fakt że jest miejsce gdzie są ludzie z podobnymi problemami co moje dodał mi sił.
Nie poddawajcie się! Nawet kiedy lęk wmawia wam że to już koniec, że już nic nie zostało nie słuchajcie tego gamonia. Każdy z nas ma przyszłość , każdy z nas ma prawo żyć i być szczęśliwym
Więc witam! Walczę. Pomogę jak tylko będę umiał i sam chętnie pomoc przyjmę.
Na wstępie chciałbym się przywitać i podziękować za to, że takie miejsce jak to istnieje
Kilka słów o mnie. Mam 37 lat i niedawno zakończyłem związek, który trwał 13 lat (3 lata po ślubie). Ja i moja była żona mamy ze sobą stosunki przyjacielskie. Jej rodzina to dalej moja rodzina wiec na brak wsparcia nie mogę narzekać. Od rozwodu moje relacje z ludźmi nawet się poprawiły (albo dopiero teraz zacząłem zauważać jak one faktycznie wyglądały). Wyprowadziłem się z mieszkania, które wraz z byłą żona zamieszkiwaliśmy i rozpocząłem nowy rozdział. Postanowiłem mocno nad sobą pracować. Ćwiczenia 3 razy w tygodniu , dieta , medytacje. Nawet dostałem nową spokojna pracę. Czyli wszystko zaczęło się układać. No właśnie do czasu, około 2 miesięcy było wszystko ok, nabrałem pewności siebie i cieszyłem się z mojego poukładanego życia. Potem zaczęła się jazda.
Od dziecka żyłem w stresie. Bieda , rodzice za kołnierz mnie wylewali, środowisko patologiczne. Mimo wszystko wyszedłem na ludzi. Nigdy nie brałem narkotyków a alkohol pije sporadycznie i tylko z wybranymi osobami. Moja byłą żonę znałem od dziecka. Postanowiłem zaryzykować i stworzyć z nią związek. Przeprowadziłem się z mojego rodzinnego miasta do miejscowości, w której mieszkała była żona i postanowiłem wyprowadzić swoje życie na prostą. Tutaj popełniłem pierwszy błąd. Zamiast zacząć pracę nad samym sobą usilnie chciałem upodobnić moje życie do tego "normalnego". Czas leciał problemów po drodze było sporo ale miałem moją żonę i rodzinę.
Relacje między mną a moja partnerką zaczęły się psuć po ślubie. Po kilku próbach uratowania tego związku postanowiliśmy się rozstać.
Nastąpił nowy rozdział w moim życiu (jak już wcześniej wspominałem). Po dwóch miesiącach spokoju, nagle, po mile spędzonym weekendzie wpadłem w bezsenność. Trwało to około tygodnia. Funkcjonowałem w miarę normalnie, mogłem pracować ćwiczyć itd. Po tygodniu pojawiły się silne stany łękowe. Myśli krążyły wokół tego że sobie nie poradzę , że zbankrutuje , że już nigdy nie będę szczęśliwy. Nagle bez ostrzeżenia. Miałem do czynienia ze stanami lękowymi w przeszłości ale te były mocniejsze, regularne i czasami myślałem że zwariuje. Nie raz chciałem dzwonić po pogotowie.
Teraz jest już lepiej minęło jakieś sześć albo siedem tygodni. Dzięki pracy nad sobą , pomocy bliskich i analizowaniu objawów w postaci dziennika lęk jest już mniejszy chociaż czasem bardzo uporczywy. Przyszła mi nawet myśl żeby poznać nowych ludzi lub by podzielić się swoimi obserwacjami na temat mojej walki z lękiem. Więc trafiłem tutaj
Moja walka się nie zakończyła. Codziennie zmagam się z tym dziadostwem ale sam fakt że jest miejsce gdzie są ludzie z podobnymi problemami co moje dodał mi sił.
Nie poddawajcie się! Nawet kiedy lęk wmawia wam że to już koniec, że już nic nie zostało nie słuchajcie tego gamonia. Każdy z nas ma przyszłość , każdy z nas ma prawo żyć i być szczęśliwym
Więc witam! Walczę. Pomogę jak tylko będę umiał i sam chętnie pomoc przyjmę.