Strona 1 z 1

Witam

: 13 lutego 2026, o 21:34
autor: lukas93
To będzie długi wywód, więc mam nadzieję, że ktoś przeczyta i skomentuje. Mam 32 lata i wpadłem ostatnio w straszny dół, czuję że totalnie zmarnowałem sobie życie. Napiszę może te wszystkie moje żale w punktach, będzie to bardziej uporządkowane.
1. Rodzina i pierwsze lata
Już od samego początku miałem niełatwo. Kiedy się urodziłem moi rodzice byli już nie dość że niemłodzi (38 lat), to jeszcze schorowani. Moja mama całe życie miała chore serce, problemy ze wzrokiem i słuchem, przez to wszystko nie pracowała, miała tylko rentę, natomiast tata pracował, ale rentę pobierał również. Jestem przez to oczywiście jedynakiem, mama była zbyt stara i zbyt schorowana na drugie dziecko. Zawsze mnie to bolało, zwłaszcza w porównaniu do reszty rodziny, gdzie wszyscy moi wujkowie mają dwoje lub troje dzieci, w dodatku urodzonych znacznie wcześniej niż ja, wszyscy moi kuzyni są ode mnie starsi o 10-15 lat. Ja tymczasem ani rodzeństwa, ani nawet członków rodziny w moim wieku, przykre. Matka od samego początku chowała mnie pod kloszem, nie pozwalając w sumie na nic, zdecydowała nawet że skoro urodziłem się pod koniec grudnia to pośle mnie do szkoły o rok później, razem z rocznikiem 94, byłem przez to potem wyśmiewany i uważany za opóźnionego. W maju 2003 roku wydarzyła się największa tragedia mojego życia - moja mama poważnie zachorowała na to swoje niesprawne serce, musiała przejść ciężką operację, która niestety się nie udała. Zmarła dokładnie 9 maja 2003, tydzień przez moją Pierwszą Komunią, miałem wtedy 9 lat. Wtedy mój tata, mój dziadek, moja babcia i w ogóle cała rodzina postanowiła trzymać mnie pod jeszcze mniejszym kloszem. Było to dla wszystkich oczywiste - jedynak, najmłodszy z rodziny, bez matki, trzeba go chronić przed światem. Jak to się skończyło to widać - chłop po 30, a zatrzymał się na poziomie dziecka. W następnych latach żyłem spokojnie, ale jednak zawsze mocno samotniczo. Bardzo dużym cieniem na moim życiu kładą się niestety liczne śmierci najbliższych członków rodziny - w 2010 umarł mój dziadek, w 2016 mój wujek, w styczniu 2018 mój drugi wujek, a maju 2018 (przeklęty miesiąc) zmarła moja ukochana babcia, która po śmierci mamy zaczęła mnie wychowywać jako "druga" mama. Od tego czasu mieszkamy wraz z tatą we dwoje. Ma się chyba całkiem dobrze, ale nie zmienia to faktu, że ma już 70 lat, od 5 lat jest na emeryturze i zwyczajnie boję się o niego i o siebie. Kiedy i on odejdzie z tego świata zostanę całkiem sam. Reszta rodziny albo zajmuje się swoimi sprawami gdzieś daleko stąd, albo poumierała albo całkiem się od nas odwróciła. Najgorsze w tej sytuacji jest to, że tym swoim wychowaniem mój ojciec uzależnił mnie od siebie - bez niego sobie nie radzę, bez nie potrafię potrafię podjąć nawet najmniejszej decyzji.
2. Edukacja i kariera zawodowa
O szkole dużo nie mam do napisania. Uczyłem się średnio, lubiłem geografię, historię, natomiast miałem problemy z matematyką. Udało mi się jednak zdać maturę, chociaż dopiero tą poprawkową, w sierpniu. Na studia oczywiście nie poszedłem, wtedy nie był to nawet temat do rozważań. Matura zdana dopiero po poprawce, z kiepskimi lub max. przeciętnymi wynikami, wyłącznie z przedmiotów podstawowych, do tego zero pomysłu na siebie, bez sensu. Miałem rentę po matce ważną do ukończenia 25 lat, czyli do grudnia 2018, pod warunkiem oczywiście nauki. Dlatego też zapisałem się do zaocznej szkoły policealnej, na pierwszy lepszy kierunek. A po dwóch latach na kolejny. Kiedy skończyła mi się renta zrezygnowałem. W tym czasie nie pracowałem w ogóle, nie wymagali tego ode mnie. Jednak kiedy babcia umarła wszystko się zmieniło i ojciec zaczął mnie zmuszać do szukania pracy, była to dla mnie tragedia. Zarejestrowałem się w Urzędzie Pracy, ale szukałem tam tak, aby nie znaleźć. Dopiero we wrześniu ojciec załatwił mi pracę w Carrefourze w magazynie - udało mi się tam wytrzymać łącznie 6 dni. W październiku załatwił mi pracę w innym sklepie, mniejszym, osiedlowym. Wytrzymałem tam 2 tygodnie, podczas których po raz pierwszy w życiu miałem myśli samobójcze. W grudniu poszedłem na kurs z Urzędu Pracy na temat metod poszukiwania pracy, a potem znowu przez wiele miesięcy nic. Od początku roku 2019 moje relacje w ojcem były wyjątkowo złe - wiem jak ciężko mu wtedy było związać koniec z końcem będąc najpierw bez babcinej emerytury, a od początku roku również bez mojej renty. Mimo to zapierałem się rękami i nogami przed pójściem do jakiejkolwiek pracy. Praca to niestety do dzisiaj jest dla mnie koszmar i najgorsze zło świata. Z całego serca nienawidzę pracować i to się chyba nigdy nie zmieni. Wracając, na początku 2019 tata zaprowadził mnie do znajomego psychologa w celu rozpoczęcia po pierwsze jakiegoś leczenia, a po drugie zbierania dokumentów do uzyskania orzeczenia o niepełnosprawności. W tym pomogło też to, że miałem już udokumentowane wizyty psychologiczne jeszcze z czasów dzieciństwa. W każdym razie dopiero w wakacje udało się ojcu uprosić swojego chrześniaka, a mojego kuzyna, mającego firmę budowlaną aby przyjął mnie do pracy. Tam wytrzymałem miesiąc, po czym zapisałem się na kurs dla kwalifikowanych pracowników ochrony. Pod koniec roku zdobyłem kwalifikacje i z niechęcią i zwłoką (jak zawsze) zacząłem szukać pracy. To zacząłem robić już w nowym, 2020 roku, jednak każdy wymagał nie kwalifikacji, tylko orzeczenia (o które jeszcze nie mogłem się starać). A potem przyszedł marzec roku 2020 i wszyscy wiedzą co się wtedy stało. Pandemia wywróciła wszystko do góry nogami, a dla mnie szczerze była błogosławieństwem - Urząd Pracy został zamknięty, firmy zaprzestały rekrutacji, a ja niemal przez cały rok miałem spokój. Pod koniec roku złożyłem dokumenty w sprawie orzeczenia, a w lutym przyszła pozytywna informacja. W marcu ojciec załatwił mi zatrudnienie w firmie, w której on pracował (on większość życia przepracował w ochronie) i od marca 2021, czyli już 5 lat pracuję bez przerwy w tej ochronie - najpierw kilka dni w jednym miejscu, potem kilka dni w drugim, aż w końcu ojciec załatwił mi przeniesienie na jego obiekt, na obiekt na którym sam spędził 20 lat. Popracowaliśmy kilka miesięcy razem, a potem zostałem tam sam. Bycie cieciem to chyba jedyna praca, do której się nadaje. Natomiast tu też nie jest dobrze - firma w której byłem przegrała przetarg, a ja chcąc zostać na starym obiekcie musiałem zatrudnić się w nowej. Nowa firma jest niestety fatalna, wprowadziła od nowego roku zmiany, które bardzo ciężko mi zaakceptować. Na tyle, że chyba będę musiał odejść, z drugiej jednak strony co wtedy? Przecież ja do niczego innego się nie nadaję. Nie wiem co mam zrobić. Z jednej strony gnojenie jakie jest ze strony nowej firmy, a z drugiej znowu bezrobocie, znowu Urzędy Pracy, znowu sklepy, budowy i kłótnie z ojcem.
3. Znajomi i związki
Tutaj jest fatalnie. W szkole zawsze byłem odludkiem, a odkąd ją skończyłem jest jeszcze gorzej. Idzie już 12 rok odkąd skończyłem regularną szkołę i w praktyce tyle samo czasu minęło odkąd rozmawiałem ze swoim równieśnikiem. Szczerze mówiąc to jeśli nie licząc "Dzień dobry" i "Do widzenia" w pracy oraz okazjonalnych spraw urzędowych to ja odzywam się wyłącznie do taty. Nie mam kompletnie nikogo. W kwestii związków to jest jeszcze gorzej. 100% prawiczek, zero randek, zero związków, absolutne zero wszystkiego. Teraz, wielu 32 lat jestem już tak naprawdę za stary na pierwsze wszystko. Normalni ludzi wchodzą w pierwsze związki jako nastolatkowie, a ci w moim wieku to już są po ślubie, z dziećmi. Ech, beznadzieja totalna. Teraz to nawet jeśli jakimś cudem kogoś znajdę to i tak w tym wieku wszystkie wartościowe dziewczyny są już dawno zajęte. Zresztą o tym to raczej nie ma sensu mówić, dla mnie rozmowa z dziewczyną jest taką abstrakcją jak powiedzmy lot w kosmos. A jeszcze jeśli chodzi o związku to mam szczerze mówiąc w sobie złość i żal z powodu mojej płci. Ja jako mężczyzna czuję się dyskryminowany i traktowany niesprawiedliwie. Społeczeństwo i rynek matrymonialny, przynajmniej w tym kraju są wciąż mocno konserwatywne i od mężczyzny wciąż wymaga się, no męskości. Mężczyzna wciąż musi być twardy, silny, odważny, śmiały, wciąż to on musi zrobić pierwszy krok, musi działać, zapraszać na randki, płacić za nie, musi mieć dobrą pracę, mieszkanie, prawo jazdy i samochód. To nie jest sprawiedliwe.
4. Stan zdrowia
Tu też jest coraz gorzej. Ja szczerze mówiąc boję się lekarzy, boję się badań lekarskich i w zasadzie do nich nie chodzę. A powinienem. Moje plecy są w coraz gorszym stanie, nie ma dnia żebym nie obudził się z bólem kręgosłupa. W tej chwili to nawet nie jestem w stanie się normalnie schylić ani wyprostować. Fatalne mam też kondycję - wystarczy wejście po schodach albo krótki bieg a ja już czuję się tak jakbym miał mieć zawał. Matka była chora na serce, ja prawdopodobnie nie, ale tego jestem w 100% pewny. Ze wzrokiem i słuchem też coraz gorzej. A najgorzej i tak jest z moim stanem uzębienia. Dentystów boję się tak panicznie, że nie byłem u żadnego od 15 (!) lat. No i to ma swoje konsekwencje - mnóstwo zębów do naprawy, zatrzymane ósemki do wyrwania i nie wiadomo co jeszcze. Cud, że to wszystko mnie w zasadzie nie boli i mogę funkcjonować. Największym problemem jest to, że ja nawet nie mam swojego gabinetu. Dentystka do której chodziłem w dzieciństwie spowodowała u mnie taką traumę, że wolałbym jej już nigdy na oczy nie zobaczyć. A ja jak mam się przełamać, to potrzebuję gabinetu specjalizującego się w pacjentach ze skrajnie posuniętym strachem, ja potrzebuje rozmowy, spokoju, a nie pierwszego lepszego rzeźnika z ulicy. Tylko gdzie takiego gabinetu mam szukać? Pojęcia nie mam.
5. Prawo jazdy
Kolejna porażka mojego życia. Byłem kilka lat temu na kursie, jeździłem z instruktorem, ale kierowanie samochodem to kolejna rzecz, do której się kompletnie nie nadaję. Wydaje mi się, że wyjeździłem ze 100 godzin (przy normie 30) a i tak słabo jeździłem. Egzamin teoretyczny zdałem, ale praktyczny to bariera nie do przeskoczenia. Stres podczas tych egzaminów był tak okropny, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem. Nie zdałem łącznie 4 razy i dałem sobie spokój. Każdy z tych egzaminów to była kompromitacja. Najgorszy był ten 4, ostatni, podczas którego być może zabiłbym człowieka. Nie zauważyłem rowerzystki na przejściu i gdyby nie błyskawiczne hamowanie egzaminatora to z pewnością bym ją potrącił. Po tym wydarzeniu dałem sobie spokój. Nie wiem czy jeszcze kiedyś usiądę za kółkiem i jaki to ma w ogóle sens?
To by było na tyle jeśli chodzi o żale nieudacznika.