Mam już dosyć
: 16 września 2026, o 12:51
Hej,
Nie wiem właściwie, czy forum jest aktywne i ktoś w ogóle na to odpisze… Ale szukam chyba pomocy tam, gdzie tylko mogę. Mam 24 lata i ostatnio mam wrażenie, że jestem po prostu bardzo zmęczona swoim życiem.
Miałam trudny start w dorosłość, w pandemię złapała mnie depresja, miałam próbę samobójczą. Nie nawiązałam żadnych przyjaźni, bo całe liceum było na Teamsach…
Minął rok od próby i wyprowadziłam się z rodzinnego miasta na studia. I przez te cztery lata nie udało mi się stworzyć tutaj takiego życia, o jakim marzyłam. Studia mam zaoczne i ciężko nawiązać relacje widząc się raz w miesiącu (połowę zajęć mamy zdalnie). W poprzedniej pracy miałam znajomych, wychodziliśmy poza pracą na piwo itd. Ale odkąd już tam nie pracuje znajomych nie mam w ogóle. Mam raczej „odpowiedzialne” prace jak na mój wiek, oczywiście wszędzie jestem najmłodsza. W obecnej pracy nie mam za bardzo z kim pogadać, bo to ludzie starsi od moich rodziców. Próbowałam też różnych grup na FB i stron do poznawania znajomych, ale ludzie po chwili zwyczajnie przestają odpisywać lub nie angażują się. Poznawanie ludzi na żywo też nie działało, mam wrażenie że osoby w moim wieku mają trudności z kontaktem… Nie zliczę ile razy to ja ciągnęłam rozmowy, pisałam o spotkanie się lub zadawałam pytania będąc ciekawa drugiej osoby - bez wzajemności. Próbowałam poznawać ludzi i naprawdę nie jest tak, że przez te lata nic w tym kierunku nie robiłam.
Przez większość czasu jestem więc sama. Wracam po pracy do pokoju i jestem sama. Mam zły dzień to jestem sama. Potrzebuję zwykłej rozmowy albo czyjejś obecności to również jestem sama. I nie chodzi o to, że nie potrafię funkcjonować samodzielnie. Potrafię. Chodzi o to, że mi brakuje zwykłej rozmowy, czyjejś obecności, mam poczucie że zaraz zacznę mówić sama do siebie…
Do tego wynajmuję pokój w mieszkaniu, w którym po prostu źle się czuję. Jest w nim po prostu brudno, zgłaszałam to właścicielowi i nie obchodzi go to tak długo jak hajs się zgadza. To stare, zaniedbane mieszkanie, w pralce jest grzyb, współlokatorzy zostawiają po sobie toaletę w k..pie, mamy mole w kuchni, nikt nie wynosi śmieci.
A obok tego wszystkiego mam związek na odległość. W tym mieszkaniu może pomieszkiwać u mnie nawet dwa tygodnie i nikt nie ma z tym problemu. To mnie powstrzymuje, bo chciałabym wyprowadzić się z nim a nie do kolejnego pokoiku.
Jestem z człowiekiem, którego naprawdę kocham i z którym chcę zbudować przyszłość. On mówi mi, że mnie kocha, że widzi we mnie przyszłą żonę, że jestem dla niego rodziną. Kiedy jesteśmy razem, potrafię być naprawdę szczęśliwa - tak samo jak wtedy, gdy odwiedzam rodzine.
I właśnie dlatego odległość jest dla mnie tak trudna. On mieszka w innym mieście. Ja mieszkam tutaj. Nie możemy po prostu po ciężkim dniu się przytulić, zjeść razem kolacji, być obok jak taka normalna para. Nie mogę wrócić do domu i czuć, że ktoś na mnie czeka. Zamiast tego mamy kilometry, telefony, Messengera i ciągłe odliczanie do następnego spotkania.
Naszym największym problemem od dłuższego czasu są konflikty. Pracujemy nad tym oboje. Ja jestem w terapii i naprawdę widzę u siebie zmianę. Ostatnio terapia zaczęła przynosić efekty, jest trochę lepiej. Mój partner też zauważył tę zmianę i sam mówi, że widzi różnicę. Ale nie oszukujmy się, to będzie trwało, a mi ciężko jest tak żyć.
On chce ze mną zamieszkać, ale jednocześnie powstrzymuje go ilość naszych konfliktów (tu zrobiło się nieco lepiej), to jak mocno potrafią eskalować, brak stabilności i taki rollercoaster. Dla niego wspólne mieszkanie ma być konsekwencją stabilności. Dla mnie wspólne mieszkanie jest również czymś, co mogłoby nam tę stabilność dać, bo jak mamy być spokojni, skoro żyjemy tak daleko od siebie i każde z nas ma dobrą sprawę żyje osobno? I to jest chyba jedna z najbardziej frustrujących rzeczy, oboje mówimy, że mamy dość odległości, oboje chcemy wspólnej przyszłości, a mimo tego nadal nie mieszkamy razem.
Nie chcę go do tego zmuszać i chcę żeby przeprowadzka była jego własną decyzją. Ale jednocześnie trudno mi nie myśleć, że jedno jego „dobra, szukamy mieszkania” zmieniłoby ogromną część mojego życia i pozwoliłoby nam na zostanie normalną parą. Na pewno szybciej dotrzemy się na żywo i w normalnym życiu niż na Messengerze i przez telefon.
Bo dla mnie wspólne mieszkanie nie oznacza tylko mieszkania z chłopakiem. Oznaczałoby własny dom. Normalne warunki. Brak brudu. Kogoś obok. Możliwość przytulenia się po złym dniu. Zwykłe zakupy.
Moja rodzina również jest daleko. Kiedy jestem u rodziców, nawet zwykłe siedzenie obok nich daje mi ogromne poczucie szczęścia. Po kilku latach samotności w małym pokoiku wystarcza mi obecność i Świadomość, że ktoś jest w drugim pokoju.
Brakuje mi domu.
Mam 24 lata i chciałabym poczuć, że mam cokolwiek. Nie potrzebuję wielkiego, idealnego życia. Chce po prostu nie być sama jak pies.
Bardzo chciałabym, żeby ten moment w końcu przyszedł.
Nie wiem właściwie, czy forum jest aktywne i ktoś w ogóle na to odpisze… Ale szukam chyba pomocy tam, gdzie tylko mogę. Mam 24 lata i ostatnio mam wrażenie, że jestem po prostu bardzo zmęczona swoim życiem.
Miałam trudny start w dorosłość, w pandemię złapała mnie depresja, miałam próbę samobójczą. Nie nawiązałam żadnych przyjaźni, bo całe liceum było na Teamsach…
Minął rok od próby i wyprowadziłam się z rodzinnego miasta na studia. I przez te cztery lata nie udało mi się stworzyć tutaj takiego życia, o jakim marzyłam. Studia mam zaoczne i ciężko nawiązać relacje widząc się raz w miesiącu (połowę zajęć mamy zdalnie). W poprzedniej pracy miałam znajomych, wychodziliśmy poza pracą na piwo itd. Ale odkąd już tam nie pracuje znajomych nie mam w ogóle. Mam raczej „odpowiedzialne” prace jak na mój wiek, oczywiście wszędzie jestem najmłodsza. W obecnej pracy nie mam za bardzo z kim pogadać, bo to ludzie starsi od moich rodziców. Próbowałam też różnych grup na FB i stron do poznawania znajomych, ale ludzie po chwili zwyczajnie przestają odpisywać lub nie angażują się. Poznawanie ludzi na żywo też nie działało, mam wrażenie że osoby w moim wieku mają trudności z kontaktem… Nie zliczę ile razy to ja ciągnęłam rozmowy, pisałam o spotkanie się lub zadawałam pytania będąc ciekawa drugiej osoby - bez wzajemności. Próbowałam poznawać ludzi i naprawdę nie jest tak, że przez te lata nic w tym kierunku nie robiłam.
Przez większość czasu jestem więc sama. Wracam po pracy do pokoju i jestem sama. Mam zły dzień to jestem sama. Potrzebuję zwykłej rozmowy albo czyjejś obecności to również jestem sama. I nie chodzi o to, że nie potrafię funkcjonować samodzielnie. Potrafię. Chodzi o to, że mi brakuje zwykłej rozmowy, czyjejś obecności, mam poczucie że zaraz zacznę mówić sama do siebie…
Do tego wynajmuję pokój w mieszkaniu, w którym po prostu źle się czuję. Jest w nim po prostu brudno, zgłaszałam to właścicielowi i nie obchodzi go to tak długo jak hajs się zgadza. To stare, zaniedbane mieszkanie, w pralce jest grzyb, współlokatorzy zostawiają po sobie toaletę w k..pie, mamy mole w kuchni, nikt nie wynosi śmieci.
A obok tego wszystkiego mam związek na odległość. W tym mieszkaniu może pomieszkiwać u mnie nawet dwa tygodnie i nikt nie ma z tym problemu. To mnie powstrzymuje, bo chciałabym wyprowadzić się z nim a nie do kolejnego pokoiku.
Jestem z człowiekiem, którego naprawdę kocham i z którym chcę zbudować przyszłość. On mówi mi, że mnie kocha, że widzi we mnie przyszłą żonę, że jestem dla niego rodziną. Kiedy jesteśmy razem, potrafię być naprawdę szczęśliwa - tak samo jak wtedy, gdy odwiedzam rodzine.
I właśnie dlatego odległość jest dla mnie tak trudna. On mieszka w innym mieście. Ja mieszkam tutaj. Nie możemy po prostu po ciężkim dniu się przytulić, zjeść razem kolacji, być obok jak taka normalna para. Nie mogę wrócić do domu i czuć, że ktoś na mnie czeka. Zamiast tego mamy kilometry, telefony, Messengera i ciągłe odliczanie do następnego spotkania.
Naszym największym problemem od dłuższego czasu są konflikty. Pracujemy nad tym oboje. Ja jestem w terapii i naprawdę widzę u siebie zmianę. Ostatnio terapia zaczęła przynosić efekty, jest trochę lepiej. Mój partner też zauważył tę zmianę i sam mówi, że widzi różnicę. Ale nie oszukujmy się, to będzie trwało, a mi ciężko jest tak żyć.
On chce ze mną zamieszkać, ale jednocześnie powstrzymuje go ilość naszych konfliktów (tu zrobiło się nieco lepiej), to jak mocno potrafią eskalować, brak stabilności i taki rollercoaster. Dla niego wspólne mieszkanie ma być konsekwencją stabilności. Dla mnie wspólne mieszkanie jest również czymś, co mogłoby nam tę stabilność dać, bo jak mamy być spokojni, skoro żyjemy tak daleko od siebie i każde z nas ma dobrą sprawę żyje osobno? I to jest chyba jedna z najbardziej frustrujących rzeczy, oboje mówimy, że mamy dość odległości, oboje chcemy wspólnej przyszłości, a mimo tego nadal nie mieszkamy razem.
Nie chcę go do tego zmuszać i chcę żeby przeprowadzka była jego własną decyzją. Ale jednocześnie trudno mi nie myśleć, że jedno jego „dobra, szukamy mieszkania” zmieniłoby ogromną część mojego życia i pozwoliłoby nam na zostanie normalną parą. Na pewno szybciej dotrzemy się na żywo i w normalnym życiu niż na Messengerze i przez telefon.
Bo dla mnie wspólne mieszkanie nie oznacza tylko mieszkania z chłopakiem. Oznaczałoby własny dom. Normalne warunki. Brak brudu. Kogoś obok. Możliwość przytulenia się po złym dniu. Zwykłe zakupy.
Moja rodzina również jest daleko. Kiedy jestem u rodziców, nawet zwykłe siedzenie obok nich daje mi ogromne poczucie szczęścia. Po kilku latach samotności w małym pokoiku wystarcza mi obecność i Świadomość, że ktoś jest w drugim pokoju.
Brakuje mi domu.
Mam 24 lata i chciałabym poczuć, że mam cokolwiek. Nie potrzebuję wielkiego, idealnego życia. Chce po prostu nie być sama jak pies.
Bardzo chciałabym, żeby ten moment w końcu przyszedł.